wtorek, 21 stycznia 2014

Chodzi o zysk, nie o nas


Moja córka w wieku czterech lat dużo chorowała. Była blada, osłabiona, szybko się męczyła. Zaostrzyła jej się alergia pokarmowa, miała ciągle podrażnioną skórę. Martwiłam się. Przy okazji którejś z wizyt w przychodni usłyszałam, że muszę ją zaszczepić. Odpowiedziałam, że zaszczepię, gdy będzie chociaż przez dwa miesiące zdrowa. Lekarka stwierdziła jednak, że za przeciwskazanie do szczepień uznaje się tylko infekcję przebiegającą z wysoką gorączką. Mimo to nie zgodziłam się. 

Pielęgniarka odpowiedzialna za szczepienia, moja ówczesna sąsiadka, natychmiast zawiadomiła SANEPID, a jego przedstawicielki odwiedziły mnie w domu. Uprzejmie przekazały informację, że zmienił się kalendarz szczepień, i że jeśli nie zaszczepię dziecka, skierują sprawę do sądu. Po ich wyjściu zajrzałam na stronę Ministerstwa Zdrowia – nie, kalendarz szczepień wcale się nie zmienił, najwyraźniej panie mnie okłamały. Powinnam zaszczepić córkę w szóstym roku życia, czyli po ukończeniu przez nią pięciu lat i przed ukończeniem sześciu. Miała wtedy cztery i pół roku. O co więc chodziło? Podobno o dużą partię szczepionek z krótkim terminem przydatności...

Przez następnych kilka miesięcy dostawałam listy z SANEPID-u. Ponieważ jednak w tym czasie moja córka zapadła na dosyć ciężką, przewlekłą chorobę, lekarz specjalista z automatu wypisał jej odroczenie od szczepień. Ostatecznie zaszczepiłam ją... zgodnie z kalendarzem, gdy już była w lepszej formie.

Sądzę, że moja była sąsiadka nie donosiła na mnie do SANEPID-u z żądzy zysku. To nie ona zarabia na szczepionkach, lecz firmy farmaceutyczne. Sąsiadka prawdopodobnie naprawdę wierzy w konieczność powszechnego stosowania szczepionek i uważa, że lepiej zaszczepić dziecko wcześniej, niż gdyby miały się zmarnować szczepionki o krótkim terminie przydatności. Nawet dziecko w złej formie fizycznej. Wyobrażam sobie, że jeśli przedstawiciele firm farmaceutycznych zaprosili raz i drugi mieszkającą w małym miasteczku pielęgniarkę na konferencję z udziałem ekspertów, musiało to zrobić na niej wrażenie. Jeśli powiedzieli, że przymus szczepień jest konieczny, by ochronić dzieci przed epidemiami chorób – uwierzyła. Jeśli stwierdzili, że zła forma dziecka czy alergia nie są przeciwskazaniem do szczepienia – również uwierzyła.

Jednak ja już nie wierzę. Niestety wcale nie chodzi tu o dobro dzieci, lecz o zysk. Chodzi o to, by sprzedać jak najwięcej szczepionek. O nic więcej. Przymus szczepień gwarantuje wysoką sprzedaż, ponieważ za szczepionki płaci państwo, a rodzice nie mają wyboru.

Kilkanaście lat temu pracowałam w badaniach rynku. W ramach jednego z projektów przeprowadzałam wywiady z pracującymi na OIOM-ach lekarzami na temat sepsy. Wszyscy zgodnie twierdzili, że sepsę, czyli uogólnione zakażenie organizmu, może wywołać każda, nawet najbardziej niewinna w zwykłych warunkach bakteria, o ile dojdzie do znacznego obniżenia odporności organizmu, np. na skutek ciężkiego wypadku komunikacyjnego lub końcowego stadium nowotworu. Dlatego choć sepsa może być bezpośrednią przyczyną śmierci, rzadko uznaje się ją za główną przyczynę.

Kilka lat później oglądałam reklamy przekonujące rodziców, że tylko szczepionki przeciwko pneumo- i meningokokom ochronią dzieci przed sepsą. Jakie to sprytne, nieprawdziwe i niemoralne... Nie, wcale nie chodzi o to, by dzieci przed czymkolwiek ochronić. Chodzi o to, by zarobić.

