środa, 6 września 2017

PKS-em przez lubuskie

Niedziela, wsiadam do niedużego PKS-u. Niedużego, bo większe się tu nie opłacają. Województwo lubuskie w porównaniu do innych w Polsce jest trzecie od końca pod względem gęstości zaludnienia i drugie od końca pod względem liczby ludności. Kiedyś mieszkałam w Warszawie i z tamtej perspektywy za Poznaniem są od razu Niemcy. Nawet twórczy urzędnicy wymyślający po wojnie nazwy dla miejscowości odzyskanych, nie przewidywali chyba powstania województwa lubuskiego, skoro jego obecną stolicę nazwali Gorzowem Wielkopolskim. Duże PKS-y są zastępowane małymi, a i tak jeżdżą coraz rzadziej, wożąc głównie młodzież szkolną. Jeszcze kilka lat temu funkcjonowałam bez samochodu, teraz się nie da.

No więc wsiadłam. Stanęłam na środkowym schodku, zatrzasnęłam drzwi i od razu się zorientowałam, że schodek nie był zaprojektowany na mój rozmiar 39. Zaklinowały mi się buty - mówię do kierowcy uśmiechając się, na co on z doskonałą obojętnością nie reaguje wcale. Co będzie gadał z babą o butach. Kupuję bilet, siadam.

Na przednim siedzeniu dwudziestokilkuletni chłopak z psem nachyla się do kierowcy. Wszystko przez tych uchodźców - zagaja. Kierowca jednak odpowiada - skoro zobowiązali się wobec Unii, że iluś tam uchodźców przyjmą, powinni się z tego wywiązać. Kierowca ma koszulę w kratę, czarną kamizelkę, wąsy i spłaszczoną czapkę z daszkiem. Ale teraz Szydło ma podpisać porozumienie z Rosją - odpowiada chłopak na argument o Unii - będzie jechać tam na rozmowy. To chodzi o Tupolewa tylko - prostuje kierowca. Coś tam musiało być z tym Tupolewem, podobno znaleźli nagranie z ostatnich chwil - chłopak na to. Nie ma żadnego nagrania, była mgła i pilot popełnił błąd - kierowca nie traci spokoju. Chłopak wkrótce wysiada, jedziemy 20 kilometrów tylko we dwoje, potem dosiada się dziewczyna.

Siedzę pośrodku, nie na przednim ani tylnym kole, choć te małe autobusy i tak całe się niemiłosiernie trzęsą. Trochę to trzęsienie wynagradza widok za oknem. Dużo tu lasów, koleżanki opowiadały, że widziały wilka, a nawet żubra. Panicznie boją się wilków.

Przez chwilę czuję radość - zepsuty samochód, złudzenie wakacji - ale wiem, że po chwili radość ta rozpłynie się w codzienności, w tym byciu jednocześnie w środku i obok.

piątek, 1 września 2017

Upadek na bruk

Ostatnio często można było usłyszeć w radiu piosenkę Grzegorza Hyżego "O Pani!". Ładnie zaśpiewana, tekst przy powierzchownym słuchaniu też sprawia miłe wrażenie. A jednak...

Najpierw wydaje się, że reguły gry są uczciwe: "Zaczynaj, niech wina się podzieli na pół". Następnie podmiot liryczny - mężczyzna - stawią Panią - kobietę - na piedestale i błaga o więcej. Obdarza ją władzą zabierania go do gwiazd. Nadal brzmi to całkiem sympatycznie. Aż tu po chwili słyszymy: "O Pani, tak bardzo Ci do twarzy w tej sukience, nie pozwól, by za szybko spadła na bruk". Ojć. Więc najpierw błaga: "zabierz mnie do gwiazd", a zaraz poucza: "nie pozwól".

Ale to jeszcze nie koniec. W następnej zwrotce przedstawia siebie jako potrzebującego "poskładania" i "ukojenia" starając się najwyraźniej obudzić uczucia opiekuńcze. Woła: "Twój dotyk koi mnie, kiedy rozpadam się". I niekonsekwentnie pogania: "Nie czekaj, poskładaj mnie na nowo i znów". Czy w tej chwili sukienka już nie leży na bruku?

