sobota, 28 grudnia 2013

Nie musi się udać


Gdy byłam w ciąży, obawiałam się poronienia. Wydawało mi się, że to zupełnie naturalna obawa, ciąże czasem przecież kończą się niepowodzeniem. Pamiętałam, jak moja bliska koleżanka z wielką radością dzwoniła do wielu osób ze swojego otoczenia, by podzielić się z nimi dobrą wiadomością. Pamiętałam też, jak trudne potem było dla niej odpowiadanie na pytania tych osób – że nie, jednak nie.

Obawiałam się więc poronienia. Ta obawa nie wydawała mi się dziwna, ale dziwiła mnie reakcja części osób, którym o niej mówiłam. Odpowiedzią bywało żachnięcie się i nakaz, by myśleć pozytywnie. Zamykało mi to usta i sprawiało, że zostawałam sama z moją obawą. Tak jakby pozwolenie sobie na czarne myśli stanowiło dowód mojej winy, gdyby jednak coś poszło nie tak.

Myśl pozytywnie, a na pewno wszystko będzie dobrze! Pisałam już o tym tu i tu. Coraz wyraźniej widzę, ile lęku kryje się w tym nakazie! Przede wszystkim twi w nim przekonanie, że musi być dobrze, musi się udać, musi być tak, jak sobie życzymy. Bogowie mają nam służyć, los prowadzić do celów, które sobie upatrzyliśmy. Tylko wtedy będziemy szczęśliwi. Targujemy się, zaczarowujemy rzeczywistość, afirmujemy. Moje córki, gdy miały jakieś 2-3 lata, mówiły: „ale ja chcę!” i to krótkie, rozczulające zdanie miało wyjaśnić wszystko. Przecież chcę.

A jednak bywa tak, że nie dostajemy tego, czego tak mocno pragniemy. Mimo chcenia z samej głębi duszy, mimo pozytywnego myślenia, mimo odganiania mrocznych obaw. Przeczuwam, że dopiero zaakceptowanie również takiej możliwości daje prawdziwą wolność. Pozwala ono też wybierać coraz to nowe drogi, zaglądać przez kolejne dziurki od klucza i otwierać kolejne drzwi. Skoro nie musi się udać, mam prawo do smutku i rozpaczy, ale mam też prawo iść dalej. Nigdy nie wiem, kogo i co spotkam na swojej drodze. Wtedy łatwiej też stracić na jakiś czas z oczu cel i rozejrzeć się wokół siebie. A to może być naprawdę ciekawe.


niedziela, 22 grudnia 2013

Czyje nazwisko jest moje?


Słyszałam kiedyś taki kawał. Pewna kobieta miała siedmiu synów i wszystkim dała na imię Witek. Przyjechał do niej dziennikarz i pyta: to taka ciekawa decyzja, ale dlaczego właściwie dała pani wszystkim swoim synom tak samo na imię? A wie pan, to bardzo wygodne. Wołam na przykład: Witek, obiad! - i wszyscy przybiegają. Albo wołam: Witek, umyj zęby! - i wszyscy przybiegają. No dobrze, dobrze, ale jak pani chce z którymś porozmawiać tak bardziej indywidualnie, to co wtedy? A jak indywidualnie, to wtedy, proszę pana, wołam po nazwisku.

Czterdziestka na karku (no, prawie), wiek średni, wokoło mnie sporo znajomych jest w trakcie albo już po rozwodzie. Niektóre koleżanki wracają do swoich panieńskich nazwisk, z radością, z uczuciem ulgi, z nadzieją uwolnienia się, powrotu do siebie, do własnej, pojedynczej tożsamości. A jeśli mają dzieci i zwiążą się z kimś innym, to jest jak w prawdziwej patologicznej rodzinie – każdy ma inne nazwisko. Oczywiście o tej patologicznej rodzinie piszę ironicznie, po pierwsze dlatego, że wciąż jednak takie skojarzenie się nasuwa, a po drugie dlatego, że wcale nie wierzę w jego słuszność. 

Jedno wspólne nazwisko dla wszystkich członków podstawowej komórki społecznej – rodziny. Dla męża i taty, żony i mamy, i dla dzieci. Wtedy wszyscy wiedzą, na czym stoją. Nawet moja 5-letnia córka świetnie sobie z tego zdaje sprawę. Gdy wyjątkowo nie ja prowadziłam samochód, lecz mój kolega, oznajmiła: teraz jest tak, jak być powinno, mężczyzna prowadzi.

Wspólne nazwisko oznacza też zlanie się dwóch odrębnych bytów w jeden. Tworzy się wspólna tożsamość. Oczywiście że tak, o to też chodzi, po to się wiążemy, a nawet nie da się inaczej. Rachel Cusk, autorka książki „Po. O małżeństwie i rozstaniu” mówi o tym tak: „Myślałam, że to będzie miejsce, do którego wejdę i zachowam w nim siebie, i że jeśli kiedyś zdarzy się, że będę musiała z niego wyjść, to wyjdę z niego razem z tym swoim ja, które pozostanie nietknięte. Okazało się, że bardzo się myliłam (…) w momencie, w którym zawierasz małżeństwo, przestajesz istnieć. Nie ma jakiegoś ja, jest tylko ta nowa, wspólna tożsamość i nie można, ot tak, któregoś dnia tego procesu cofnąć. Stajesz się kimś zupełnie innym. Nieodwracalnie”.

Podobnie to odczuwam. I myślę, że zmiana nazwiska przez kobietę jeszcze tę utratę tożsamości przyklepuje. Nie potrafię ocenić, czy to dobrze czy źle. Czy sprzyja trawłości małżeństwa i poczuciu szczęścia tworzących je osób. Jest to rodzaj odcięcia korzeni, pożegnania przeszłości w momencie ślubu. Później, dopóki małżeństwo trwa, niewiele już się o tym myśli.

A jeśli nie trwa? „Po” można wrócić do panieńskiego nazwiska, chociaż przecież już nie jest się tamtą kobietą. Można zostawić sobie nazwisko męża, zwłaszcza jeśli jest to również nazwisko dzieci. Można też po jakimś czasie znowu wyjść za mąż – i co wtedy? To jak w „Solaris” Lema: wciąż ta sama dziewczyna przychodzi po raz pierwszy i ma na sobie sukienkę bez guzików ani suwaka, którą musi rozpruć, bo inaczej nie może jej zdjąć. Nie, to przecież niemożliwe.

Fantazjuję o świecie, w którym dziewczynki dziedziczą nazwiska po matkach, a chłopcy po ojcach, zaś w dniu ślubu nikt nazwiska nie zmienia. Taka fantazja przynosi mi ulgę.

sobota, 14 grudnia 2013

Bez metod wychowawczych

Każdy rodzic może sobie naturalnie postawić pytanie: Czy woli mieć dziecko zdrowe duchowo, czy też dziecko posłuszne? Bo nie da się mieć obu tych rzeczy naraz! - Jesper Juul

Zostałam wychowana zgodnie z powiedzeniem, że ryby i dzieci głosu nie mają. Nie decydują, lecz słuchają dorosłych, którzy są przecież starsi i mądrzejsi. Nie sprawiają też kłopotów: nie chorują za dużo, nie krzyczą, dobrze się uczą. Ale nade wszystko są posłuszne. Czas na własne wybory przyjdzie dopiero wtedy, gdy dorosną i będą potrafiły się same utrzymać. Z pierwszym powiedzeniem wiąże się też drugie: co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. 

I choć oba powiedzonka były przytaczane zawsze żartobliwie, to jednak naprawdę wkroczyłam w dorosłe życie z przekonaniem, że dzieci powinny być posłuszne. Wydawało mi się, że posłuszne dziecko stanowi dowód kompetencji wychowawczych rodzica. Taki rodzic najwyraźniej wie, jak należy postępować.