Zaznaczę na marginesie, że nie jestem absolutną przeciwniczką szczepień. Barkowało mi i nadal brakuje niezależnego (!) fachowca, którego mogłabym się poradzić, na co i kiedy warto szczepić dzieci i siebie. Nie chcę, by decyzję podejmowały za mnie – troskliwą matkę – żądne zysku firmy.

Oczywiście nie chodzi tylko o szczepionki. Tak jak moją byłą sąsiadkę zmanlipulowali przedstawiciele firm farmaceutycznych, tak samo my wszyscy codziennie pozwalamy się manipulować przedstawicielom firm oferujących najróżniejsze produkty i usługi.

Przekonują nas, że tanie w produkcji (niekoniecznie o niskiej cenie dla klientów) i kiepskiej jakości pożywienie jest dla nas i naszych dzieci najlepsze. Producenci mleka modyfikowanego wmawiają kobietom, że ich własne mleko jest gorsze, nie dlatego że faktycznie jest gorsze, ale dlatego, że chcą zarobić na modyfikowanym. Producenci kaszek dla niemowląt od tak dawna wychwalają ich zalety, że mało komu przychodzi do głowy, by ugotować dziecku płatki owsiane czy kaszę jaglaną. Producenci jedzenia w słoiczkach wmawiają matkom, że nie potrafią tak dobrze wyselekcjonować odpowiednich produktów jak wykwalifikowany specjalista. No a później są płatki śniadaniowe, które nie mają nic wspólnego ze zdrowym śniadaniem. Cieszę się, że producent Nutelli jakiś czas temu przegrał sprawę sądową i musiał zrezygnować z reklam zachwalających prozdrowotne walory smarowidła, których jest ono zwyczajnie pozbawione. Ale to kropla w morzu.

Cały wielki przemysł kosmetyczny specjalizuje się w przekonywaniu kobiet na różne sposoby, że są brzydkie i nieakceptowalne bez tysiąca najróżniejszych kosmetyków i zabiegów. Przemysł farmaceutyczny przekonuje nas, byśmy się leczyli i wspomagali nasze zdrowie zostawiając jak najwięcej pieniędzy w aptekach. Wydawcy wbijają przedstawicielom oświaty do głowy, że dzieci nie da się niczego nauczyć bez wciąż zmienianych podręczników, że konieczne są zeszyty ćwiczeń, i że już przedszkolaki powinny uczyć się z książek. I tak dalej.

Jak chyba większość ludzi, zostałam wychowana w wierze, że nauka służy dobru ludzkości i że należy słuchać mądrzejszych. Wiele razy byłam też przekonywana, jakoby wolny rynek dzięki zdrowej konkurencji miał zapewnić wysokiej jakości produkty i usługi. Ale widzę, że to wszystko nie działa. Jesteśmy stale, codziennie, na najróżniejsze sposoby okłamywani. Co więcej, często jesteśmy sami trybami całej tej machiny generowania zysku, bo też chcemy zarobić. Niestety jest to chory świat, w którym pieniądze zastępują moralność, troskę o ludzi, przyrodę i przyszłość.

niedziela, 19 stycznia 2014

Jak uczyć dzieci współpracy według Aronsona


Wrzucam tu fragment z książki Elliota Aronsona zatytułowanej „Przypadek to nie wszystko”. Aronson jest autorem chyba najbardziej znanego i najciekawszego podręcznika do psychologii społecznej pt. „Człowiek – istota społeczna”. Poniższy fragment dotyczy problemu uprzedzeń na tle rasowym w szkołach, ale można go czytać też pod kątem współpracy między uczniami w ogóle. Opisane badania mają już ponad 30 lat, jednak mimo dowiedzionego pozytywnego wpływu na osiągnięcia szkolne dzieci i atmosferę w klasie, metoda układanek nigdy nie upowszechniła się w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce jest chyba zupełnie nieznana. Nawet jeśli nie możemy liczyć na to, że nasze dzieci będą uczone w taki właśnie sposób, na pewno warto poczytać:

(…) Wkrótce okazało się, że desegragacja wcale nie będzie prosta i nie przyniesie automatycznie pozytywnych rezultatów. W większości miejsc jej typowym następstwem były zamieszki w społecznościach i wrogość w szkolnych klasach. Tak naprawdę uprzedzenia w szkołach narastały, a pewność siebie oraz osiągnięcia kolorowych dzieci nie zwiększały się. Sytuacja w Austin była więc typowa, choć bardziej dramatyczna niż w innych częściach kraju.