Mężczyzna nie jest tu decydentem. Wszystkie decyzje podejmuje kobieta, na niej ciąży więc cała odpowiedzialność. Początkowe zapewnienie, że wina się podzieli na pół, to ściema. Mężczyzna tylko błaga: "nie czekaj" i ocenia: "za szybko". Sam nie podlega ocenie. Sam ma też chyba niewiele do zaoferowania - nie obiecuje, że to on zabierze kobietę w podróż międzygwiezdną.

Jego żądania są niemożliwe do spełnienia, ponieważ są sprzeczne. Jeśli kobieta nie ukoi dotykiem, biedak będzie się rozpadał i obwiniał niedobrą o to, że nie chce go poskładać. Jeżeli jednak nie czekając zabierze go do gwiazd, może się okazać, iż pozwoliła, by sukienka za szybko spadła na bruk.

Bruk, zbrukanie. W tej piosence seks nadal bruka. I nadal tylko kobietę. Dlatego, o Pani!, pozwólmy lepiej takim jak on rozpadać się w najlepsze. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Nic się nie zmieniłaś

Nic się nie zmieniłaś! To na ogół puste słowa, a jeśli już dotykają prawdy, chodzi tylko o wygląd. Ale Ty naprawdę się nie zmieniłaś. Nadal jesteś ładna i szczupła, nienaruszona ciążami ani brakiem czasu. Jednak nie to jest najważniejsze, nie to mnie najbardziej zaskoczyło. 

Gdybyśmy były jaszczurkami, to ja już wiele razy zmieniłabym skórę, a Ty jakimś cudem wciąż nosiłabyś tę samą. R o z s t a w a ł a b y m  się na wielu  r o z s t a j a c h  z niepasującymi już wylinkami, cóż - czasem z żalem. 

Spotkanie z Tobą było jak podróż do przeszłości. Gdy pokazywałaś moim córkom, jak rysować i jak cieniować, wydawało się, że szczerze podobały ci się kolory - tak jak kiedyś. Odkrajałyśmy małe kawałki kredek i wymieniałyśmy się nimi, bo każda miała inny odcień - pamiętasz? A ja tyle barw zatraciłam w pośpiechu i nieuwadze.

A jednak to nie była podróż w czasie. Spotkałyśmy się w teraźniejszości, nie w przeszłości. Ci się z Tobą działo przez te lata? Czyżbyś zapadła w czarodziejski sen, z którego obudziłaś się prawie nie zauważając upływu czasu? A może podróżowałaś przez życie jak futurystyczny kosmonauta podróżowałby na inną planetę - w stanie hibernacji?

Unikałaś rozstajów, aby nie wybrać żadnej z dróg. A jednak żyjesz, a żyć oznacza iść i wybierać. Wybrałaś sen, wybrałaś hibernację. I nie chcę wcale powiedzieć, że to był zły wybór.

Bezsenność na oddziale dziecięcym

Senność, zmęczenie, rozbicie. Mam za sobą sześć nocy ukradkowego spania w nogach łóżka córki. Sześć nocy za mną, już tylko dwie przede mną, jeszcze dwie.

Przeczytałam kartę praw małego pacjenta i dowiedziałam się, że rodzice powinni być zachęcani do pozostawania z dziećmi w szpitalu. Jednak gdy powiedziałam, że człowiek przecież nie jest w stanie nie spać, usłyszałam: może pani iść do hotelu. Kładzenie się w łóżku dziecka i spanie na podłodze jest tu oficjalnie zakazane. Większość rodziców ma do dyspozycji plastikowe krzesła, odziedziczenie fotela po wyprowadzającym się rodzicu jest rodzajem sukcesu. Jednak gdy kładę się z córką po północy i wstaję o piątej, pielęgniarki udają, że nie widzą. Wolnych łóżek po prostu nie ma.

Mam mętlik uczuć. Jestem wdzięczna tym ludziom za to, że uratowali życie mojemu dziecku. Ale nie chcę, by ceną wdzięczności było upokorzenie. Bo spanie ukradkowe i niezgodne z regulaminem jest upokarzające. Spanie na krześle jest upokarzające.

