piątek, 12 kwietnia 2019

List do rodziców (i do siebie też)

Twoje dzieci nie żyją po to, by spełniać Twoje oczekiwania.

Twoje dzieci nie żyją po to, by spełniać oczekiwania Twoich rodziców, a swoich dziadków.

Twoje dzieci nie żyją po to, by spełniać oczekiwania nauczycieli.

Twoje dzieci nie żyją również po to, byś Ty mógł/mogła spełniać oczekiwania swoich rodziców i nauczycieli swoich dzieci.

Twoje dzieci nie są Twoją wizytówką. Ich zachowanie nie ma na celu tego, byś mogła/mógł je oceniać ani tego, by inni mogli oceniać, jakim Ty jesteś rodzicem.

Twoje dzieci mają własne życie, własne pragnienia i marzenia, lęki i niepokoje, zainteresowania i fascynacje. Potrzebują Cię, abyś im towarzyszył/a z zainteresowaniem i akceptacją. Abyś pokazywał/a, jak to jest być dorosłym (po niemiecku jest takie piękne słowo "vorleben", tłumaczone jako "dawać przykład", ale dosłownie oznacza "żyć przed kimś" czyli pokazywać coś robiąc to, żyjąc, przeżywając). Abyś troszczył/a się o nie i leczył/a je, gdy są chore. Abyś zatrzymał/a je, gdy widzisz, że biegną pod koła rozpędzonego samochodu. 

Poznając wciąż na nowo swoje dzieci możesz lepiej poznać siebie. Swoje oczekiwania, oczekiwania Twoich rodziców, nauczycieli swoich dzieci oraz innych ludzi. Możesz zobaczyć, co Ci robią te oczekiwania i zastanowić się, czy naprawdę chcesz je spełniać. Możesz poprzez bunt i sprzeciw Twoich dzieci szukać własnych granic i własnych pragnień. Ucząc się akceptować swoje dzieci, uczysz się akceptować siebie. Ucząc się ufać sobie, uczysz się ufać swoim dzieciom. Być może jest to pewna postawa, dla mnie bardziej droga. 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Obowiązki i przyjemności

Nauczyli nas regułek i dat,
Nawbijali nam mądrości do łba,
Powtarzali, co nam wolno, co nie,
Przekonali, co jest dobre, co złe.

Odmierzyli jedną miarą nasz dzień,
Wyznaczyli czas na pracę i sen.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.

Pisałam niedawno tym, ile zamieszania robi sztuczny podział na naukę i zabawę. Myślałam wtedy o dzieciach, ale i o dorosłych, którzy również najszybciej i najchętniej uczą się tego, co ich fascynuje. Potem myślałam jeszcze dużo o tym, co się dzieje z dorosłymi takimi jak ja i większość znanych mi osób, których kiedyś przekonano, że nauka jest o wiele ważniejsza od zabawy, a obowiązki - od przyjemności.

Uwierzyłam w wartość przymusu. W to, że przede wszystkim różne rzeczy trzeba zrobić. Iść do pracy, zarobić, posprzątać, ugotować. Dopiero potem - jeśli zostanie trochę czasu - wolno oddać się przyjemnościom, poświęcić czas zainteresowaniom. Odpoczynek, relaks, pasje, aktywność fizyczna, świeże powietrze, kultura, sztuka - to wszystko jest na dalszym planie, właściwie całkiem nieistotne.

Z tego powodu czynności i wartości przypisane do czasu wolnego traktujemy po macoszemu, bez należytej uwagi, mimo że płacimy za tę postawę własnym zdrowiem. Z drugiej strony gdy sfera obowiązków nas unieszczęśliwia, możemy nie podejmować żadnych prób zmiany sytuacji (albo swojego myślenia), ponieważ uważamy, że tak już musi być. A jak często nie potrafimy zmobilizować się do zrobienia tego, co uważamy za swój obowiązek dlatego, że oznacza on dla nas przykrość i nudę? Prokrastrynacja gotowa. 