W samym środku tego zamieszania zastępca głównego inspektora szkolnego zadzwonił do mnie, żeby zapytać, czy mam jakieś pomysły na rozwiązanie sytuacji. On chciał zakończyć przemoc, ja chciałem wiedzieć, dlaczego desegragacja nie przyniosła korzyści, których się spodziewaliśmy. Nasze interesy były zbieżne, więc zgodziłem się pomóc.

Najpierw trzeba było ustalić, co – u diabła – dzieje się w klasach. Posłałem moich studentów do dwóch szkół podstawowych, żeby systematycznie obserwowali uczniów piątych i szóstych klas. „Siadajcie w osatnich ławkach i nie odzywajcie się”, poinstruowałem ich. „Dzieci szybko o Was zapomną. Obserwujcie bez z góry przyjętych założeń. Pewne sprawy są tak oczywiste, że łatwo można je zlekceważyć. Dobry sposób na uniknięcie błędów to wyobrażenie sobie, że jesteście przybyszami z Marsa i nigdy wcześniej nie byliście w szkolnej klasie; po raz pierwszy macie możliwość obserwowania tego, co robią Ziemianie. Zapisujcie wszystko, co zauważycie. Potem ułóżcie zachowania według częstotliwości ich występowania”.

Kiedy podzielili się ze mną swoimi obserwacjami, zaskoczyła nas jedna rzecz, coś z pozoru oczywistego i zwyczajnego dla szkół, zwłaszcza publicznych. Typowa klasa to miejsce ostrego wspłzawodnictwa, gdzie uczniowie rywalizują ze sobą o uwagę i pochwały nauczyciela. W Austin, podobnie jak w większości takich wspólnot, kolorowe dzieci były w tym współzawodnictwie skazane na porażkę. Poprzednie prawo „podzieleni, ale równi” skutkowało przestrzeganiem podziałów, lecz nie zapewniało równości. Szkoły, do których ciemnoskóre i latynoskie dzieci uczęszczały przed zniesieniem segregacji, nie spełniały standardów; w efekcie ich umiejętności czytania były o jedną klasę słabsze niż białych równieśników. Gdy więc nauczyciel zadawał pytanie, białe dzieci zgłaszały się do odpowiedzi, zaś kolorowe próbowały być niewidzialne. Nastawiona na współzawodnictwo struktura klasy, w połączeniu z nierównymi możliwościami, wzmacniała i pogłębiała istniejące wśród dzieci stereotypy. Biali uczniowie uważali kolorowych kolegów za głupich i leniwych; kolorowe dzieci widziały białych uczniów jako nadętych arogantów.

Nasze zalecenie było proste: przemiana dynamiki klasy ze współzawodnictwa na współpracę. Zaproponowaliśmy technikę polegającą na tworzeniu małych, współzależnych od siebie grup, które składały się z uczniów o różnych korzeniach etnicznych; tworzyliśmy sytuacje, w których musieli ze sobą współpracować, żeby dobrze zrozumieć potrzebny materiał. Nazwaliśmy tę metodę „jigsaw classroom” (klasy-układanki), ponieważ przypominała układanie puzzli, w których każdy uczeń był istotnym elementem całego obrazu. Gdy na przykład temat brzmiał „Życie Eleanor Roosevelt”, każde dziecko otrzymywało akapit opisujący jeden z elementów biografii pani Roosevelt. Musiało samodzielnie przestudiować tekst, a potem wrócić do grupy i przedstawić pozostałym to, czego się dowiedziało. Zatem dziecko zdobywało całość informacji tylko wtedy, gdy zwracało uwagę na to, co mówili inni członkowie grupy. Natychmiast po zakończeniu sesji nauczyciel przeprowadzał pisemny sprawdzian z wiedzy o życiu Eleanor Roosevelt.