Jednak nie chcę się nad sobą użalać, nie lubię pławić się w poczuciu krzywdy. Nie lubię bezradności. W pewnym sensie jestem z siebie dumna, bo rozpoznałam niepisane zasady i umiem je wykorzystać tak, by o siebie zadbać. Jestem też wdzięczna pielęgniarkom, że przymykają oko. Ale są to duma i wdzięczność niewolnika.

Ponieważ oni, ci ludzie którzy niosą życie i zdrowie, mają władzę. Leczą moje dziecko, więc mają władzę nade mną. Przecież podpisała pani regulamin przy przyjęciu. A ja z każdym dniem i z każdą nocą jestem coraz słabsza i bardziej uległa.

piątek, 21 lipca 2017

Deszczówka

Moja babcia wychowywała się na podwileńskiej wsi.

Opowiadała, że chodziło się do łaźni, polewało rozgrzane kamienie wodą, smagało plecy witkami, a potem szło się na śnieg. Wkładało się do piwnicy duży kawał lodu wyrąbany z jeziora, dzięki czemu w lecie piwnica pełniła funkcję lodówki. 

Babcia miała grube, ciemne, ciężkie warkocze. Zbierała deszczówkę, aby umyć w niej włosy, ponieważ była najczystsza i najmiększa. Lubiła spędzać czas w ogrodzie, wolała to od potańcówek. Zawsze była marzycielką i domatorką.

Była najstarsza z ośmiorga rodzeństwa, nie licząc dwójki lub trójki dzieci, które umarły. Gdy miała sześć lat, musiała nosić na rękach swojego młodszego brata, był bardzo ciężki.

Lubiła chodzić do szkoły. Szło się godzinę przez las, w zimie pradziadek wiózł ich saniami. Wieczorem siadała przy świeczce i odrabiała lekcje – była to jej ulubiona chwila w ciągu dnia. Dobrze się uczyła.

Babcia opowiadała, że popełniła mezalians wychodząc za dziadka, ponieważ pochodziła ze szlachty  – z domu była Zabłocka – a dziadek opowiadał, że popełnił mezalians żeniąc się z babcią, ponieważ był bogatym gospodarzem, a babcia była bardzo biedna. Rodzice mówili, że dziadek lubił towarzystwo, a babcia była domatorką i dlatego nie pasowali do siebie. Na zdjęciach są młodzi, bardzo urodziwi oboje i zakochani.

Prababcia – matka dziadka – przeklęła babcię w dniu ślubu, a babcia jeszcze przed wojną urodziła dziecko – mojego wujka, który miał krótsze ręce i jedną krótszą nogę. Prababcia pędziła bimber i dobrze z tego żyła na podwileńskiej wsi, umarła jak Popiel, zamiast myszy towarzyszyły jej koty. Babcia nie piła, dziadek tak, w obu rodzinach piło się dużo.

Dziadek pojechał na wojnę, babcia odnalazła go potem w Warszawie. Mama urodziła się już w Warszawie.

Rodzice mówili, że jestem podobna do babci, ale nie odbierałam ich słów jako pochwały. Babcia lubiła się rozczulać. Mówiła: każda matka kocha swoje dziecko. Mówiła: podrzuciłaś mi kukułcze jajo, nie bierz mnie pod włos, a ja niezupełnie rozumiałam te powiedzenia. Śliniła chusteczkę, by wyczyścić mi policzek. Przechowywała prezenty ode mnie, ustawiała obrazki, układała makatki. Nigdy nie pracowała zawodowo, co tydzień chodziła do fryzjera. Powiedziała kiedyś mamie: dziecko, jak to dobrze, że pracujesz. Nie lubiła gotować, ale lubiła sprzątać. Lubiła pozować dziadkowi do zdjęć, z jedną nogą zgiętą w kolanie i lekko wysuniętą do przodu.

Babcia z dziadkiem mieszkali w bloku niedaleko Łazienek, chodziliśmy podziwiać pawie i czerwone karpie.