Myślenie o wychowaniu koncentruje się przeważnie właśnie na tym, co zrobić, by dzieci postępowały tak, jak sobie tego życzą dorośli. Jest wiele wytycznych, jak to osiągnąć. Najczęściej mówi się o spójnym systemie kar i nagród, przy czym kary muszą być koniecznie egzekwowane, a dorośli konsekwentni i jednomyślni. I choć ten zestaw wytycznych z czasem przestał mi odpowiadać, to nadal szukałam jakichś - choć innych - metod wychowawczych. Widzę, że nie jestem w tym odosobniona, rodzice zaniepokojeni zachowaniem swoich dzieci na ogół pytają o sposoby. Mówią: próbowaliśmy już tego, tego i tego, ale nic nie działa.

Jak to wymownie ujął Alfie Kohn: "I kara, i odmowa miłości komunikują dzieciom, że jeśli robią coś, co się nam nie podoba, to my, aby wymusić na nich zmianę zachowania, zadamy im cierpienie".

Od 3 lat czytam Agnieszkę Stein, a od roku też Jarka Żylińskiego i moje myślenie powoli się zmienia. To nie metody są najważniejsze, ale uczucia i potrzeby. I relacje, począwszy od relacji z samą sobą, gdy pytam siebie: co czuję i czego potrzebuję? Następnie są to relacje z innymi ludźmi, też z dziećmi, gdy pytam ich o to samo albo po prostu uważnie patrzę. Sądzę teraz, że serdeczne zainteresowanie i próba zrozumienia to jedne z najlepszych prezentów, jakie można dać drugiemu człowiekowi. 

Gdy zajrzymy w swoją duszę i w duszę dziecka, może się okazać, że nie chcemy już wymuszać posłuszeństwa. Metody okażą się drugorzędne. Jak to ujęła pewna mama: zachowanie mojego syna w zasadzie się nie zmieniło, ale zmieniło się moje myślenie i teraz mam wszystko ogarnięte. 

środa, 4 grudnia 2013

Żywa woda, martwa woda

Woda jest moim żywiołem. Śni mi się na najróżniejsze sposoby: jako wartki, spieniony strumień połyskujący w promieniach słońca, tak piękny, że aż zapiera dech; jako trudna do przebycia rzeka; jako niepokojąco ciche i nieruchome morze; jako jezioro, w którym nurkuję i nie potrafię wypłynąć na powierzchnię; jako mroczna woda spływająca po bruku. Na jawie bardzo lubię pływać. Największą przyjemność sprawia mi przepłynięcie na drugi brzeg jeziora. Płynę żabką, nie zanurząjąc głowy, zgrywając ruchy rąk i nóg z oddechem. Ludzie zostają daleko, widzę otaczający jezioro las i niebo nad głową. Lubię odczucie towarzyszące rozgarnianiu wody, dotyk powierzchni jeziora na skórze, różnicę pomiędzy wodą i powietrzem, a także gdy woda jest cieplejsza na powierzchni i chłodniejsza głębiej. Lubię świadomość, że mam dość sił, by płynąć tylko dzięki prawności moich mięśni. Pierwszą córkę urodziłam w wodzie.

Woda jest moim żywiołem. Może dlatego pociąga mnie w bajkach motyw żywej wody. Kojarzy mi się z przyjemnością czerpaną z seksu, z wodami płodowymi, z fascynacją naukowców odkrywających ślady wody na innych planetach: może tam jest, może było kiedyś... życie. Żywą wodę trudno zdobyć, wymaga to czasu i cierpliwości albo posiadania specjalnych mocy. Trzeba po nią iść na koniec świata, do odległego źródła. Leczy ciężko chorych, a nawet przywraca życie umarłym. Szczególnie podoba mi się polska bajka (musi gdzieś być w całym tym moim bałaganie, ale nie wiem gdzie, a tytułu nie pamiętam) o synu szukającym żywej wody, aby ocalić umierającego ojca. Drogocenne lekarstwo znajduje się w zamku strzeżonym przez trójgłową bestię. Chłopcu udaje się ułaskawić głowy bestii pozyskanymi wcześniej podarunkami. Głębiej w sali siedzi piękna dziewczyna i rozpaczliwie płacze. Bohater bajki musi podjąć decyzję: jeśli weźmie stojący na stoliku flakonik z żywą wodą, ocali ojca, ale dziewczyna umrze; jeśli podejdzie do dziewczyny, nie dostanie żywej wody. Chłopiec chce wziąć flakonik, jednak kierowany empatią, odruchem serca, podbiega do dziewczyny i ociera jej chusteczką łzy. Wtedy znikają bestia i flakonik. Bohater zabiera dziewczynę do domu, a gdy stają nad łożem umierającego ojca, dziewczyna wyciska z chusteczki łzy – i okazuje się, że to właśnie jest żywa woda, która uzdrawia ojca. Chłopiec zdobył ją dzięki temu, że z niej zrezygnował. Okazało się, że żywa woda tryska tam, gdzie jest dbałość, wrażliwość i troska. Drugi człowiek nie może być środkiem wiodącym ku niej.

Podoba mi się też bajka o żabie, która wypiła całą wodę na ziemi. Siedziała potem nadęta i miała w nosie spękaną ziemię i spragnione zwierzęta. Wiecie, jak wygląda nadęta żaba, prawda? Na szczęście węgorze uratowały świat przed zagładą rozśmieszając żabę swoimi śmiałymi wygibasami tak, że ta nie mogła wytrzymać, ryknęła śmiechem - i wypluła całą zagarniętą wodę.

Chichocząca wesoło żaba prowadzi z kolei moje myśli ku bogince Baubo. Choć czytaliśmy mity greckie, to jednak o Baubo nie uczyliśmy się w szkole. Również w tej opowieści światu grozi zagłada z powodu suszy i nieurodzaju. Ich przyczyna tkwi w rozpaczy Demeter, która odmawia jedzenia i picia po tym, jak Hades porwał i zatrzymał w podziemnym świecie jej córkę Persefonę. Baubo – boginka śmiechu i swawoli – postanawia pocieszyć Demeter. „Przemawiająca spomiędzy nóg” nie ma głowy, patrzy sutkami i mówi waginą. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z Wilkami” tak opisuje tę chwilę:

W istocie tańcząca żeńska postać była zaczarowana; nie miała głowy, jej oczami były sutki, a pochwa ustami. To właśnie te usta zaczęły opowiadać Demeter zabawne, rubaszne historyjki. Demeter najpierw się uśmiechnęła, potem zaczęła chichotać, aż wybuchnęła śmiechem z głębi brzucha. Śmiały się razem, mała brzuchata boginka Baubo i potężna Matka-Ziemia, Demeter.

Śmiech wydobył Demeter z rozpaczy i dał jej siłę do dalszych poszukiwań. W końcu z pomocą Baubo, starej Hekate i boga słońca, Heliosa, odnalazła swą córkę. Persefona została zwrócona matce. Cały świat, ziemia i łona kobiet znów zaczęły rodzić.

[…] Mała brzuchata boginka Baubo podsuwa interesującą myśl, że trochę rubasznego humoru może dopomóc w przełamaniu depresji. To prawda, że może tego dokonać pewien rodzaj śmiechu, który budzą te wszystkie kobiece opowieści — opowieści czasem tak wulgarne, że aż niesmaczne. Te opowieści pobudzają libido. Rozpalają w kobiecie ogień, przywracają zainteresowanie życiem. Właśnie tego nam trzeba — brzuchatych boginek i śmiechu z głębi brzucha." Wspaniałym zbiorem rubasznego, babskiego humoru jest komiks Marjane Satrapi „Wyszywanki” - polecam.

