wtorek, 29 października 2013

A gdyby było gorzej


Otchłań nie je, nie pije
I nie daje mleka.
Co robi? Czeka. -
Czesław Miłosz

Ten wpis na blogu Love's Patient ma już półtora roku, ale wyjątkowo utkwił mi w pamięci, tak bardzo jest o mnie. To moje myśli: A gdybym miała chore plecy, to jak bym nosiła te moje niemowlęta? A gdyby ta mała indywidualistka nie miała z kim zostać w domu, to jakim cudem chodziłaby sobie tak w kratkę do niezbyt lubianego przedszkola („bo w przedszkolu są nudne zabawy” - w domu potrafi się bawić sama przez 2 godziny i nie nudzi się nigdy). A gdybym nie miała z kim zostawić drugiego dziecka, to jak bym mogła z pierwszym zostać w szpitalu? A gdyby mnie nie było stać na samochód, to jak bym dojeżdżała do pracy, skoro z roku na rok jest coraz mniej połączeń PKS-sami? I tak dalej, i tak dalej, codziennie i wciąż na nowo.

Takie zdania pojawiają się nie tylko w moich myślach, słyszę je też w realnej przestrzeni. Gdy się dowiedziałam, że muszę wziąć udział w kursie, który zajmie mi co drugi weekend do końca roku szkolnego, usłyszałam: a co ma w takiej sytuacji powiedzieć kobieta, która nie ma z kim zostawić dzieci?

Myśli te odbierają mi siłę, podkopują wiarę w siebie, sprawiają, że czuję się bezradna. To tak jakbym cały czas przechodziła tuż obok pustej otchani, która tylko czeka, aż w nią wpadnę. W końcu przecież musi poślizgnąć się noga, nie sposób wciąż się pilnować. Myśli te i słowa budzą we mnie też poczucie, że mam za dużo i że na to absolutnie nie zasługuję, że dostaję o wiele więcej, niż powinnam. Że nie mam prawa. Że nigdy się nie wykupię. A uciec nie ma dokąd, bo otchłań czeka.

Nie chcę tego.

Jestem tu, gdzie jestem, i mam do tego prawo. Żyję, oddycham, przeciągam się, widzę i czuję. Mam prawo do wsparcia i do pomocy, kiedy tego potrzebuję. Kiedy odsuwam się od otchłani, lepiej słyszę samą siebie i mam więcej siły, by otaczać opieką tych, którzy są ode mnie słabsi. Mam prawo dążyć do szczęścia i iść w kierunku, który najbardziej mnie pociąga.

sobota, 19 października 2013

Odpowiedzialność rodzica za nie swoje decyzje i pusty portfel

Wczoraj dowiedziałam się, że mam kupić mojej pięciolatce książkę do angielskiego za 55 złotych. Wprawdzie w tym roku przedszkola nie mogą organizować odpłatnych zajęć dla dzieci, w naszym miasteczku jednak zajęcia angielskiego i rytmiki oferowane przez zewnętrzne firmy opłaciła gmina. Wcześniej za te zajęcia płaciłam, więc czemu nie miałabym tym razem zapłacić za podręcznik? Bo byłby to któryś już z rzędu wydatek i czuję się coraz bardziej naciągana przez prywatne firmy za pośrednictwem instytucji oświaty.

Zaczęło się od wagi tornistra czwartoklasitki. Wzięłam go do ręki i przerażona stwierdziłam: dziecko, kupię ci plecak na kółkach. Niestety wynalazek ten okazał się zupełnie niewygodny i nieprzydatny, nie ma więc innej rady niż dźwigać. Niedługo później natknęłam się na następujące zalecenia dotyczące tornistrów:


Tornister mojej córki waży ok. 4 kg. Waga 10-letniego dziecka powinna się wahać między 25 a 40 kg przy średniej 32 kg. Mojej kruszynie jeszcze daleko do tych maksymalnych 40 kg. W powyższych zaleceniach najbardziej zirytowało mnie ostatnie zdanie: "konieczne jest kontrolowanie przez rodziców zawartości tornistra, aby zapobiec zabieraniu przez dziecko zbędnych rzeczy". A kto jest odpowiedzialny za to, by te niezbędne rzeczy nie ważyły więcej niż 10-15% wagi niewysokiego i szczupłego ucznia? Przecież to nie rodzice decydują o tym, jakie podręczniki i zeszyty ćwiczeń kupują. Decyzje podejmuje szkoła, a nauczyciele wybierają spośród pozycji dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zastanawiam się, czy rzeczywiście są to dobrze wydane pieniądze, czy nie dałoby się taniej i lżej? 