Mój dziadek był bardzo przystojny. Miał czarne włosy i skośne, zielone, głęboko osadzone oczy. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że mój ulubiony typ męskiej urody to właśnie uroda dziadka. Odkąd go pamiętam miał amputowane obie nogi, początkowo do kolan, więc chodził jeszcze dzięki protezom. Zabierał mnie i brata na przejażdżki inwalidzką dryndą (taka drynda to było coś) i na colę. Wszystkiemu potrafił nadać znaczenie. Podziwiałam nawet to, że potrzebował dużej chusteczki, bo miał duży nos.

Dziadek robił zdjęcia, w malutkiej łazieneczce urządzał ciemnię. Przyjeżdżałam do niego, gdy babcia już nie żyła, żeby posprzątać mieszkanie, dotrzymać dziadkowi towarzystwa i wywoływać zdjęcia. Niedosłyszał już wtedy i na pytanie: "dziadku, umyć ci podłogę?", odpowiedział kiedyś: "piwa napijemy się później". Nie lubił zimnego piwa albo może nie chciał się przeziębić, więc grzał je na kaloryferze. Palił Super Mocne, a potem przeszedł na wersję light i palił Mocne, a ja razem z nim. Wychwalał wegetariański pasztet mamy i tylko dziwił się, czemu kot go nie chciał jeść - a kot najwyraźniej lepiej się połapał co do składu. Rozważałam, czy by się do dziadka nie przeprowadzić, ale pod wpływem tych myśli śniły mi się koszmary.

Dopiero gdy rodzice wzięli już dziadka do siebie, dowiedziałam się, że jest nie tylko towarzyski, ale też prymitywny, i że zbyt często bywa agresywny, wulgarny i trudny do zniesienia.

Dziś najmocniej mnie czarują opowieści babci z przeszłości. Oczywiście że babcia za wcześnie umarła i że nie dość uważnie jej słuchałam.

Myślę: Deszczówka była najczystsza? A dziś nasza planeta rodzi brudny deszcz.

Myślę: Babcia nawet nie wiedziała, ile dokładnie spośród jej rodzeństwa umarło, dwoje czy troje? Wtedy śmierć małych dzieci była czymś spodziewanym i zwyczajnym, a nam - ale tylko tym uprzywilejowanym, żyjącym w bogatszej części świata - śmierć dziecka wydaje się niewybaczalna.

Myślę: Odrabianie lekcji było dla babci ulubioną chwilą w ciągu dnia? Czy lekcje były wtedy ciekawsze, czy też ciężka codzienność tworzyła tak duży kontrast do lekkiej nauki?

Myślę: Tak dawno to było i tak daleko, prawie jak w bajce.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozmowa z moim Lękiem

Mój drogi Lęku! A raczej droga Lękini, bo prawdopodobnie jesteś płci żeńskiej. Tak przypuszczam, ponieważ przyśniłaś mi się jako zakonnica, jednak nie jesteś człowiekiem, więc Twojej płci też nie mogę być pewna. Skóra na Twoich rękach była niebieskosina i twarda jak skóra gada, habit skrywał ciało potwora. Nienawidziłam, gdy się do mnie uśmiechałaś i gdy mnie dotykałaś.

Potrafię budzić się koszmarów - mam już dużo doświadczenia w ich śnieniu i budzeniu się, to kwestia wprawy - jednak towarzyszyłaś mi również na jawie, wypełzałaś z kątów, zbliżałaś się podstępnie, domagałaś się uwagi. Więc dobrze, porozmawiajmy.

Od lat Cię lekceważę, pewnie masz już tego dosyć. Robię wiele z tych rzeczy, które przedstawiasz mi jako zagrażające. Ty zresztą tyle możliwości uważasz za warte lęku, że trudno wręcz byłoby mi znaleźć coś bezpiecznego, więc po prostu żyję z Tobą w kątach i staram się Ciebie nie widzieć. Ale wiesz co? Mnie też już to męczy.