Gdy pracowaliśmy nad projektem, zacząłem myśleć, co się stanie, gdy jedno z dzieci, może słabiej czytające, coś popsuje. Każdy w grupie zacznie je nienawidzić jeszcze bardziej. Pamiętam, jak sam czułem się jako dziecko, gdy najmniej utalentowany gracz w baseball, zawsze wybierany jako ostatni do drużyny, zajmował najdalszą pozycję. Biedaczyna modlił się, żeby przypadkiem piłka nie poleciała do niego, a kiedy nagle łatwe uderzenie zostało skierowane w jego stronę – upuszczał piłkę. Koszmar każdego dzieciaka! Natychmiast pomyślałem o sposobie zapobiegania takiemu nieszczęściu w naszej klasie. Kiedy uczniowie przeczytają przydzielone im teksty i dobrze je zrozumieją, przystąpią do grupy „ekspertów”. Należeć do niej będą dzieci z każdej z grup-układanek, które otrzymały identyczne teksty. Szczegółowo opowiedzą sobie to, co przeczytały, pozwalając nadążyć wolniejszym uczniom, a następnie wrócą do swoich macierzystych grup. Dzięki grupie ekspertów wszystkie dzieci dokładnie zrozumieją to, co przeczytały. Oczywiście grupa nie zagwarantuje, że każdy uczeń zaprezentuje się bezbłędnie ani nie zmniejszy zdenerwowania, ale ochroni przed kompromitacją i szyderstwem ze strony kolegów i koleżanek.

Zaczęliśmy zatem nasze badania pilotażowe, porównując szóstą klasę podzieloną na grupy-układanki z grupą kontrolną, którą była klasa o normalnej strukturze. Na początku dzieci po prostu powtarzały swoje stragegie współzawodnictwa, ale po kilku dniach zorientowały się, że takie zachowania nagle stały się nieprzydatne. Weźmy za przykład meksykańskiego chłopca, którego nazwę Carlos. Angielski był jego drugim językiem i choć posługiwał się nim płynnie, to jednak z wyraźnym akcentem, często wywołującym kpiny albo szyderczy śmiech ze strony białych dzieci. Zwykle więc Carlos milczał w klasie. Kiedy jednak wprowadziliśmy grupy, nie mógł dłużej unikać mówienia – musiał zaprezentować tekst, który przeczytał. Gdy Carlos zaczął przedstawiać swój kawałek układanki (środkową część życia Eleanor Roosevelt), robił to dobrze, jednak był na tyle zdenerwowany, że jąkał się i stękał. Początkowo inne dzieci wzgychały znacząco albo odwracały wzrok; jedno nazwało go głupkiem. W klasie nastawionej na konkurowanie tego rodzaju postawy często skutkowały wytąceniem przeciwnika z równowagi. Jednak w klasie-układance dzieci szybko pojęły, że ich obraźliwe komentarze i gesty nie pozwalają im poznać fragmentu układanki, który Carlos usiłował przedstawić – a w efekcie mogą uzyskać gorsze stopnie z podsumowującego sprawdzianu. Musiały nauczyć się cierpliwości, uważnego słuchania i wspierania Carlosa poprzez zadawanie pytań, które pomagały mu przekazać posiadane informacje. Podczas wspólnej pracy dzieci przekonały się, że Carlos jest inteligentniejszy i sympatyczniejszy niż początkowo uważały.

Po tygodniu stosowania naszej techniki w atmosferze panującej w klasie nastąpiła wyraźna pozytywna zmiana. Jako pierwsi zauważyli to nauczyciele plastyki i muzyki, zaczęli wypytywać wychowawcę, co takiego się stało. Po szcześciu tygodniach udokumentowaliśmy te zmiany naukowo. Poprosiliśmy uczniów, aby ocenili, jak bardzo lubią swoich kolegów – wszystkich, nie tylko tych z grupy-układanki. Zapytaliśmy ich także jak bardzo lubią szkołę, i porównaliśmy odpowiedzi z ich frekwencją.

Wyniki potwierdziły nasze obserwacje; w porównaniu z uczniami zwykłych klas wszyscy „nasi” uczniowie bardziej lubili szkołę (znacznie spadła liczba nieobecności) i siebie nawzajem – bez względu na różnice etniczne. U białych uczniów samoocena i umiejętności pozostały bez zmian. Natomiast kolorowi wykazywali znaczący wzrost samooceny, a z testu sprawdzającego umiejętności uzyskali wyniki przeciętnie o dziewięc procent wyższe niż ich koledzy w zwykłych klasach. Te różnice były znaczące zarówno statystycznie, jak i praktycznie. Czarnoskóry szóstoklasista uczęszczający do zwyczajnej klasy zdobył na egzaminie 72 punkty, natomiast jego kolega z klasy-układanki – 81 punktów.