Akurat podręczniki do czwartej klasy udało mi się odkupić używane, zostały tylko zeszyty ćwiczeń. Za to komplet podręczników i pomocy dla pięciolatków kosztował mnie prawie 100 zł. I pomyślałam: czy naprawdę obniżenie wieku szkolnego jest powodem, aby wydawcy podręczników zarabiali na dzieciach, a właściwie na rodzicach? Czy pięciolatki potrzebują w ogóle tak zwanej pracy w książkach, a jeśli tak, to czy musi być tych podręczników i pomocy tak dużo? 

Następny punkt to książka do religii, też dla pięciolatków. Jestem przeciwniczką religii w przedszkolach i szkołach, z drugiej jednak strony uważam wyprowadzanie dziecka na czas lekcji religii do innej grupy czy do świetlicy szkolnej za dyskryminujące, więc póki moje dzieci nie zdecydują inaczej, pozwalam im chodzić na te zajęcia. 

Potem były zdjęcia w szkole. Moja córka chciała mieć zdjęcie grupowe, portret i zdjęcie ze swoją przyjaciółką. Powiedziała, że ma przynieść 25 zł. Dałam. Potem okazało się, że musi donieść jeszcze 6 zł. A potem, że jeśli chce dostać zdjęcie grupowe, czyli to najważniejsze, trzeba dołożyć jeszcze 17 zł. Wychowawczyni stwierdziła, że szkoła nie ma z tym nic wspólnego, bo zdjęciami zajmuje się prywatna firma. A ja mam wrażenie, że firma ta wyciągnęła od rodziców sporo pieniędzy za naprawdę kiepskiej jakości zdjęcia, manipulując dziećmi, a wszystko to działo się za pośrednictwem szkoły.

No i teraz ten podręcznik do nauki angielskiego dla pięciolatków.

Wygląda na to, że odpowiedzialność za wydane pieniądze rozmywa się. Za to czy są wydawane sensownie, za to, czy w ogóle są to potrzebne wydatki i czy są warte swojej ceny. Rodzice płacą. Firmy wykorzystują fakt, że rodzice mają niewielkie albo żadne możliwości decydowania. Placówki oświatowe umywają ręce: to nie my. 

A moja irytacja rośnie.

środa, 16 października 2013

O złości

Rzadko udaje mi się zorganizować sobie możliwość udziału w zajęciach warsztatowych, tym bardziej cieszę się, że uczestniczyłam w warsztacie prowadzonym przez Agnieszkę Stein na temat złości. Z reguły po warsztatach czuję się spokojniejsza, mniej zmęczona, pogodniejsza, odporniejsza. To ciekawe, bo przecież zajęcia takie kosztują mnie (a może wyzwalają) wiele energii i emocji. Może właśnie rozmowa w grupie, wspólne mówienie o emocjach i przeżywanie ich w obecności innych osób, w bezpiecznej, nieoceniającej atmosferze jest tym, co działa terapeutycznie. Tym razem właśnie tak było.

Nie będę tu streszczać wszystkiego, ale napiszę o tym, co mnie szczególnie poruszyło.

Rozmawialiśmy o złości. O iskrze (na iskrę w 20 procentach składa się sytuacja, a w 80 procentach – nasze myśli na temat tej sytuacji), o paliwie (zmęczenie, napięcie) i o ogniu (odczuwanie złości, myśli pełne złości, zachowania i słowa przez nią wzbudzane). Agnieszka stwierdziła, że zachowania i słowa wypowiedziane w takich chwilach często budzą nasze poczucie winy, które z kolei jest świetnym paliwem dla kolejnych iskier. Dlatego nie warto obwiniać.