Twierdzisz, że to moja wina, że jestem zbyt kolorowa i niestabilna. Ale powiedz sama, po co mi lęk, który się na mnie gapi? Odwróć ode mnie wzrok i rozejrzyj się wokoło. I rozglądaj się codziennie, uważnie. Sprawdzaj, czy jest się czego bać i nie rób scen na boga kiciu. Wiem, że świat jest niebezpieczny. Leben ist lebensgefaehrlich - życie grozi śmiercią - ale życie jest też ciekawe. Nie musisz tego rozumieć, w końcu jesteś lękiem, ale bądź proszę przydatnym lękiem i nie wyskakuj co chwila nie wiadomo skąd ani po co. Informuj mnie dopiero, gdy zobaczysz coś naprawdę niepokojącego. A wtedy to ja zadecyduję, co robić.

Ja ze swojej strony obiecuję częściej Cię zauważać i słuchać, bo wiem, że na swój sposób chcesz dobrze. Być może to Cię trochę uspokoi. Uważasz, że przepływanie na drugą stronę jeziora jest niebezpieczne - w porządku, teraz pływam wzdłuż brzegu. Te polodowcowe jeziorka i tak są przecież dłuższe niż szersze, więc drugi brzeg tak naprawdę mnie ogranicza. Zresztą nie jest mi do niczego potrzebny.

Nie powiem, żebym Cię lubiła i chyba w Tobie też nie budzę sympatii. Ale w jednym się zgadzamy - chodzi o to, bym była bezpieczna.

A w chwilach spokoju możesz się rozpłynąć jak niebieskosina mgła unosząca się nad bagnem. Albo jeśli wolisz, usiądź na kamieniu pod postacią prehistorycznej jaszczurki i obserwuj, co się dzieje. Tylko wyrzuć najpierw ten idiotyczny habit. Lubię jaszczurki.


sobota, 24 czerwca 2017

Mity greckie i mit biblijny

Jakiś czas temu czytałam córce mity greckie. I uderzyło mnie coś, co je wyraźnie odróżnia od mitu biblijnego, w cieniu (albo blasku) którego jesteśmy wychowani. 

Nie ma sprawiedliwości. Dobro nie zostanie nagrodzone. Prometeusz cierpi za to, że chciał ludziom podarować ogień. Wróć, to nie tak - on cierpi za to, że sprzeciwił się bogu. Wystarczy bogu nacisnąć na odcisk, przeciwstawić się, zbyt nieostrożnie wychwalać siebie samą przedkładając własne zdolności ponad zdolności bogini. Czasem można robić wszystko dobrze, starać się spełniać oczekiwania boga i po prostu trafić na kiepski dzień, na zły boży humor. I już po nas, zwykłych śmiertelnikach. Bożymi łaskami zostaje obdarzony ten, kto jest silny i sprytny, kto będzie umiał wykorzystać sprzyjający los, ale też ten kto ma szczęście. I pomyślałam - jakie to życiowe.

Mit biblijny uczy nas wiary w sprawiedliwość. Jeśli będziemy postępować słusznie, zgodnie z przyjętym kodeksem moralnym, możemy spać spokojnie. Za zaufanie i posłuszeństwo Bogu czeka nas nagroda. Tylko czasem zapominamy, że dopiero po śmierci.

Za życia wiara w przynależną nam sprawiedliwość mąci czujność. Jeśli będę przestrzegała zasad panujących w szkole, dostanę dużo punktów plusowych i ocenę wzorową. Jeśli będę wierną żoną, mąż też będzie dla mnie dobry. Jeśli będę uczciwie pracowała całe życie, na starość dostanę emeryturę. Tak jest przecież słusznie. Ale gdy zdarza się inaczej, pozostaje zgorzknienie i żal.