Jedna z moich studentek, Diane Bidgeman, zauważyła też, że dzieci z klas-układanek rozwinęły większą zdolność empatii niż uczniowie z tradycyjnych klas. Dlaczego? W klasie-układance uczniowie muszą zwracać baczną uwage na kolegów ze swojej grupy, żeby zadać im dobre, bardziej pomocne pytania. Zatem efektem ubocznym pracy w grupach-układankach okazała się umiejętność wczuwania się w sytuację kolegów. To odkrycie poruszyło mnie, bowiem nauka emptaii jest tak samo ważna jak nauka gegrafii czy historii.

Metoda układanek okazała się skuteczna bez względu na umiejętności nauczycieli. Potarzając eksperyment, zastosowaliśmy bardzo surowe kryteria. Nauczycieli, których dyrektorzy wybranych przez nas szkół uznali za najlepszych, przydzieliliśmy do grupy kontrolnej. Dzięki temu lepsze osiągnięcia dzieci w klasach-układankach nie mogły być przypisane wyjątkowym umiejętnościom nauczyciela, ale samej metodzie. Przez lata stosowania techniki układanek rezultaty nie zmieniały się. Co więcej, w szkołach, które ją wprowadziły, nastąpiła prawdziwa integracja uczniów. W czasie przerw robiliśmy zdjęcia na placach szkolnych, mieliśmy więc ewidentny dowód na to, kto z kim przebywa. Podczas każdej przerwy uczniowie „tradycyjnych” szkół dzielili się na grupy zgodnie z rasą lub pochodzeniem etnicznym. Uczniowie w szkołach-układankach byli bardziej otwarci na kontakty międzyrasowe.

Byłem podekscytowany. Po wielu latach udzieliłem naukowej odpowiedzi na pytanie, jakie sam sobie zadawałem, gdy miałem dziewięć lat i siedziałem na krawężniku w Revere, opatrując krwawiący nos i rozciętą wargę [Aronson jako dziecko padał ofiarą przemocy z powodu swojego żydowskiego pochodzenia]. Pokazałem, że uprzedzenia można przezwyciężyć, a dzieci z różnych grup etnicznych mogą się wzajemnie polubić. I nie chodzi tu o zakres kontaktów, ale o ich odpowiedni rodzaj. Jak napisał Gordon Allport w Nature of Prejudice: „Choć umieszczenie grup etnicznych obok siebie w pracy niekiedy może być pomocne, to zysk jest większy, gdy członkowie tych grup uważają siebie za członków zespołu”. Na własnej skórze przekonałem się o prawdziwości tego spostrzeżenia. Gdy przypominam sobie moich kolegów z drużyny baseballowej w Revere, to większość z nich traktowała Żydów podejrzliwie i nieufnie. Te uczucia zniknęły jednak, gdy podjęliśmy współpracę jako zespół. Zaczęliśmy się nawzajem rozumieć i lubić, rozwijając sympatię i szacunek, które trwały długo po zakończeniu sezonu.

Opublikowaliśmy wyniki naszego eksperymentu w specjalistycznym periodyku, jednak chciałem, żeby naszą technikę poznali nie tylko inni psychologowie, ale także możliwie duża część społeczeństwa, zwłaszcza nauczyciele i rodzice. Opisałem więc nasze osiągnięcia w przystępny sposób i opublikowałem artykuł w popularnym magazynie „Psychology Today". Czasopismo znakomicie wyedytowało tekst, ilustrując go kolorowymi zdjęciami. Przygotowałem kilkaset kopii, rozesłałem je do kuratoriów w całym kraju i zaoferowałem bezpłatne szkolenia dla nauczycieli. A potem, pewny siebie, czekałem na masowy napływ propozycji.