Jest też martwa woda. O zwyczajach z nią związanych, powszechnych na Ukrainie, przeczytałam w tekście Pochowana prawda. Martwa jest woda, którą obmywano nieboszczyka. Martwe są też ludzkie łzy wyniesione przez wiedźmę z cmentarza. Taką wodę „wylewa się na próg, pod dom, na granicę gospodarstwa lub w inne miejsce, tak by zaszkodzić osobie, która przez nią przestąpi”. A więc znowu łzy. Jednak tym razem nie człowiek jest celem, złodziej łez nie ociera ich po to, by pocieszyć, lecz aby komuś innemu zaszkodzić. Płaczący człowiek jest używany jako środek prowadzący do celu. Jako producent drogocennych łez. I sądzę, że nawet gdyby cel był szczytny, taka woda musiałby być martwa.

I tak te skojarzenia płyną, jak woda. Od otartych, życiodajnych łez po rubaszne żarty, które ratują świat od suszy. Żywa woda to troska, chęć pocieszenia, zamiany płaczu w śmiech. Przyjemność czerpana z seksu, wody płodowe i fascynacja naukowców, gdy na odległej planecie odkryją ślady wody...

niedziela, 1 grudnia 2013

Dlaczego warto mieć siostrę?

Nikt tak jak starsza siostra:
  • Nie ma równie wspaniałych pomysłów na zabawy.
  • Nie przygotuje do szkoły („Mamo, ale dziś była męcząca ta zabawa... tyle szlaczków i liter”).
  • Nie nauczy dni tygodnia przy okazji skakania w gumę, i wielu, wielu innych rzeczy.
  • Nie nauczy odporności wobec nacisków i polegania na własnym zdaniu („Mamo, a ona mówi, że tam jest miasto!” - „A ty uważasz, że jest?” - „Nie ma!”).
  • Nie nauczy podstaw logiki („Mamo, ja czekam, aż ona się ze mną pobawi, a ona czeka, aż przestanę czekać!”).
  • Nie nawiedzi w snach („Mamo, ja ją zabiję packą na muchy!” - powiedziane w chwili budzenia się ze snu).
  • Nie pokaże lepiej, że miłość bywa szorstka, a przyjaźń pełna konfliktów, a jednak trwa z dnia na dzień.

Nikt tak jak młodsza siostra:
  • Zawołana nie przybiegnie natychmiast i bez ociągania („Chodź, idziemy się bawić!”).
  • Nie doceni umiejętności wychowawczych i nie pokaże sprawczości (starsza nie pozwala młodszej wchodzić z nocnikiem do swojego pokoju, więc młodsza siedzi na nocniku pod drzwiami).
  • Nie będzie podziwiał różnych umiejętności i dzieł ani starał się naśladować („Mamo, ona znowu zgapia!”).
  • Nie będzie się bawił w to, na co starsza ma ochotę, ani wykonywał zadań.
  • Nie będzie się liczył ze zdaniem („Jak myślisz, który obrazek jest ładniejszy?”).
  • Nie będzie wciąż dążył do kontaktu, wybaczał krytyki i chwil niechęci.

No i nikt tak jak siostra nie pozwoli zmniejszyć o połowę presji całej tej rodzicielskiej miłości, nadopiekuńczości, szaleństwa, zaborczości, kryzysów, braku czasu i uwagi.

P.S.

Moje córki nie przytulają się do siebie, nie chodzą za rączki i nie wyznają sobie miłości. Zdarza się im za to mówić o nienawiści i każda z nich wolałaby, by drugiej nie było. Kiedyś był to dla mnie duży problem i miałam do nich żal, zwłaszcza do starszej. A jednak w końcu się pogodziłam, że jest jak jest. I nie wiem, czy ich relacja się z czasem poprawiła, czy też ja zaczęłam bardziej dostrzegać to, co dobre.

W ostatnie wakacje spędziliśmy kilka dni w niemal idealnej moim zdaniem chatce studenckiej. Nie dość że mimo długiego weekendu nie było tam żadnych turystów oprócz nas, to jeszcze trafił się nam bardzo sympatyczny chatkowy. Twierdził, że moje córki bardzo ładnie się ze sobą bawią i argumentował to w ten sposób, że jego siostrzeńcy są jeszcze gorsi. Gdy starsza na pytanie młodszej: „ładnie narysowałam?”, odpowiedziała: „obrzydliwie”, chatkowy roześmiał się i stwierdził żartobliwie: „na starszą siostrę zawsze można liczyć”. Zrozumiecie albo nie, ale jestem mu za to zdanie wdzięczna.

wtorek, 26 listopada 2013

Czy potrzebuję tego, czego pragnę?


Oh, it's a mystery to me
We have a greed with which we have agreed
And you think you have to want more than you need
Until you have it all you won't be free
Society, you're a crazy breed
Hope you're not lonely without me –
fragment piosenki Eddiego Veddera

Leśna mądrość obdarzyła go ciszą
Chore drzewo w daremnej podróży – Robert Marcinkowski

Trudno jest mi znaleźć 2 godziny czasu wolnego ciurkiem, a w nocy wolę spać, dlatego oglądam nie więcej niż kilka filmów w roku. „Into the wild” wkradł się w moje myśli i uczucia chyba na dobre. Zacytowana piosenka pochodzi z tego właśnie filmu. Można go różnie zrozumieć i różne treści z niego wydobyć. Dla mnie jest to opowieść o szukaniu siebie, swoich granic, szczęścia, wartości, dla których warto żyć. O rozróżnianiu między potrzebami a pragnieniami, formą i treścią.

To dla mnie ważny temat, trochę o nim już pisałam tu. Ale gdzie jest granica? Za którymi pragnieniami stoją prawdziwe potrzeby? Co poprowadzi mnie w kierunku wolności i bezpieczeństwa? A co nakarmi złudzeniami? Kubuś Fatalista powiedział, że chce być równie szczęśliwy śpiąc w królewskim łożu i z głową opartą o przydrożny kamień.

Gdy półtora roku temu miałam wypadek samochodowy, pomyślałam, że chcę mieć skórzaną torebkę. Może brzmi to absurdalnie, ale dla mnie skórzana torebka jest symbolem dostatku. Nigdy wcześniej o takiej nie marzyłam, szkoda mi było pieniędzy. Ale dostatek oznacza poczucie bezpieczeństwa. Jednak czy większy, lepszy samochód ochroniłby mnie przed wpadnięciem w poślizg i tą chwilą lotu (!), kiedy spadałam w dół? Logiczne czy nie, moment ten symbolizował całą moją niestabilność, chwiejność, brak panowania, brak zdolności powiązania ze sobą licznych sznurków, i nie było to bez związku z pieniędzmi.

Mój dobry kolega prowadził tej jesieni punkt skupu grzybów. Lubiłam przyglądać się przychodzącym grzybiarzom. Byli spokojni, pogodni, rozluźnieni, chętni do pogawędek. Leśna mądrość obdarzyła ich ciszą. Licytowali się między sobą z humorem, kto więcej zebrał, bo praca ta wymaga przeciez wiedzy o grzybach i znajomości miejsc, gdzie lubią rosnąć. Rozmawiałam trochę z niektórymi z nich, między innymi z kobietą z grubsza w moim wieku. Powiedziała, że w zasadzie miała wrócić do pracy, ale nie chce jej się, a w lesie rośnie tyle grzybów. Wiele z tych osób pewnie by się chętnie utrzymywało zbierając dary lasu, a z innymi sposobami zarobkowania być może nie jest im po drodze.