Kiedy już nas opanuje złość, nasz mózg zaczyna funkcjonować, jak gdyby przed nami stał groźny tygrys. Uruchamiają się w nas automatyczne reakcje typu "walcz albo uciekaj". Czujemy się zagrożeni. Wtedy kontrolę przejmuje prastary "gadzi mózg", a kora mózgowa zostaje odłączona. Nie ma czasu na refleksję, trzeba działać. I działamy w sposób dobrze znany, wiele razy przećwiczony.

Co więc zrobić, aby ponownie uruchomić odpowiedzialną za świadome podejmowanie decyzji korę mózgową? Agnieszka podała wiele możliwych sposobów: Słowa, a zwłaszcza nazywanie emocji. Numery, liczenie do 10, wstecz, po angielsku, przypominanie sobie numerów telefonu czy tabliczki mnożenia. Czynności związane z wodą (która symbolicznie ugasi nasz ogień) - umycie rąk, wypicie szklanki wody. Głęboki oddech. Te działania nie likwidują złości, ale przerywają automatyczne reakcje, dopiero wtedy możemy spróbować dotrzeć do potrzeby ukrytej za naszą złością. Najczęściej złość jest uruchamiana przez strach, warto więc zadać sobie pytanie, czego się boimy.

Sposobem na przerwanie automatycznych, agresywnych reakcji, który mi osobiście najbardziej się spodobał, może być zmiana pozycji ciała. Rzeczywiście trudno krzyczeć leżąc, zwłaszcza np. z nogami uniesionymi do góry. Pomyślałam, że gdy następnym razem będzie mnie ogarniała złość, spróbuję się położyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów stwierdziła jednak, że nie do końca chce się rozstawać ze swoją złością, bo uczucie to jest częścią niej. Pomyślałam, że to ważne, że przecież złość nas o czymś informuje. Wściekam się, bo chcę, by świat wokół mnie inaczej wyglądał, by otaczający mnie ludzie inaczej się zachowywali. Jednak często te automatyczne, sztywne reakcje przypominają walenie głową w mur, a ich skuteczność w osiągnięciu tego, na czym nam zależy, jest niska. Za to koszty są wysokie, bo nasza złość niszczy poczucie bezpieczeństwa naszych bliskich. Agnieszka stwierdziła, że lepiej jest szukać innych sposobów zadbania o swoje potrzeby, i że złość jest informacją, a nie instrukcją. A ja pomyślałam, że wprawdzie chcę, by świat wokół mnie wyglądał inaczej, ale chcąc tego mogę dać sobie prawo do lepszego radzenia sobie ze złością, dla siebie i dla moich bliskich.

Gdzieś na marginesie przyszła mi też do głowy refleksja na temat mojego zmęczenia i poczucia, że ciągle brakuje mi czasu, zwłaszcza dla dzieci. Pomyślałam, że wprawdzie doba jest zbyt krótka, ale nie muszę przecież załatwić wszystkiego na raz. Że tych dni będzie jeszcze trochę, i że jeśli będę patrzeć na zachodzące zmiany zamiast myśleć o punktach do odhaczenia, presja czasu być może zelżeje. Spróbuję.

czwartek, 10 października 2013

Dziewice-wróżki


Odkąd przeczytałam opowieść o nagrobku dziewczynki-wróżki, często ją spotykam. Tekst jest dość długi, więc pozwolę go sobie tutaj streścić i dodać kilka własnych refleksji. Cytaty pochodzą z opowieści Olgi Solarz.

Nieformalna grupa Magurycz, do której należy autorka tekstu o nagrobku dziewczynki-wróżki, zajmuje się ratowaniem starych cmentarzy. Wolontariusze z Magurycza remontowali również nagrobki znajdujące się na cmentarzu w ukraińskiej wiosce Otroków. Jednemu z tych nagrobków mieszkańcy przypisują moc sprowadzania deszczu – w tym celu kobiety powinny nalać wody do znajdujących się w krzyżu zagłębień i obrócić krzyż wokół osi. „Wedle miejscowych przekazów (nagrobek) stoi na mogile dziewczynki, mającej umiejętności leczenia i przepowiadania przyszłości”.