A mity greckie uczą: zastanów się, komu ufasz; okaż bogu szacunek, lecz zachowaj własny rozum; bądź sprytny, szybki, silny i mądry; dąż do celu, ale pamiętaj - wystarczy trochę pecha, bożej irytacji, a nic z tego nie wyjdzie.

czwartek, 18 maja 2017

Wierzę więc idę

Niedawno zabrałam moją 9-letnią córkę do parku linowego. Brawurowo przeszła najniższy „level”, jak go określiła, i zapragnęła zmierzyć się ze średnim. Szybko jednak okazało się, że sama jest za niska, by móc się podwiesić na linie i zjechać po niej. Rozpłakała się, a ja postanowiłam przejść średni poziom wraz z nią i tam gdzie trzeba pomóc jej się zapiąć. Z góry okazało się, że wszystkie te narzędzia tortur były zawieszone niewyobrażalnie wysoko nad ziemią (patrząc z dołu znajdowały się o wiele niżej, ot takie czary), ale cóż pozostało matce, która ma odważne dziecko? Dałam radę.

A jak już zeszłyśmy na dół, to zaczęłam na nowo myśleć. Oczywiście miałyśmy profesjonalną asekurację w postaci karabińczyków i całego tego osprzętowania. Bez tego nie pozwolono by nam tam wejść. Bez tego nigdy bym się tam nie odważyła wejść. A jednak ani razu nie zawisłam na tych karabińczykach. Służyły więc asekuracji, jednak w praktyce - przynajmniej tym razem - okazały się niepotrzebne. Ale tylko dzięki mojej wierze, że dzięki nim nie spadnę, byłam w stanie przejść trasę rozwieszoną w powietrzu, między drzewami.

Rodzice opowiadali mi, że gdy uczyłam się chodzić, to - jak to zwykle dzieci - najpierw szłam opierając się o meble bądź trzymając się ręki dorosłego. Pewnego razu chwyciłam pudełko zapałek i ruszyłam przed siebie. Mogę się założyć, że gdyby nie to pudełko, nigdzie by nie poszła. Było dla mnie tym, czym tym razem karabińczyki. Dawało wiarę w oparcie.

Żyjemy w wyobrażonym świecie. Do realności mamy dostęp tylko za pośrednictwem zmysłów i myśli. Dla nas istnieje tylko to, co doznajemy i to, co myślimy. To tak jakby na świat doznań naciągnąć płachtę myśli - osądów, wyobrażeń, wiary - niewidzialną płachtę, która jednak wszystko zmienia.

wtorek, 16 maja 2017

Mężczyźni wychowują chłopców

Często się mówi, że matki wychowują dzieci, a zwłaszcza (w sumie bez większej logiki), że wychowują synów. Wynika to pewnie z powszechnego przekonania, jakoby kobiety bardziej miały dzieci niż mężczyźni. I że w razie jakichkolwiek problemów na pewno same są sobie winne. I że nikt ich nie będzie szanował, jeśli same się nie szanują (czyli że patrząc od tyłu, jeśli mężczyźni ich nie szanują, jest to ich wina). Z jednej strony może to być dla facetów kusząca wizja świata, bo zdejmuje z nich odpowiedzialność. Ale z drugiej strony oznaczałoby to, że nie są potrzebni. A przecież są.

Jakiś czas temu byłam świadkiem następującej sceny. 12-letni chłopiec rozmawiał ze swoją instruktorką jazdy konnej. Ona coś mu tłumaczyła, on coś odpowiadał obrócony do niej bokiem i grzebiąc batem w ziemi. Obok przejeżdżał na koniu chłopak instruktorki (jak sama go nazywa) i zbeształ chłopca: „Patrz na kobietę, gdy z nią rozmawiasz. Zwłaszcza na taką piękną kobietę!”.

Ha! I to jest właśnie to. I poproszę tak cały czas.

środa, 26 kwietnia 2017

Uważność i spokój

Książkę "Uważność i spokój żabki" Eline Snel poleciła mi Agnieszka Stein, z którą umówiłam się na telefoniczną konsultację w sprawie problemów, jakie mam z moją córką. Książka ta jak większość moich książek musiała odleżeć swoje na półce, zanim po nią sięgnęłam - a sięgnęłam raczej z poczucia obowiązku, jak to po poradnik, bez pasji.

Zaczęłam ją czytać... i czytam malutkimi porcjami. Działa na mnie w jakiś piorunujący sposób. Wywołuje tak silną ekscytację, że po chwili ją odkładam, by ponownie otworzyć za kilka dni. Do książki dołączona jest płyta z ćwiczeniami - za jakiś czas ją odpalę, ale jeszcze nie teraz...