Ludzie ci wyglądali na niebogatych. Można było to poznać po ubraniach, a czasami też po niekompletnym uzębieniu. Zarówno aktor grający główną rolę w filmie „Into the wild”, jak i człowiek, w którego się wcielił (bo film ten opowiada prawdziwą historię) mieli ładne, białe zęby. Sama nie zostałam dziewczyną bez zęba na przedzie tylko dlatego, że stać mnie na to, by nią nie być. I tak sobie myślę – czy to potrzeba czy zachcianka? Nie umiera się od bezzębnego uśmiechu, a jednak czułabym się fatalnie. No i trudniej znaleźć przyzwoitą pracę nie mając zębów. Społeczeństwo oznajmia kpiąco: musi cię być stać na to, byś mógł pracować.

Gdzie jest granica między formą i treścią? Między potrzebą i zachcianką? Między wymogami społeczeństwa a wyborami podyktowanymi potrzebami związanymi z tym, kim naprawdę jestem? Gdy wybieram się do pracy, ubieram się bardziej elegancko, bo chcę powiedzieć: możesz mi zaufać, jestem odpowiedzialna i poważna. Do którego momentu opakowanie służy komunikowaniu treści, a od którego zakrywa treść? Do kiedy to jestem ja, a od kiedy jakaś rola, w którą się wcielam, skorupka, maska? Kiedy jestem prawdziwa? Stara czy młoda? Ładna czy brzydka? Z zębami czy bez? Z makijażem i w spódniczce, czy w dżinsach i z potarganymi włosami? 


I jeszcze Szałasolot 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dziecko z zaświatów


Doznałam pewnej wizji. Dziecko, dziewczynka. Malutka, może półtoraroczna. Ma jasne oczy, niewyraźne, i blond włoski, takie ledwo-ledwo. Na imię ma Rózia. Dziecko siedzi w samym tylko pampersie pod ścianą. Wygląda na zdrowe, a jednak jest blade i poważne. Samo sobą cichutko się zajmuje. Nie rzuca się w oczy. Prawie się rozmywa, znika, wtapia w otoczenie. Nie mogę powiedzieć, żeby budziło moją sympatię, chwilami nawet zapominam o jego istnieniu. A jednak wciąż odwracam się do ściany. Zdarza się, że odchodzę, wyjeżdżam, zamuję się zupełnie czymś innym, ale w końcu wracam. Gdy przyglądam się dokładniej, widzę, że to dziecko jest martwe. Istnieje gdzieś za ścianą, za światem, w zaświatach. W innym wymiarze. Ściana jest trochę przezroczysta, mogę zajrzeć poza nią, widzę dziecko. Nie, nie boję się go. Chce mi coś powiedzieć, nie ma jednak środka przekazu. Nie umie jeszcze mówić, w dodatku pozostaje w innym wymiarze. Może brakuje medium, może okultystycznego stolika, może wystarczająco silnego skupienia nad płomieniem znicza. Nad chwilą zachodu słońca, chwilą przejścia między światami, styku między znanym i nieznanym. Słucham, tym razem słucham uważnie. Rozumiem. Dziecko mnie woła. Chce być przy mnie. Gdy pozwalam mu się zbliżyć, staje się bardziej rumiane.

Jeśli poświęcałam wam za mało uwagi, jeśli mieliście wrażenie, że siedząc obok was jestem nieobecna, to dlatego, że musiałam wracać do tej ściany i dziecka. Jeśli wciąż będą się zdarzały takie chwile, w których odbieracie mnie jako samotnika i odludka, to dlatego, że zajmuję się dzieckiem. Ma na imię Róża. 
 

niedziela, 10 listopada 2013

Wytrwałość i oceny


Moja 10-letnia córka nauczyła się skakać na skakance. Skacze do przodu i do tyłu, na obu lub na jednej nodze i z n ogami skrzyżowanymi. Udało mi się skoczyć 40 razy do tyłu i chyba nigdy nie przebiję tego rekordu, powiedziała. A ja jej na to: Jak będziesz ćwiczyć, to przebijesz. I będziesz miała przy okazji lepszą kondycję, a to znaczy, że długie wędrówki lub wycieczki rowerowe nie będą cię wyczerpywać. Oczywiście skacze już ponad 100 razy do przodu i do tyłu.

Córka od niedawna jeździ też konno. Dzisiaj cały czas anglezowałam i pani powiedziała, że będzie ode mnie więcej wymagać – stwierdziła z niepokojem. Skoro zamirza od ciebie dużo wymagać, to znaczy, że jej zdaniem na dużo cię stać, uspokoiłam ją.

Bardzo mnie ucieszyła ta skakanka i jazda konna, bo od dawna zastanawiam się, jak córkę przekonać do wartości wytrwałych i systematycznych ćwiczeń. Chodzi do szkoły, więc nie powinnam mieć trudności ze znalezieniem okazji. A jednak do tej pory nie znalazłam.

Mam wrażenie, że w szkole wypada być zdolnym, a nie wytrwałym. Dzieci mówią machając lekceważąco rękami: E tam, to dla mnie łatwizna, to dla mnie bułka z masłem. Siedzenie na zadaniami po lekcjach nie jest wartością, dzieci nie robią tego dobrowolnie. Piątki fajnie jest mieć bez wysiłku. Piątka okupiona pracą jest o wiele mniej atrakcyjna.

Problemem jest chyba samo ocenianie.

Instruktorka jazdy konnej nie stawia ocen. Na pierwszych zajęciach córa anglezowała tylko przez chwilę. Na kolejnych radziła sobie lepiej i samo to było dla niej nagrodą. Ocena nie jest tu do niczego potrzebna, wręcz by przeszkadzała.

Ocena staje między nami a efektem naszej pracy. Przesłania radość i satysfakcję z tego, że dzięki własnemu wysiłkowi czegoś dokonaliśmy. Cieszymi się z oceny, ale taka radość nie buduje nas, lecz niszczy.

Nauka jazdy konnej tak jak każda nauka jest drogą. Jeśli zechcemy, może być drogą bez końca. Za zdobytym właśnie szczytem zobaczymy kolejny, jeszcze ciekawszy, trudniejszy, bardziej ekscytujący, piękniejszy. Ocena sprawia, że myślimy: to koniec. Wykonałam pracę, dostałam ocenę, jestem z niej zadowolona albo nie – i już. Tracimy zaitnresowanie dalszą podróża. Ocena zasłoniła drogę.

Oceny zabijają też ciekawość. Skoro ktoś wie, co powinnam umieć i czy umiem dość, by zostać pozytywnie oceniona – moja ciekawość nie ma sensu. Nie szukam, nie drążę, nie waham się. Nie ma w sobie pasji. Staram się zgadnąć, czego ta druga osoba ode mnie oczekuje. Zamiast ciekawości odczuwam lęk i niepowność, czy aby dobrze myślę i działam.

Oczywiście, gdy czegoś się uczymy, potrzebujemy przewodnika, który będzie nam towarzyszył w podróóży i pokaże, jakie działania są skuteczne. Kogoś, kto podzeili się wiedzą i doświadczeniem. Ale to przede wszystkim nasza podróż. Mam więc nadzieję, że mojej córce sprawia przyjemność jazda konna i że bardziej jej zależy na doskonaleniu umiejętności niż na tym, co myśli instruktorka, nawet jeśli chwilami trudno to rozdzielić.

Gdy czyjaś ocena naszego działania staje się ważniejsza niż samo działanie, uczymy się też braku samodzielności. Nie mamy ochoty eksperymentować, bo boimy się, że coś zrobimy nie tak. Uczymy się braku zaufania do siebie. Staramy się spełniać czyjeś oczekiwania, aby zasłużyć na dobrą ocenę i przestajemy podążać za tym, co sprawia, że odczuwamy satysfakcję.