Nagrobek ten różni się od pozostałych. „Sam krzyż, który – warto dodać – jest zdekompletowany (brakuje połowy trzonu) i nosi wyraźne ślady naprawiania, tkwi bezpośrednio w okrągłej podstawie, przez co nagrobek wydaje się nie tylko odmienny, ale również dziwaczny”. W dodatku znajduje się on w samym rogu cmentarza, a wokół niego nie ma innych nagrobków. „Według (mieszkańców Otrokowa) owa diwczynka-worożka umarła od ukąszenia żmii, dlatego w celu upamiętnienia miejscowy kamieniarz wykuł podstawę nagrobka w kształcie zwiniętej gadziny”.

Członkowie grupy Magurycz zdecydowali się odkopać ukrytą pod ziemią część nagrobka. Okazało się, że – według inskrypcji znajdującej się na płycie – pochowany leży pod nim Polak o imieniu Jan. Być może był lekarzem, stąd wizerunek węża eskulapa. Tej nocy zerwał się wiatr, następnego dnia deszcz przeszedł w ulewę. „Po kilku dniach odwiedziło nas na cmentarzu trzech miejscowych gospodarzy – patrzyli na nas z wyrzutem, mówiąc, że takiej wichury dawno u nich nie było. I... że nasza to wina”.

Nagrobek znajduje się w rogu cmentarza. Wiadomo, iż w kątach cmentarza, czy przy granicach grzebano samobójców (najczęściej wisielców i topielców), tragicznie zmarłych, nieochrzczone dzieci oraz innowierców”, a więc osoby nienależące w momencie śmierci do wspólnoty chrześcijańskiej z powodu braku sakramentów. Zgodnie z wierzeniami, ich dusze nie mogą dostąpić zbawienia, więc błąkają się w pobliżu, a żywi mogą za ich pośrednictwem wejść w kontakt z zaświatami.

A żmija? Żmije, węże i smoki symbolizuję Boginię, podobnie jak życiodajna woda, noc, cykl księżycowy i podobny doń miesięczny cykl żeńskiej płodności, ale też śmierć. Przeciwstawna męska siła jest związana z ogniem, słońcem, dniem i życiem. W chrześcijańskiej wizji świata męska włądza jest władzą Boga, zaś żeńska siła należy do Szatana. Wąż na drzewie dobrego i złego kusi Ewę, by zbuntowała się przeciw boskiemu zakazowi. Znacznie bardzie odpowiada mi wizja jin i jang, pierwiastka męskiego i żeńskiego, których harmonia zapewnia harmonię w świecie. W każdym razie otrokowska dziewczynka-wróżka ma korzenie w bardzo dawnych wierzeniach.

Kolejną wróżkę spotkałam na bardzo ciekawym blogu zatytułowanym Słowianolubia. Przeczytałam tam opowieść o trzech córkach króla Kroka. Pierwszą z nich była Kazi, która parała się sztuką zielarską, lekarską i czarami. Drugą Tetka, nie znająca męża, która „uczyła oddawania pokłonów i czci nimfom górskim, leśnym i boginiom”. Najmłodsza to Lubosza. „Była zupełnie wyjątkową kobietą między kobietami, przezorna w radzie, obrotna w mowie, czysta ciałem, prawych obyczajów, nikomu nie ustępująca w wydawaniu wyroków na sądach ludowych, dla wszystkich miła, lecz więcej miłowania godna, ozdoba i chwała płci niewieściej, rozstrzygająca przewidująco sprawy należące do mężczyzn”. Była najmądrzejszą i najpiękniejszą z całej trójki, posiadła również dar jasnowidzenia, więc jako wróżka została przez lud ustanowiona sędzią. Pewnego dnia dwóch skłóconych mężczyzn przyszło do niej, by rozstrzygnęła ich spór. „Ona tymczasem - jak to rozpustna lubieżność kobiety, kiedy nie ma męża, którego by się bała - leżała nazbyt miękko na wysoko posłanych haftowanych poduszkach, oparta na łokciu, jakby chłopca porodziła”. Była więc wróżką i była dziewicą. O dawnym znaczeniu słowa dziewica pisałam już tu, niegdyś słowo to oznaczało kobietę, która nie potrzebuje męża. Przenajświętsza Panienka jest więc znacznie starsza niż chrześcijaństwo, mit o świętej dziewicy jest starszy niż mit o Jezusie.