Jakiż byłem naiwny! Nie można nikogo uszczęśliwiać na siłę, zwłaszcza gdy nikt tego nie chce. Kiedy w końcu zacząłem wydzwaniać, większość inspektorów i dyrektorów szkół tłumaczyła mi, że radzą sobie zupełnie dobrze i nie potrzebują, żeby ktoś przyjeżdżał do ich szkół i wprowadzał nowe metody. Jeden z nich był do bólu szczery: „Wie pan, co by się działo, gdybyśmy wprowadzili pańską technikę? Mój telefon rozgrzałby się od narzekań rodziców: >Chcecie mi powiedzieć, że jakiś czarny dzieciak nauczy czegoś moje dziecko? Za to płacimy nauczycielom?<”. Dotarło do mnie, że w Austin zostałem poproszony o interwencję, ponieważ tamtejsze szkolnictwo przeżywało kryzys. Według standardów większości systemów szkolnych, jeśli tylko nie ma kryzysu – jest dobrze.

Czułem się, jakbym jechał rollercoasterem – po euforycznym uniesieniu nastąpiło głębokie rozczarowanie. Zaproponowałem wiarygodną i praktycznie niezawodną technikę redukowania uprzedzeń w szkołach oraz poprawiania osiągnięć uczniów i nikt jej nie chciał. Koledzy i przyjaciele próbowali mnie pocieszać: „Taka jest biurokracja. Nic nie możesz z tym zrobć”. Jednak ich słowa jakoś mnie nie pocieszały.

I tak technika układanek trafiła do szuflady na 14 lat. Dopiero w 1984 roku, czcząc 30. rocznicę sprawy Brown przeciwko kuratorium [w 1954 roku Sąd Najwyższy anulował prawo umożlwiające segregację rasową – odrębne szkoły dla białych i czarnych], Komisja Praw Obywatelskich Stanów Zjednoczonych wskazała Austin jako wzór, w którym desegregacja zadziałała zgodnie z założeniami. Komisja doceniła technikę klas-układanek, a ja zacząłem otrzymywać z całego kraju prośby o poprowadzenie szkoleń dla nauczycieli.

Choć wyszkoliłem setki nauczycieli w dziesiątkach okręgów szkolnych, układanki nie weszły do głównego nurtu amerykańskiej edukacji, pozostały niewielką kroplą w edukacyjnym morzu. Jak to możliwe? Dysponujemy metodą, która jest łatwa w użyciu, opłacalna i oparta na badaniach empirycznych; do tego działa i nauczyciele lubią ją stosować. Dlaczego nasza technika nie zyskała zainteresowania Kongresu i Departamentu Edukacji? W moim przekonaniu dlatego, że nie przystawała ani do prawej, ani do lewej strony politycznej sceny. Lewica uważała i wciąż uważa, że tylko potężne i kosztowne przekształcenia systemowe mogą dokonać zmian w życiu najbardziej zaniedbanych dzieci. Prawica wierzyła i nadal wierzy, że szkoda przeznaczać jakiekolwiek środki na poprawę sytuacji dzieci, których słabe wyniki szkolne uwarunkowane są genetycznie lub są skutkiem rodzicielskich zaniedbań. Jako obywatel byłem głęboko niezadowolony i żałowałem, że nie potrafiłem być bardziej skutecznym adwokatem techniki układanek. Jednak jako psycholog społeczny raczej nie powinieniem być zaskoczony, że pożyteczne ustalenia nauki są często spychane na boczne tory, jeśli nie przystają do obowiązujących ideologii politycznych.

sobota, 18 stycznia 2014

Czy mogę być silna?


Czy w ogóle jestem silna czy też słaba? We własnym odczuciu - raczej słaba. Nie radzę sobie sama, potrzebuję oparcia. Uczę się myśleć, że wszyscy potrzebują i że ludzie, którym wydaje się, że wszystko potrafią sami zrobić, często nie zauważają muru postaci stojących za nimi, wyręczających ich w wielu obowiązkach i wyciągających ręce, by w razie czego złapać upadającego. Jednak wciąż chciałabym być silniejsza.

Z drugiej strony słyszę, że jestem silna i samodzielna. Czasem są to słowa dotyczące bezpośrednio mnie, czasem grupy, do której należę – kobiet. Dowiedziałam się np., że kobiety lepiej sobie radzą z bólem niż mężczyźni, dlatego nie powinnam bać się porodu. Albo że kobiety są bardziej wytrzymałe od mężczyzn, więc nie mam powodu narzekać na zmęczenie. Z drugiej strony zdarza mi się odbierać pełne urazy sygnały, że jestem zbyt samowystarczalna, że w moim życiu nie ma miejsca na czyjeś wsparcie, bo tak dobrze sobie radzę.