Moja praca polega między innymi na wykonywaniu testów sprawdzających poziom rozwoju funkcji poznawczych. Aby było to możliwe, nie mogę podpowiadać ani oceniać wypowiedzi badanych dzieci. Część z nich wydaje się zaniepokojona taką sytuacją. Pytają, czy tak jest dobrze, albo przynajmiej szukają podpowiedzi z wyrazie mojej twarzy. Odpowiadam, czasem wielokrotnie: nie mogę ci powiedzieć, sam zdecyduj, czy tak może zostać, czy też wolisz coś tu jeszcze zmienić. Z reguły dzieci te w końcu uspokojają się i zamiast na moich reakcjach koncentrują się na zadaniach.

Sama też doświadczyłam dobroczynnego wpływu braku oceniania i porównywania z innymi na kursie terapii systemowej. Czułam się tam bardzo dobrze, całkiem inaczej niż kiedyś w szkole. Czułam się swobodnie i bezpiecznie, miałam ochotę na eksperymenty, dawałam sobie prawo do popełniania błędów i do decydowania, które z przekazywanych treści są dla mniej mniej, a które bardziej użyteczne.

Bodajże na Psychoblogu Jarka Żylińskiego przeczytałam, jakie pytania warto zadawać dziecku, gdy wróci ze szkoły: nie co dostałeś, ale czego ciekawego się dowiedziałeś. Przyznam, że trudno mi te pytania dopasować do moich wspomnień. Podstawówkę przetrwałam spóźniając się na lekcje, grając w kropki i szubienicę. Moja córka po powrocie ze szkoły mówi niestety: cześć, dostałam dziś piątkę (o tróji niekoniecznie powie). Albo mówi, że dostała z matematyki 2 punkty więcej niż koleżanka i że to fajnie, bo z innych przedmiotów ta koleżanka ma lepsze oceny. Gdy zapytam, co było ciekawego, przeważnie odpowiada że nic. Więc cała nadzieja w skakance i jeździe konnej.


wtorek, 29 października 2013

A gdyby było gorzej


Otchłań nie je, nie pije
I nie daje mleka.
Co robi? Czeka. -
Czesław Miłosz

Ten wpis na blogu Love's Patient ma już półtora roku, ale wyjątkowo utkwił mi w pamięci, tak bardzo jest o mnie. To moje myśli: A gdybym miała chore plecy, to jak bym nosiła te moje niemowlęta? A gdyby ta mała indywidualistka nie miała z kim zostać w domu, to jakim cudem chodziłaby sobie tak w kratkę do niezbyt lubianego przedszkola („bo w przedszkolu są nudne zabawy” - w domu potrafi się bawić sama przez 2 godziny i nie nudzi się nigdy). A gdybym nie miała z kim zostawić drugiego dziecka, to jak bym mogła z pierwszym zostać w szpitalu? A gdyby mnie nie było stać na samochód, to jak bym dojeżdżała do pracy, skoro z roku na rok jest coraz mniej połączeń PKS-sami? I tak dalej, i tak dalej, codziennie i wciąż na nowo.

Takie zdania pojawiają się nie tylko w moich myślach, słyszę je też w realnej przestrzeni. Gdy się dowiedziałam, że muszę wziąć udział w kursie, który zajmie mi co drugi weekend do końca roku szkolnego, usłyszałam: a co ma w takiej sytuacji powiedzieć kobieta, która nie ma z kim zostawić dzieci?

Myśli te odbierają mi siłę, podkopują wiarę w siebie, sprawiają, że czuję się bezradna. To tak jakbym cały czas przechodziła tuż obok pustej otchani, która tylko czeka, aż w nią wpadnę. W końcu przecież musi poślizgnąć się noga, nie sposób wciąż się pilnować. Myśli te i słowa budzą we mnie też poczucie, że mam za dużo i że na to absolutnie nie zasługuję, że dostaję o wiele więcej, niż powinnam. Że nie mam prawa. Że nigdy się nie wykupię. A uciec nie ma dokąd, bo otchłań czeka.

Nie chcę tego.

Jestem tu, gdzie jestem, i mam do tego prawo. Żyję, oddycham, przeciągam się, widzę i czuję. Mam prawo do wsparcia i do pomocy, kiedy tego potrzebuję. Kiedy odsuwam się od otchłani, lepiej słyszę samą siebie i mam więcej siły, by otaczać opieką tych, którzy są ode mnie słabsi. Mam prawo dążyć do szczęścia i iść w kierunku, który najbardziej mnie pociąga.

sobota, 19 października 2013

Odpowiedzialność rodzica za nie swoje decyzje i pusty portfel

Wczoraj dowiedziałam się, że mam kupić mojej pięciolatce książkę do angielskiego za 55 złotych. Wprawdzie w tym roku przedszkola nie mogą organizować odpłatnych zajęć dla dzieci, w naszym miasteczku jednak zajęcia angielskiego i rytmiki oferowane przez zewnętrzne firmy opłaciła gmina. Wcześniej za te zajęcia płaciłam, więc czemu nie miałabym tym razem zapłacić za podręcznik? Bo byłby to któryś już z rzędu wydatek i czuję się coraz bardziej naciągana przez prywatne firmy za pośrednictwem instytucji oświaty.

Zaczęło się od wagi tornistra czwartoklasitki. Wzięłam go do ręki i przerażona stwierdziłam: dziecko, kupię ci plecak na kółkach. Niestety wynalazek ten okazał się zupełnie niewygodny i nieprzydatny, nie ma więc innej rady niż dźwigać. Niedługo później natknęłam się na następujące zalecenia dotyczące tornistrów:


Tornister mojej córki waży ok. 4 kg. Waga 10-letniego dziecka powinna się wahać między 25 a 40 kg przy średniej 32 kg. Mojej kruszynie jeszcze daleko do tych maksymalnych 40 kg. W powyższych zaleceniach najbardziej zirytowało mnie ostatnie zdanie: "konieczne jest kontrolowanie przez rodziców zawartości tornistra, aby zapobiec zabieraniu przez dziecko zbędnych rzeczy". A kto jest odpowiedzialny za to, by te niezbędne rzeczy nie ważyły więcej niż 10-15% wagi niewysokiego i szczupłego ucznia? Przecież to nie rodzice decydują o tym, jakie podręczniki i zeszyty ćwiczeń kupują. Decyzje podejmuje szkoła, a nauczyciele wybierają spośród pozycji dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zastanawiam się, czy rzeczywiście są to dobrze wydane pieniądze, czy nie dałoby się taniej i lżej? 

Akurat podręczniki do czwartej klasy udało mi się odkupić używane, zostały tylko zeszyty ćwiczeń. Za to komplet podręczników i pomocy dla pięciolatków kosztował mnie prawie 100 zł. I pomyślałam: czy naprawdę obniżenie wieku szkolnego jest powodem, aby wydawcy podręczników zarabiali na dzieciach, a właściwie na rodzicach? Czy pięciolatki potrzebują w ogóle tak zwanej pracy w książkach, a jeśli tak, to czy musi być tych podręczników i pomocy tak dużo? 

Następny punkt to książka do religii, też dla pięciolatków. Jestem przeciwniczką religii w przedszkolach i szkołach, z drugiej jednak strony uważam wyprowadzanie dziecka na czas lekcji religii do innej grupy czy do świetlicy szkolnej za dyskryminujące, więc póki moje dzieci nie zdecydują inaczej, pozwalam im chodzić na te zajęcia. 

Potem były zdjęcia w szkole. Moja córka chciała mieć zdjęcie grupowe, portret i zdjęcie ze swoją przyjaciółką. Powiedziała, że ma przynieść 25 zł. Dałam. Potem okazało się, że musi donieść jeszcze 6 zł. A potem, że jeśli chce dostać zdjęcie grupowe, czyli to najważniejsze, trzeba dołożyć jeszcze 17 zł. Wychowawczyni stwierdziła, że szkoła nie ma z tym nic wspólnego, bo zdjęciami zajmuje się prywatna firma. A ja mam wrażenie, że firma ta wyciągnęła od rodziców sporo pieniędzy za naprawdę kiepskiej jakości zdjęcia, manipulując dziećmi, a wszystko to działo się za pośrednictwem szkoły.