Ostatnio zaczęłam czytać córce „Starą Baśń” Kraszewskiego, okazała się jednak za trudna dla niej, więc powoli czytam dalej sama. I w książce tej też spotkałam dziewczynę-wróżkę – córkę kmiecia Wisza o imieniu Dziwa. „Najmłodszą była w domu, najpiękniejszą i najukochańszą, a pieśni najśliczniejsze śpiewała. Matka ją najciekawszych baśni uczyła, ojciec najstarszymi podaniami karmił. Wiedzieli wszyscy, że ją duchy nawiedzały, że we snach szeptały jej o tym, o czym nikt, ani ojciec, ani matka, ani siostry nic nie wiedziały. Kto chciał wiedzieć przyszłość, jej pytał: pomyślała, popatrzyła, powiedziała. A pieśni się u niej rodziły tak, jak na wiosnę nad strumieniem kwiaty. Gdy na rozstajach i u świętych zdrojów ofiary składano, nikt tam nie przodował, tylko ona jedna, i szanowali ją wszyscy, a z młodzieży nikt nawet spojrzeć na nią nie śmiał zuchwale. Wszyscy wiedzieli, że ją sobie duchy wybrały za oblubienicę”. Gdy po śmierci ojca Dziwy, sąsiad prosił jej brata o rękę dziewczyny, ten odmówił: „Dziwa męża nie chce znać. Nie nowa to rzecz, bogom się ślubowała. To nie jest niewiasta do dzieci, do kądzieli, do garnków, ale do ognia świętego, do zdroju, do pieśni i wróżby”. Nie uległ również, gdy sąsiad prośbę zmienił w groźbę.

Dziewice-wróżki były więc kobietami niezależnymi od woli mężczyzn, szczególnie przy tym szanowanymi za mądrość i zdolność jasnowidzenia, a więc wchodzenia w kontakt z zaświatami. Nasuwa mi się tu skojarzenie z Białą Boginią – Dziewicą. Aby zajrzeć na drugą stronę, aby spoktać się z Czarną Boginią, boginią śmierci i przemiany, wróżka musiała odwrócić koła życia. Ono zamiast biec do przodu, w kierunku Czerwonej Bogini, rozwitu i płodności, obracało się wstecz w kierunku zaświatów.

Jako dziecko umiałam zgadnąć, w której ręce druga osoba coś ukrywa. Przez chwilę nie myślałam o niczym i wtedy w mojej głowie pojawiała się odpowiedź. Może wspomnienia mnie oszukują, ale wydaje mi się, że zawsze była prawidłowa. Więc może byłam w jakimś stopniu wróżką? Może ktoś z was też?

niedziela, 6 października 2013

Topiłam się w wodzie po kolana


Dostałam sms-a: Śniło mi się, że topiłaś się w wodzie po kolana, bez krzyku. Co za intuicja, pomyślałam. Często czuję się właśnie tak, jak to opisał Śniący. Zwłaszcza w piąkowe wieczory, kiedy – jak sobie wyobrażam – inni cieszą się początkiem weekendu, a ja jestem tak zmęczona, że chce mi się płakać. Wypłakuję kałużę łez, a potem topię się w niej jak Alicja w Krainie Czarów.

Moja koleżanka miała niedawno wykonywany pewien zabieg medyczny, zapłaciła za znieczulenie, nierefundowane przy takich zabiegach przez NFZ. Trzy lata temu sama przez to przeszłam. Owszem, było nieprzjemnie, bolało, popłynęły mi łzy, odczułam przykrość. I już, i nic więcej. Nie myślałam później o tej chwili bólu, uznałam, że to nic wielkiego. Mój brat wspominał, że w dzieciństwie zachowywałam się jak twardzielka na fotelu dentystycznym. Rzeczywiście, nie lubiłam wizyt u dentysty, ale nie bałam się ich. W pierwszej chwili borowanie bolało mocno, ale potem koncentrowałam się na bólu, a on ustępował. Nie całkiem, ale tak, że mogłam go znieść. Panowałam nad bólem albo tak mi się wydawało.