Gdy jestem słaba, podlegam czyjejś władzy. Ten ktoś może mnie wesprzeć i uratować albo nie. Gdy jestem silna, muszę sobie radzić sama. Czyżby to była pułapka? Nie chcę podlegać niczyjej władzy, ale nie chcę też być zdana tylko na siebie.

Dlatego świetnie czytało mi się ten tekst Billa Patricka. Między wierszami wyczytałam: możesz być silna i to jest w porządku. Tak, jesteś silna, a ja będę Cię wspierał.

niedziela, 12 stycznia 2014

Historie pozbawione sensu


Zaczęło się od czapki.

Moja córka wrzuciła czapkę mojego kolegi do jeziora. Take ma hobby. Nie zauważyliśmy tego od razu, a potem nie udało się już czapki wypatrzyć. Pewnie porwały ją jakieś tajemne wodne prądy, a może zjadł zaskroniec. Ale że kolega był przywiązany do czapki, postanowił następnego dnia rano jeszcze raz przyjrzeć się brzegowi jeziora. Czapki nie znalazł, za to przyczepił się do niego bezpański pies, który był skłonny pobiec za nim do domu i zapewne chętnie by razem zamieszkał. Pies wylądował tymczasowo w znanym już i sprawdzonym hotelu dla psów, ja zaś w okolicy jeziora rozwiesiam ogłoszenia. Właściciel się nie znalazł, ale z ogłoszenia zadzwoniła kobieta, która stwierdziła, że chętnie psa weźmie, bo zakładają z mężem hodowlę kóz i potrzebują psa, który by tych kóz pilnował. Pani odebrała psa z hotelu, a my poczuwszy się przywołani do roli rodziców chrzestnych zwierzaka pojechaliśmy zobaczyć jego nową rodzinę i kupić przy okazji kozie mleko.

Okazało się, że poznałam już kiedyś nową właścicielkę psa: zabrałam ją na stopa. Opowiedziała mi wtedy, że jej mąż ma niezwykły talent do szkolenia psów, który odziedziczył po swoim dziadku, i że potrafi ustawić każdego psa. Niedawno z nudów nauczył psa szukać narkotyków. Zdziwiona zapytałam wtedy, skąd miał narkotyki. Odpowiedziała: nad rzeczką Ilanką rosną różne rzeczy i można znaleźć sreberka... Jej mąż – jak się okazało – uwielbia chodzić po lesie. Niedawno znalazł świnkę bengalską: rzeczywiście mogliśmy ją obejrzeć w zagrodzie obok jedynej na razie kozy. Opowiedział też, że spotkał w okolicznych lasach rysia. Wzięliśmy mleko i żadne z nas nigdy więcej tam nie pojechało.

No i jaki z tego morał? Chyba tylko taki, że czasem wskazują nam drogę sploty wydarzeń, które nie mają żadnego znaczenia. Przyglądamy im się uważnie, staramy się nadać porządek, odszukać regułę, nanizać na nitkę paciorki sensu. Ale nic z tego nie wychodzi. Czasem przydarzają nam się historie, które żadnego sensu nie mają.

Tak jak ten tekst.

środa, 8 stycznia 2014

Oglądam się wstecz, patrzę wprzód, jestem


Gdy urodziłam moją pierwszą córkę, byłam zatrudniona w miejscu, do którego nie zamierzałam już wracać. Chciałam opiekować się małą, a potem znaleźć inną pracę. Jednak nic pewnego nie miałam na widoku. Czułam się jak w więzieniu, zamknięta w mieszkaniu z malutkim dzieckiem. Z nudów gimnastykowałam się rozwieszając pranie z niemowlęciem na ręku. Nie to że nie miałam co robić, przy małym dziecku nie brakuje zajęć, ale nie miałam z kim rozmawiać. Czekałam na męża, aż wróci z pracy. Pisałam długie maile, które następnie zgrywałam na dyskietkę. Nie mieliśmy wtedy jeszcze w domu internetu, nie odkryłam forów internetowych czyli wielkiej wioski matek podobnie spragnionych wymiany zdań z kimś dorosłym. Czułam się zamknięta, bezradna, odcięta od świata, od siebie samej sprzed kilku miesięcy.