No i teraz ten podręcznik do nauki angielskiego dla pięciolatków.

Wygląda na to, że odpowiedzialność za wydane pieniądze rozmywa się. Za to czy są wydawane sensownie, za to, czy w ogóle są to potrzebne wydatki i czy są warte swojej ceny. Rodzice płacą. Firmy wykorzystują fakt, że rodzice mają niewielkie albo żadne możliwości decydowania. Placówki oświatowe umywają ręce: to nie my. 

A moja irytacja rośnie.

środa, 16 października 2013

O złości

Rzadko udaje mi się zorganizować sobie możliwość udziału w zajęciach warsztatowych, tym bardziej cieszę się, że uczestniczyłam w warsztacie prowadzonym przez Agnieszkę Stein na temat złości. Z reguły po warsztatach czuję się spokojniejsza, mniej zmęczona, pogodniejsza, odporniejsza. To ciekawe, bo przecież zajęcia takie kosztują mnie (a może wyzwalają) wiele energii i emocji. Może właśnie rozmowa w grupie, wspólne mówienie o emocjach i przeżywanie ich w obecności innych osób, w bezpiecznej, nieoceniającej atmosferze jest tym, co działa terapeutycznie. Tym razem właśnie tak było.

Nie będę tu streszczać wszystkiego, ale napiszę o tym, co mnie szczególnie poruszyło.

Rozmawialiśmy o złości. O iskrze (na iskrę w 20 procentach składa się sytuacja, a w 80 procentach – nasze myśli na temat tej sytuacji), o paliwie (zmęczenie, napięcie) i o ogniu (odczuwanie złości, myśli pełne złości, zachowania i słowa przez nią wzbudzane). Agnieszka stwierdziła, że zachowania i słowa wypowiedziane w takich chwilach często budzą nasze poczucie winy, które z kolei jest świetnym paliwem dla kolejnych iskier. Dlatego nie warto obwiniać.

Kiedy już nas opanuje złość, nasz mózg zaczyna funkcjonować, jak gdyby przed nami stał groźny tygrys. Uruchamiają się w nas automatyczne reakcje typu "walcz albo uciekaj". Czujemy się zagrożeni. Wtedy kontrolę przejmuje prastary "gadzi mózg", a kora mózgowa zostaje odłączona. Nie ma czasu na refleksję, trzeba działać. I działamy w sposób dobrze znany, wiele razy przećwiczony.

Co więc zrobić, aby ponownie uruchomić odpowiedzialną za świadome podejmowanie decyzji korę mózgową? Agnieszka podała wiele możliwych sposobów: Słowa, a zwłaszcza nazywanie emocji. Numery, liczenie do 10, wstecz, po angielsku, przypominanie sobie numerów telefonu czy tabliczki mnożenia. Czynności związane z wodą (która symbolicznie ugasi nasz ogień) - umycie rąk, wypicie szklanki wody. Głęboki oddech. Te działania nie likwidują złości, ale przerywają automatyczne reakcje, dopiero wtedy możemy spróbować dotrzeć do potrzeby ukrytej za naszą złością. Najczęściej złość jest uruchamiana przez strach, warto więc zadać sobie pytanie, czego się boimy.

Sposobem na przerwanie automatycznych, agresywnych reakcji, który mi osobiście najbardziej się spodobał, może być zmiana pozycji ciała. Rzeczywiście trudno krzyczeć leżąc, zwłaszcza np. z nogami uniesionymi do góry. Pomyślałam, że gdy następnym razem będzie mnie ogarniała złość, spróbuję się położyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów stwierdziła jednak, że nie do końca chce się rozstawać ze swoją złością, bo uczucie to jest częścią niej. Pomyślałam, że to ważne, że przecież złość nas o czymś informuje. Wściekam się, bo chcę, by świat wokół mnie inaczej wyglądał, by otaczający mnie ludzie inaczej się zachowywali. Jednak często te automatyczne, sztywne reakcje przypominają walenie głową w mur, a ich skuteczność w osiągnięciu tego, na czym nam zależy, jest niska. Za to koszty są wysokie, bo nasza złość niszczy poczucie bezpieczeństwa naszych bliskich. Agnieszka stwierdziła, że lepiej jest szukać innych sposobów zadbania o swoje potrzeby, i że złość jest informacją, a nie instrukcją. A ja pomyślałam, że wprawdzie chcę, by świat wokół mnie wyglądał inaczej, ale chcąc tego mogę dać sobie prawo do lepszego radzenia sobie ze złością, dla siebie i dla moich bliskich.

Gdzieś na marginesie przyszła mi też do głowy refleksja na temat mojego zmęczenia i poczucia, że ciągle brakuje mi czasu, zwłaszcza dla dzieci. Pomyślałam, że wprawdzie doba jest zbyt krótka, ale nie muszę przecież załatwić wszystkiego na raz. Że tych dni będzie jeszcze trochę, i że jeśli będę patrzeć na zachodzące zmiany zamiast myśleć o punktach do odhaczenia, presja czasu być może zelżeje. Spróbuję.

czwartek, 10 października 2013

Dziewice-wróżki


Odkąd przeczytałam opowieść o nagrobku dziewczynki-wróżki, często ją spotykam. Tekst jest dość długi, więc pozwolę go sobie tutaj streścić i dodać kilka własnych refleksji. Cytaty pochodzą z opowieści Olgi Solarz.

Nieformalna grupa Magurycz, do której należy autorka tekstu o nagrobku dziewczynki-wróżki, zajmuje się ratowaniem starych cmentarzy. Wolontariusze z Magurycza remontowali również nagrobki znajdujące się na cmentarzu w ukraińskiej wiosce Otroków. Jednemu z tych nagrobków mieszkańcy przypisują moc sprowadzania deszczu – w tym celu kobiety powinny nalać wody do znajdujących się w krzyżu zagłębień i obrócić krzyż wokół osi. „Wedle miejscowych przekazów (nagrobek) stoi na mogile dziewczynki, mającej umiejętności leczenia i przepowiadania przyszłości”.

Nagrobek ten różni się od pozostałych. „Sam krzyż, który – warto dodać – jest zdekompletowany (brakuje połowy trzonu) i nosi wyraźne ślady naprawiania, tkwi bezpośrednio w okrągłej podstawie, przez co nagrobek wydaje się nie tylko odmienny, ale również dziwaczny”. W dodatku znajduje się on w samym rogu cmentarza, a wokół niego nie ma innych nagrobków. „Według (mieszkańców Otrokowa) owa diwczynka-worożka umarła od ukąszenia żmii, dlatego w celu upamiętnienia miejscowy kamieniarz wykuł podstawę nagrobka w kształcie zwiniętej gadziny”.

Członkowie grupy Magurycz zdecydowali się odkopać ukrytą pod ziemią część nagrobka. Okazało się, że – według inskrypcji znajdującej się na płycie – pochowany leży pod nim Polak o imieniu Jan. Być może był lekarzem, stąd wizerunek węża eskulapa. Tej nocy zerwał się wiatr, następnego dnia deszcz przeszedł w ulewę. „Po kilku dniach odwiedziło nas na cmentarzu trzech miejscowych gospodarzy – patrzyli na nas z wyrzutem, mówiąc, że takiej wichury dawno u nich nie było. I... że nasza to wina”.