W ciągu ostatnich trzech lat jednak zmieniłam się. Wyraźnie czuję, że obniżył mi się próg bólu. Jakiś czas temu zemdlałam na fotelu dentystycznym, a następnym razem zapłaciłam anestezjologowi za opiekę. Nie chodziło o zwykłe borowanie, jednak przy tego typu zabiegach ludzie rzadko korzystają z usług anestezjologa.

W zasadzie wolę iść przez życie bez znieczulenia. Wciąż jeszcze jako najsmutniejsze wspominam lata, gdy za mało czułam i za mało żyłam. Trudno byłoby mnie namówić na przyjmowanie leków wyrównujących nastrój, nasennych, uspokajających, poprawiających koncentrację uwagi czy pobudzających. To się nie zmieniło. Jeszcze nie.

Wygrzebuję się jakoś z mojej kałuży łez, czasem ktoś mi poda rękę. Gdy jestem w lesie, roglądam się za zaczarowanym grzybem, na którym siedzi Pan Gąsienica. Liczę na to, że jeszcze się nauczę, z której strony grzyba zjeść kawałek, by urosnąć a nie zmaleć. 

Tak jak jest teraz – może być. Mam jednak nadzieję, że bogowie nie szykują dla mnie w najbliższym czasie kolejnych wyzwań. I że nie każą składać sobie zbyt dotkliwych ofiar. 

środa, 2 października 2013

Kieszonkowe i samokontrola


Mam wątpliwości co do większości sposobów radzenia sobie z dylematami wychowawczyni, wiecznie staję przed ścianą (czasami walę w nią głową) i zastanawiam się, co się właściwie dzieje. A w dawaniu kieszonkowego widzę same zalety. Więc będę chwalić te kieszonkowe niczym autorka poradnika.

U nas w każdym razie kieszonkowe sprawdza się bardzo dobrze,  przynajmniej do tej pory. Początkowo, gdy moja córka miała bodajże 6 lat, była to niewielka suma raz w tygodniu. Mała posiadaczka tej minifortuny natychmiast coś sobie kupowała. Starała się wydać wszystko co do grosza, tak jakby środki niewykorzystane parzyły ją przez kieszeń. Teraz to moje ze wszech miar roztrzepane dziecko ma niespełna 10 lat i już od dłuższego czasu potrafi oszczędzić i wydać uzbieraną sumę na jakąś ekstra zabawkę, ciuch albo – jeśli się akurat nadarzy okazja – przepuścić w wesołym miasteczku (ach, ten roller coaster w formie smoka 3 razy pod rząd, a ja dałam tylko na jeden). A ponieważ to moje dziecko ma ze wszech miar roztrzepaną matkę, która sama z siebie nie pamięta o kieszonkowym, samo pilnuje sobotniej wypłaty. Konsekwentnie.

Myślę, że dając kieszonkowe stwarzamy przestrzeń, w której dziecko może zyskać samokontrolę. Ma coś, co należy do niego i może z tym zrobić, co zechce. I uczy się robić coś, co w jego pojęciu ma sens. To właśnie jest samokontrola. Aby dziecko mogło ją rozwijać, dając kieszonkowe, trzeba przestrzegać kilku zasad.

Małe sumy

Uważam, że dziecko powinno dostawać raczej małe sumy. Ostatecznie zależy to od zasobności portfela rodziców i ich decyzji, ale suma ta nie powinna być jednorazowo na tyle duża, by umożliwiała kupienie czegoś szczególnego, zarezerwowanego na takie okazje, jak urodziny czy święta. Dziecko samo jest małe i nie uniesie dużej odpowiedzialności. Satysfakcja istnieje tylko tam, gdzie jest wysiłek, cierpliwość, panowanie nad sobą. Jeśli dostaje się od razu dużo, oszczędzanie traci sens.