Książka jest o mindfullnes dla dzieci, o obecności tu i teraz, o świadomości swojego ciała, emocji, myśli. Nic nowego, nic szczególnego, same wyświechtane pojęcia. Ale po raz pierwszy wydaje mi się, że rozumiem, o co w nich chodzi. I to co rozumiem - bardzo mi się podoba.

Jest to książka o obserwowaniu siebie. Bez oceniania, bez określania czy to dobre czy złe, bez obwiniania. Oceny i poczucie winy pojawiają się w nas nieraz - wtedy je również możemy obserwować i sprawdzać, co nam robią, jakie mięśnie się napinają, co się dzieje z naszą głową, brzuchem, kręgosłupem, szczękami... jakie uczucia w nas wywołują, jakie myśli. 

Niby nic szczególnego. A jednak czuję, że jest to bardzo żywe. I wywołuje tak silną ekscytację. Więc odkładam książkę i obserwuję tę ekscytację. Tak, często ją odczuwam, chyba od dziecka. Jest to tak mocne uczucie, że uciekam od niego w bujanie w obłokach, myślenie o niebieskich migdałach, obgryzanie paznokci. Uciekam, bo jeśli ktoś tej fascynacji nie podzieli, byłoby to dla mnie w tej chwili raniące. I jestem ze sobą i z tym uczuciem, i to jest w porządku. I jest to początek jakiejś nowej drogi, choć jednocześnie w jakiś sposób bardzo znajomej.

piątek, 10 marca 2017

Przedistnienie

Przedwiosenny niepokój. Podekscytowanie, ten moment przed... jeszcze nawet nie wiadomo, przed czym. Niepokój delikatny, ulotny, efemeryczny jak róża małego księcia (ale ona przynajmniej zdążyła zakwitnąć!), cieniutki jak igła, ostry jak zielony kiełek, który już-już prawie przebija się przez ziemię. Tęsknota za czymś, czego jeszcze nie ma, co może już prawie się stało. Za czymś, co może będzie, a może jednak nigdy się nie zdarzy, albo może zdarzy się całkiem inaczej, niż się myślało. To uczucie ulotnego ześlizgiwania się, przepływania między palcami, jak kontakt z duszami, które mają stać się ciałami, ale jednak nie stają się nimi i przepadają w nicości. 

Miliardy możliwości, z których tylko nieliczne się ziszczą. Jak miliardy gwiazd - wokół każdej z nich mógłby powstać układ planetarny i w każdym mogłoby wykiełkować życie. A przecież aby dotrzeć do odkrytego jakiś czas temu układu planetarnego obiecującego istnienie życia, potrzebowalibyśmy przy obecnym poziomie rozwoju technologii 800 tysięcy lat - to cztery razy dłużej niż czas istnienia naszego gatunku na naszej planecie. Jak niezliczone plemniki i niezliczone komórki jajowe i te wszystkie istnienia, które nie zaistniały.

Przedwiosenny niepokój. Uczucie zakochania nie do spełnienia, nie do ukojenia. Oczekiwanie w którym tuż-tuż pod powierzchnią radości czai się rozczarowanie. To jak pożegnanie jeszcze przed powitaniem. Jak opłakać coś, co się nie stało?

Ale już niedługo nadejdzie wiosna, kiełki przebiją się przez ziemię, pąki pękną, kwiaty rozkwitną - te boleśnie nieliczne, wśród których sami jesteśmy. My żyjący, którym udało się wyłonić z otchłani, z chaosu, z obietnicy wielu możliwości - właśnie my się spełniliśmy. Jesteśmy wybrańcami bez uzasadnienia. Tak jak ludzie, którzy stracili rodziny w kataklizmach wojennych, czują się winni temu, że żyją - tak ja na przedwiośniu czuję, jak bardzo ulotne jest istnienie. 


wtorek, 17 stycznia 2017

Tworzenie opowieści, tworzenie przeszłości

Jeżeli nie zamienisz swojego życia w opowieść, staniesz się tylko fragmentem cudzej historii - Terry Pratchett

Przyśniło mi się mieszkanie mojego dzieciństwa. Śni mi się co jakiś czas. Schodzę wtedy do piwnicy jak do podświadomości gromadzącej wspomnienia. Ale tym razem tylko stałam pod drzwiami próbując je otworzyć. Miałam w ręku płaski kluczyk z teraźniejszości, a w zamku był otworek na owalny klucz z przeszłości. Dwie młode, nowoczesne dziewczyny zapytały, co robię. Odpowiedziałam, że kiedyś tu mieszkałam. Czyżbym już nie miała klucza pasującego do przeszłości?