Nagrobek znajduje się w rogu cmentarza. Wiadomo, iż w kątach cmentarza, czy przy granicach grzebano samobójców (najczęściej wisielców i topielców), tragicznie zmarłych, nieochrzczone dzieci oraz innowierców”, a więc osoby nienależące w momencie śmierci do wspólnoty chrześcijańskiej z powodu braku sakramentów. Zgodnie z wierzeniami, ich dusze nie mogą dostąpić zbawienia, więc błąkają się w pobliżu, a żywi mogą za ich pośrednictwem wejść w kontakt z zaświatami.

A żmija? Żmije, węże i smoki symbolizuję Boginię, podobnie jak życiodajna woda, noc, cykl księżycowy i podobny doń miesięczny cykl żeńskiej płodności, ale też śmierć. Przeciwstawna męska siła jest związana z ogniem, słońcem, dniem i życiem. W chrześcijańskiej wizji świata męska włądza jest władzą Boga, zaś żeńska siła należy do Szatana. Wąż na drzewie dobrego i złego kusi Ewę, by zbuntowała się przeciw boskiemu zakazowi. Znacznie bardzie odpowiada mi wizja jin i jang, pierwiastka męskiego i żeńskiego, których harmonia zapewnia harmonię w świecie. W każdym razie otrokowska dziewczynka-wróżka ma korzenie w bardzo dawnych wierzeniach.

Kolejną wróżkę spotkałam na bardzo ciekawym blogu zatytułowanym Słowianolubia. Przeczytałam tam opowieść o trzech córkach króla Kroka. Pierwszą z nich była Kazi, która parała się sztuką zielarską, lekarską i czarami. Drugą Tetka, nie znająca męża, która „uczyła oddawania pokłonów i czci nimfom górskim, leśnym i boginiom”. Najmłodsza to Lubosza. „Była zupełnie wyjątkową kobietą między kobietami, przezorna w radzie, obrotna w mowie, czysta ciałem, prawych obyczajów, nikomu nie ustępująca w wydawaniu wyroków na sądach ludowych, dla wszystkich miła, lecz więcej miłowania godna, ozdoba i chwała płci niewieściej, rozstrzygająca przewidująco sprawy należące do mężczyzn”. Była najmądrzejszą i najpiękniejszą z całej trójki, posiadła również dar jasnowidzenia, więc jako wróżka została przez lud ustanowiona sędzią. Pewnego dnia dwóch skłóconych mężczyzn przyszło do niej, by rozstrzygnęła ich spór. „Ona tymczasem - jak to rozpustna lubieżność kobiety, kiedy nie ma męża, którego by się bała - leżała nazbyt miękko na wysoko posłanych haftowanych poduszkach, oparta na łokciu, jakby chłopca porodziła”. Była więc wróżką i była dziewicą. O dawnym znaczeniu słowa dziewica pisałam już tu, niegdyś słowo to oznaczało kobietę, która nie potrzebuje męża. Przenajświętsza Panienka jest więc znacznie starsza niż chrześcijaństwo, mit o świętej dziewicy jest starszy niż mit o Jezusie.

Ostatnio zaczęłam czytać córce „Starą Baśń” Kraszewskiego, okazała się jednak za trudna dla niej, więc powoli czytam dalej sama. I w książce tej też spotkałam dziewczynę-wróżkę – córkę kmiecia Wisza o imieniu Dziwa. „Najmłodszą była w domu, najpiękniejszą i najukochańszą, a pieśni najśliczniejsze śpiewała. Matka ją najciekawszych baśni uczyła, ojciec najstarszymi podaniami karmił. Wiedzieli wszyscy, że ją duchy nawiedzały, że we snach szeptały jej o tym, o czym nikt, ani ojciec, ani matka, ani siostry nic nie wiedziały. Kto chciał wiedzieć przyszłość, jej pytał: pomyślała, popatrzyła, powiedziała. A pieśni się u niej rodziły tak, jak na wiosnę nad strumieniem kwiaty. Gdy na rozstajach i u świętych zdrojów ofiary składano, nikt tam nie przodował, tylko ona jedna, i szanowali ją wszyscy, a z młodzieży nikt nawet spojrzeć na nią nie śmiał zuchwale. Wszyscy wiedzieli, że ją sobie duchy wybrały za oblubienicę”. Gdy po śmierci ojca Dziwy, sąsiad prosił jej brata o rękę dziewczyny, ten odmówił: „Dziwa męża nie chce znać. Nie nowa to rzecz, bogom się ślubowała. To nie jest niewiasta do dzieci, do kądzieli, do garnków, ale do ognia świętego, do zdroju, do pieśni i wróżby”. Nie uległ również, gdy sąsiad prośbę zmienił w groźbę.

Dziewice-wróżki były więc kobietami niezależnymi od woli mężczyzn, szczególnie przy tym szanowanymi za mądrość i zdolność jasnowidzenia, a więc wchodzenia w kontakt z zaświatami. Nasuwa mi się tu skojarzenie z Białą Boginią – Dziewicą. Aby zajrzeć na drugą stronę, aby spoktać się z Czarną Boginią, boginią śmierci i przemiany, wróżka musiała odwrócić koła życia. Ono zamiast biec do przodu, w kierunku Czerwonej Bogini, rozwitu i płodności, obracało się wstecz w kierunku zaświatów.

Jako dziecko umiałam zgadnąć, w której ręce druga osoba coś ukrywa. Przez chwilę nie myślałam o niczym i wtedy w mojej głowie pojawiała się odpowiedź. Może wspomnienia mnie oszukują, ale wydaje mi się, że zawsze była prawidłowa. Więc może byłam w jakimś stopniu wróżką? Może ktoś z was też?

niedziela, 6 października 2013

Topiłam się w wodzie po kolana


Dostałam sms-a: Śniło mi się, że topiłaś się w wodzie po kolana, bez krzyku. Co za intuicja, pomyślałam. Często czuję się właśnie tak, jak to opisał Śniący. Zwłaszcza w piąkowe wieczory, kiedy – jak sobie wyobrażam – inni cieszą się początkiem weekendu, a ja jestem tak zmęczona, że chce mi się płakać. Wypłakuję kałużę łez, a potem topię się w niej jak Alicja w Krainie Czarów.

Moja koleżanka miała niedawno wykonywany pewien zabieg medyczny, zapłaciła za znieczulenie, nierefundowane przy takich zabiegach przez NFZ. Trzy lata temu sama przez to przeszłam. Owszem, było nieprzjemnie, bolało, popłynęły mi łzy, odczułam przykrość. I już, i nic więcej. Nie myślałam później o tej chwili bólu, uznałam, że to nic wielkiego. Mój brat wspominał, że w dzieciństwie zachowywałam się jak twardzielka na fotelu dentystycznym. Rzeczywiście, nie lubiłam wizyt u dentysty, ale nie bałam się ich. W pierwszej chwili borowanie bolało mocno, ale potem koncentrowałam się na bólu, a on ustępował. Nie całkiem, ale tak, że mogłam go znieść. Panowałam nad bólem albo tak mi się wydawało.

W ciągu ostatnich trzech lat jednak zmieniłam się. Wyraźnie czuję, że obniżył mi się próg bólu. Jakiś czas temu zemdlałam na fotelu dentystycznym, a następnym razem zapłaciłam anestezjologowi za opiekę. Nie chodziło o zwykłe borowanie, jednak przy tego typu zabiegach ludzie rzadko korzystają z usług anestezjologa.

W zasadzie wolę iść przez życie bez znieczulenia. Wciąż jeszcze jako najsmutniejsze wspominam lata, gdy za mało czułam i za mało żyłam. Trudno byłoby mnie namówić na przyjmowanie leków wyrównujących nastrój, nasennych, uspokajających, poprawiających koncentrację uwagi czy pobudzających. To się nie zmieniło. Jeszcze nie.