Nagle dostałam propozycję pracy. Jakoś się wcisnęłam w trochę bardziej elegancką spódnicę (jeszcze na początku ciąży przeszyłam w niej guzik) i pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną. Okazało się, że mogę zacząć pracować zaraz po urlopie macierzyńskim. I co się stało? Moje więzienie znikło, mimo że nic się nie zmieniło. Nadal spędzałam długie godziny sama z malutkim dzieckiem. Ale patrzyłam na to moje kochanie i myślałam – jak ja się mam z nią rozstawać codziennie na kilka godzin? Przecież ona potrzebuje właśnie mnie. Przecież jestem z nią szczęśliwa. Uwielbiam czytać z małą pijawką przyssaną do piersi. Przepadam za 2-godzinnymi spacerami z dziecinką śpiącą w wózku i wcale mi nie przeszkadza to, że budzi się od razu, gdy wózek stanie. Sprawia mi przyjemność pranie i porządkowanie jej ubranek, sprawdzanie, które są już za małe, a do których dorosła... Tak, więzienie znikło.

Zadzwoniłam do mojego przyszłego dyrektora i powiedziałam, że bardzo mi zależy na tej pracy, ale ze względu na moją sytuację rodzinną nie mam na razie z kim zostawiać dziecka. I że jeśli to możliwe, chętnie podejmę pracę za kilka miesięcy. Udało się.

To doświadczenie pokazało mi, jak ważna jest perspektywa czyli punkt, z którego patrzymy, kontekst w którym jesteśmy – albo wydaje nam się, że jesteśmy – osadzeni.

Od wielu już lat nie nudzę się. Jestem spragniona ciszy i spokoju, potrzebuję być sama ze sobą, w skupieniu zbierać myśli i wspomnienia, porządkować świat istniejący w mojej głowie. Mam wrażenie, że staję się odludkiem. Zaczęłam się nawet bać sytuacji, gdy jestem pośród ludzi, wielu ludzi, zwłaszcza jeśli są do tego ściśnięci na małej przestrzeni. Teraz moim więzieniem bywa tłum.

Więzieniem bywają też codzienne obowiązki. Gdy kładę dzieci spać, myślę czasem, że to samo robiłam wczoraj i to samo będę musiała zrobić jutro i pojutrze, i... jeszcze długo, niewyobrażalnie wręcz długo.

Próbuję więc zmienić perspektywę. Patrzę wstecz i przypominam sobie, że był w moim życiu okres paraliżującej pustki. Starałam się jak najmocniej skupić na każdym doświadczeniu i nadać mu jak największe znaczenie, tak by na dłużej mi starczało, by dłużej mnie wypełniało. Rozciągałam chwile jak gumę do żucia, a wieczorami odliczałam minuty do czasu, gdy kładzenie się do łóżka mogło już mieć sens. Nie bałam się wtedy tłumu, lubiłam nawet ocierać się ramieniem o przechodzących obok ludzi.

Jeśli złożę tamto wspomnienie z obecnym uczuciem pogoni, mogę powiedzieć, że w moim życiu panuje równowaga, choć nie potrafię tego stwierdzić bez ironii.

Gdy patrzę wprzód, myślę, że być może dożyję czasu, gdy się zestarzeję. Nie, nie kupię sobie głośno cykającego zegara, który będzie podkreślał panującą wokół ciszę. Może będę się czuła samotna i nikomu niepotrzebna. Może docenię upragnioną swobodę i możliwość robienia z czasem, na co tylko mam ochotę i na co zdrowie pozwala.

Taka perspektywa pomaga mi zobaczyć, jak pełne doświadczeń i znaczeń jest moja teraźniejszość. Jak dużo w niej ciężaru, ale jest to też słodki ciężar, bo czuję się potrzebna.

Podobno warto żyć tu i teraz, ale życie w różnych czasach naraz pomaga mi złapać dystans. Wciąż dążymy do równowagi. Gdy mamy dużo zajęć, szukamy beztroski, gdy nasze życie staje się zbyt lekkie, szukamy ciężaru, gdy jesteśmy samotni, szukamy bliskości, gdy jesteśmy blisko, szukamy wolności. Wspomnienia i doświadczenia dostarczają nam ciężarków, które możemy kłaść na drugiej szali, już teraz.

A jest jeszcze perspektywa gwiazd, która przypomina – jesteśmy tu na mgnienie.