Regularność

Ważna jest regularność, wtedy dziecko wie, co jest grane i może planować wydatki. Kieszonkowe nie może też trafiać do kieszeni zbyt rzadko – dziecięca zdolność planowania i przewidywania dopiero się rozwija i nie sięga tak dalego w przyszłość jak u dorosłych. A jak regularność, to i konsekwencja – sobota oznacza sobotę. Ja akurat nie daję na kredyt, bo jestem przeciwniczką kredytów w ogóle. Nie będę się tu jednak upierać, bo są przecież ludzie, którzy kredyty spłacają i żyją dzięki nim na fajnym poziomie. Jeśli uważają to za słuszne – niech dają dzieciom kieszonkowe na kredyt w razie potrzeby. Ja nie chcę. Zresztą mogłabym zapomnieć, a czy moje dziecko upilnowałoby mnie, by mi zwrócić dług, co do tego akurat pewności nie mam. W każdym razie – gdyby było więcej takich ludzi jak ja, wiele dóbr i usług nie osiągnęłoby tak spektakularnych wyników sprzedaży, ale też nie mielibyśmy kryzysu spowodowanego nadmiarem kredytów bez pokrycia. Ale to już nie ma związku z kieszonkowym. Chociaż?...

Coś ekstra

Kieszonkowe powinno być przeznaczone na coś ekstra. Za rzeczy podstawowe, takie jak jedzenie, ubrania, podręczniki itp. i tak płacą przecież rodzice. Dzięki temu, gdy mnie córka usiłuje naciągnąć na jakieś plastikowe paskudztwo, mogę powiedzieć: ja uważam, że to jest nic nie warte, ale jeśli masz inne zdanie, to proszę, stać cię. A wtedy ona czasem kupi, a czasem jednak poskąpi własnego grosza. Aha, dziesiąta bluzka to niest artykuł pierwszej potrzeby. Ale jeśli chce ją sobie kupić i ma za co – niech kupuje.

Zdarzyło mi się usłyszeć, jak rodzice straszą dziecko, że jeśli dostanie kieszonkowe, będzie musiało samo zapłacić za książki czy ubrania, i że mu się to nie opłaci. Pokazują w ten sposób rzecz oczywistą – dziecko jest zależne finansowo (i nie tylko przecież) od rodziców. Nie dają mu szansy na rozejrzenie się po własnym, choćby niewielkim świecie niezależności i samostanowienia.

Dziecko decyduje

Dziecko powinno samo decydować, co sobie kupi. Tylko podejmując własne decyzje może się nauczyć podejmować je rozważnie. Słyszę czasem, że dziecko wprawdzie dostaje kieszonkowe, ale nie może nimi samo dysponować, bo wydaje na głupoty. Zdarza się, że rodzice w ogóle rezygnują z dalszego dawania kieszonkowego przerażeni padziewiem przyniesionym przez dziecko z zakupów. W ten sposób trzymają kontrolę mocno w swoich rękach. Dziecko zaś nie ma szansy ćwiczyć samokontroli.

Wprowadziłam jeden wyjątek od tej zasady – nie pozwalam kupować słodyczy, które w większości są trucizną dla układu odpornościowego, pokarmowego i nerwowego. Moja córka długo miała dość poważną alergię pokarmową, objawiajacą się w najróżniejszy sposób. Po Mambie na przykład dostawała świra. Wystarczyłoby ją karmić codziennie Mambą i innymi kolorowymi, wątpliwymi pysznościami, a miałaby prawodopodobnie zdiagnozowane ADHD. Zupełnie bezpodstawnie. Oczywiście zdarzało jej się łamać ten zakaz. Ale generalnie go przestrzega. Czemu? Nie wiem. Może łatwiej przestrzegać jednego uzasadnionego zakazu, skoro poza tym deyzja należy do niej?

Za nic

Rodzice czasem dają kieszonkowe jako nagrodę za coś – za brak uwag w dzienniczku albo za dobre oceny. Wtedy kontrola pozostaje w rękach rodziców, więc dziecko nie może ćwiczyć samokontroli. Jeszcze gorzej jest, gdy zamiast regularnego kieszonkowego, dorośli obiecują jakąś ekstra nagrodę właśnie za dobre wyniki w nauce i jest to nagroda nie dość że wielka, to jeszcze możliwa do uzyskania dopiero w ginącej we mgle, niewyobrażalnie odległej przyszłości, jaką jest koniec roku szkolnego. Wtedy dziecko już całkiem traci poczucie kontroli. Przy tym większość z dzieci przynoszących złe oceny, ma trudności z nauką, koncentracją uwagi, organizacją pracy, i potrzebuje pomocy na co dzień. A dzieci zbierające uwagi często chcą coś swoim zachowaniem przekazać. Wiele z nich ma też kłopot... z samokontrolą.