Wygrzebuję się jakoś z mojej kałuży łez, czasem ktoś mi poda rękę. Gdy jestem w lesie, roglądam się za zaczarowanym grzybem, na którym siedzi Pan Gąsienica. Liczę na to, że jeszcze się nauczę, z której strony grzyba zjeść kawałek, by urosnąć a nie zmaleć. 

Tak jak jest teraz – może być. Mam jednak nadzieję, że bogowie nie szykują dla mnie w najbliższym czasie kolejnych wyzwań. I że nie każą składać sobie zbyt dotkliwych ofiar. 

środa, 2 października 2013

Kieszonkowe i samokontrola


Mam wątpliwości co do większości sposobów radzenia sobie z dylematami wychowawczyni, wiecznie staję przed ścianą (czasami walę w nią głową) i zastanawiam się, co się właściwie dzieje. A w dawaniu kieszonkowego widzę same zalety. Więc będę chwalić te kieszonkowe niczym autorka poradnika.

U nas w każdym razie kieszonkowe sprawdza się bardzo dobrze,  przynajmniej do tej pory. Początkowo, gdy moja córka miała bodajże 6 lat, była to niewielka suma raz w tygodniu. Mała posiadaczka tej minifortuny natychmiast coś sobie kupowała. Starała się wydać wszystko co do grosza, tak jakby środki niewykorzystane parzyły ją przez kieszeń. Teraz to moje ze wszech miar roztrzepane dziecko ma niespełna 10 lat i już od dłuższego czasu potrafi oszczędzić i wydać uzbieraną sumę na jakąś ekstra zabawkę, ciuch albo – jeśli się akurat nadarzy okazja – przepuścić w wesołym miasteczku (ach, ten roller coaster w formie smoka 3 razy pod rząd, a ja dałam tylko na jeden). A ponieważ to moje dziecko ma ze wszech miar roztrzepaną matkę, która sama z siebie nie pamięta o kieszonkowym, samo pilnuje sobotniej wypłaty. Konsekwentnie.

Myślę, że dając kieszonkowe stwarzamy przestrzeń, w której dziecko może zyskać samokontrolę. Ma coś, co należy do niego i może z tym zrobić, co zechce. I uczy się robić coś, co w jego pojęciu ma sens. To właśnie jest samokontrola. Aby dziecko mogło ją rozwijać, dając kieszonkowe, trzeba przestrzegać kilku zasad.

Małe sumy

Uważam, że dziecko powinno dostawać raczej małe sumy. Ostatecznie zależy to od zasobności portfela rodziców i ich decyzji, ale suma ta nie powinna być jednorazowo na tyle duża, by umożliwiała kupienie czegoś szczególnego, zarezerwowanego na takie okazje, jak urodziny czy święta. Dziecko samo jest małe i nie uniesie dużej odpowiedzialności. Satysfakcja istnieje tylko tam, gdzie jest wysiłek, cierpliwość, panowanie nad sobą. Jeśli dostaje się od razu dużo, oszczędzanie traci sens.

Regularność

Ważna jest regularność, wtedy dziecko wie, co jest grane i może planować wydatki. Kieszonkowe nie może też trafiać do kieszeni zbyt rzadko – dziecięca zdolność planowania i przewidywania dopiero się rozwija i nie sięga tak dalego w przyszłość jak u dorosłych. A jak regularność, to i konsekwencja – sobota oznacza sobotę. Ja akurat nie daję na kredyt, bo jestem przeciwniczką kredytów w ogóle. Nie będę się tu jednak upierać, bo są przecież ludzie, którzy kredyty spłacają i żyją dzięki nim na fajnym poziomie. Jeśli uważają to za słuszne – niech dają dzieciom kieszonkowe na kredyt w razie potrzeby. Ja nie chcę. Zresztą mogłabym zapomnieć, a czy moje dziecko upilnowałoby mnie, by mi zwrócić dług, co do tego akurat pewności nie mam. W każdym razie – gdyby było więcej takich ludzi jak ja, wiele dóbr i usług nie osiągnęłoby tak spektakularnych wyników sprzedaży, ale też nie mielibyśmy kryzysu spowodowanego nadmiarem kredytów bez pokrycia. Ale to już nie ma związku z kieszonkowym. Chociaż?...

Coś ekstra

Kieszonkowe powinno być przeznaczone na coś ekstra. Za rzeczy podstawowe, takie jak jedzenie, ubrania, podręczniki itp. i tak płacą przecież rodzice. Dzięki temu, gdy mnie córka usiłuje naciągnąć na jakieś plastikowe paskudztwo, mogę powiedzieć: ja uważam, że to jest nic nie warte, ale jeśli masz inne zdanie, to proszę, stać cię. A wtedy ona czasem kupi, a czasem jednak poskąpi własnego grosza. Aha, dziesiąta bluzka to niest artykuł pierwszej potrzeby. Ale jeśli chce ją sobie kupić i ma za co – niech kupuje.

Zdarzyło mi się usłyszeć, jak rodzice straszą dziecko, że jeśli dostanie kieszonkowe, będzie musiało samo zapłacić za książki czy ubrania, i że mu się to nie opłaci. Pokazują w ten sposób rzecz oczywistą – dziecko jest zależne finansowo (i nie tylko przecież) od rodziców. Nie dają mu szansy na rozejrzenie się po własnym, choćby niewielkim świecie niezależności i samostanowienia.

Dziecko decyduje

Dziecko powinno samo decydować, co sobie kupi. Tylko podejmując własne decyzje może się nauczyć podejmować je rozważnie. Słyszę czasem, że dziecko wprawdzie dostaje kieszonkowe, ale nie może nimi samo dysponować, bo wydaje na głupoty. Zdarza się, że rodzice w ogóle rezygnują z dalszego dawania kieszonkowego przerażeni padziewiem przyniesionym przez dziecko z zakupów. W ten sposób trzymają kontrolę mocno w swoich rękach. Dziecko zaś nie ma szansy ćwiczyć samokontroli.

Wprowadziłam jeden wyjątek od tej zasady – nie pozwalam kupować słodyczy, które w większości są trucizną dla układu odpornościowego, pokarmowego i nerwowego. Moja córka długo miała dość poważną alergię pokarmową, objawiajacą się w najróżniejszy sposób. Po Mambie na przykład dostawała świra. Wystarczyłoby ją karmić codziennie Mambą i innymi kolorowymi, wątpliwymi pysznościami, a miałaby prawodopodobnie zdiagnozowane ADHD. Zupełnie bezpodstawnie. Oczywiście zdarzało jej się łamać ten zakaz. Ale generalnie go przestrzega. Czemu? Nie wiem. Może łatwiej przestrzegać jednego uzasadnionego zakazu, skoro poza tym deyzja należy do niej?

Za nic

Rodzice czasem dają kieszonkowe jako nagrodę za coś – za brak uwag w dzienniczku albo za dobre oceny. Wtedy kontrola pozostaje w rękach rodziców, więc dziecko nie może ćwiczyć samokontroli. Jeszcze gorzej jest, gdy zamiast regularnego kieszonkowego, dorośli obiecują jakąś ekstra nagrodę właśnie za dobre wyniki w nauce i jest to nagroda nie dość że wielka, to jeszcze możliwa do uzyskania dopiero w ginącej we mgle, niewyobrażalnie odległej przyszłości, jaką jest koniec roku szkolnego. Wtedy dziecko już całkiem traci poczucie kontroli. Przy tym większość z dzieci przynoszących złe oceny, ma trudności z nauką, koncentracją uwagi, organizacją pracy, i potrzebuje pomocy na co dzień. A dzieci zbierające uwagi często chcą coś swoim zachowaniem przekazać. Wiele z nich ma też kłopot... z samokontrolą.