Za komuny raczej się nie kupowało mieszkań, mój ojciec je dostał. Potem jednak spotkał za granicą faktyczną właścicielkę i kupił od niej mieszkanie za nieduże pieniądze. Nikt nie spodziewał się zmiany ustroju i prawnik namówił ją na tę transakcję.

Przed ojcem mieszkał tam przemytnik sztuki, chował obrazy i rzeźby w piwnicy pod węglem. Za naszych czasów w piwnicy stała pralka, a pranie rozwieszało się na strychu. Przez jakiś czas na strychu mieszkała kawka o imieniu Neska, która pewnego dnia podeszła do ojca i usiadła mu na przedramieniu jak sokół. W piwnicy ojciec miał biuro. W piwnicy grałam ze znajomymi w brydża, dzięki temu nikogo nie budziliśmy. 

Samo mieszkanie też mi się oczywiście wiele razy śniło. Miałam pokój z balkonem, a w drzwiach balkonowych był lufcik. Często zapominałam klucza i gdy wracałam w nocy, włamywałam się sama do siebie. Podstawiałam kubeł na śmieci pod okno sąsiadów z parteru, wchodziłam na kubeł, następnie wspinałam się po kracie okiennej na balkon, otwierałam rozchybotany lufcik i już byłam w pokoju. Trzeba było tylko jeszcze zejść na dół i odstawić śmietnik na miejsce, by nikt się nie zorientował. Mieszkanie to zostało sprzedane pół mojego życia temu, ale wciąż zdarza mi się do niego zaglądać nocami.

Niedawno mój ojciec opowiadał przy obiedzie o swoim przyjacielu. Nazwał go szwagrem. Mama zdziwiła się: Nie wiedziałam, że byliście spokrewnieni. Włączyłam się do rozmowy: Byli spowinowaceni przez pierwszą żonę ojca. Przypominam opowieść o żydowskim chłopcu adoptowanym po wojnie przez matkę pierwszej żony mojego ojca, stąd "szwagier". Nigdy o tym nie słyszałam - mówi moja mama. Otwieram zdumiona oczy, a ojciec dodaje: A wiesz, że ja też całkiem zapomniałem?

No tak, przecież wspominając swoje życie raczej opowiadamy je sobie i innym. Tworzymy przeszłość z wybranych fragmentów wspomnień, uzupełniamy luki wyobrażeniami, spinamy wszystko klamrą nadawanych znaczeń. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby mój ukochany snując opowieść o swoim życiu w tak cudowny sposób zapominał o pierwszej żonie.

On też wspomina mieszkanie swojego dzieciństwa. Jego rodzice stracili je dopiero rok temu, miałam więc szansę trochę w nim pobyć. To smutna historia o braku odpowiedzialności państwa za swoich obywateli, którzy po kilkudziesięciu latach legalnego życia w mieszkaniu dowiadują się, że nie mają do niego żadnych praw. Jednak opowieści sprzed lat są tak barwne, że wydaje mi się, że musieliśmy się wtedy już znać, że musiałam tam być.

Mój ojciec ma 90 lat. Jest w wieku, w którym chętniej i dokładniej wspomina się dzieciństwo i młodość niż lata dojrzałe. Oznacza to, że nie pamięta dużej części mojego życia, a ja jestem tylko fragmentem jego historii. Teraźniejszość tworzy za to świat dzieciństwa moich córek i stanie się pożywką dla snutych przez nie opowieści o przeszłości. Być może kiedyś będą błądziły w snach po domu, w którym teraz mieszkamy.