Jest to tak absurdalne, a jednak wciąż w to właśnie wierzymy. I uczymy tego nasze dzieci. Przekonujemy, tłumaczymy, namawiamy, zmuszamy. Jakiś czas temu usłyszałam od nauczycielki matematyki, że moja córka mimo uzdolnień matematycznych z mojej winy ma trójkę. Z mojej winy - bo zbyt często opuszcza lekcje, a ja na to pozwalam. Rzeczywiście moja córka od lat nienawidzi szkoły (nienawidzi również matematyki), a ja nie jestem wystarczająco skuteczna w przymuszaniu jej do regularnego chodzenia do nielubianej instytucji. Nie jestem skuteczna w przekonywaniu, jakoby to co sprawia przykrość było ważniejsze od tego, co przynosi radość. Jakoby przymus był konieczny do rozwoju, a pasja i zachwyt rozwój uniemożliwiały.

Uwierzyłam kiedyś w wyższą wartość obowiązków. Dlatego rzucam się łapczywie na dni wolne. Wreszcie odpoczywam, długo śpię, tracę czas, idę na rower, podróżuję. Żyję pełnią życia jednocześnie wierząc, że prawdziwe życie jest w "czasie niewolnym"... w czasie niewoli? Dziwne jednak jest to, że tak naprawdę na ogół lubię moją pracę. Właściwie sprzątanie i gotowanie też nie są z definicji nieprzyjemne. Tylko tak się jakoś przyzwyczaiłam, tak mi zawsze mówiono - że obowiązki nie mają być miłe. 

Owszem, doba bywa za krótka, jest tyle rzeczy, które chciałabym robić i w których widzę sens. Podział na obowiązki i przyjemności nie jest mi do niczego potrzebny, nic nie ułatwia, wiele utrudnia. Widzę to coraz wyraźniej ucząc się słuchać swoich córek i siebie.

Odmierzymy ile siły jest w nas
Wyznaczymy sobie miejsce i czas
A gdy zmienią się reguły tej gry
Może w końcu odkryjemy jak żyć


sobota, 23 marca 2019

Ty się całe życie tylko bawisz i bawisz

Oj nieładnie człowieku, nieładnie
Oj nieładnie człowieku, brzydko
Ty się  całe życie tylko bawisz i bawisz
Czasem sobie zmieniasz bawitko - Andrzej Poniedzielski

Lubię tę piosenkę, lubię Poniedzielskiego. A jednak zdałam sobie właśnie sprawę, że brzmi w mojej głowie jak wyrzut sumienia. To brzydko się bawić. Zabawa jest podejrzana. Powinnam robić to, co słuszne i to, co dobre dla mnie i dla moich dzieci, a nie to co mi sprawia przyjemność. A co jest słuszne i dobre, to już mi powiedzą mądrzejsi ode mnie. Autorytety. Inaczej okaże się, że wykorzystuję innych dla własnej przyjemności. A przede wszystkim najpierw obowiązki, a potem zabawa.

Uff to odbiera energię.

Przeżywam fascynację słowami André Sterna, więc nazwisko to pojawia się teraz często w moich wpisach. Twierdzi on, że według najnowszych badań dziecko nie może się uczyć inaczej niż przez zabawę. Dla dziecka zabawa i nauka są tym samym. Zabawa czyli robienie w bezpiecznych warunkach tego, co robią dorośli. Czyli nauka. Rozdzielenie zabawy od nauki i oznajmienie: nauka jest ważna i jest twoim obowiązkiem, a zabawa jest nieważna i ewentualnie możesz jej poświęcić resztkę czasu, jaka ci zostanie, powoduje, że dziecko znajduje się w potrzasku. Kto się interesuje neurodydaktyką, ten już na pewno o tym czytał. Dzieci uczą się chętnie, spontanicznie i cały czas. Bawiąc się. Uczą się skutecznie tego, co je interesuje i co budzi ich pozytywne emocje, tego co je zachwyca.

André twierdzi też, że według badań opartych o neuroobrazowanie mózgu, u małych dzieci obserwuje się zachwyt (entuzjazm, fascynację) raz na 2-3 minuty. U dorosłych zaś - 2-3 razy w roku. A właśnie ten zachwyt, radość odkrywania, fascynacja otaczającym światem - właśnie to wszystko jest warunkiem koniecznym skutecznej nauki. Z tego wynika, że my dorośli w ogóle nie powinniśmy uczyć dzieci, jak się mają uczyć. 

Nieśmiało pozwalam sobie na przyjemność, radość, zainteresowanie. Na podążanie za tym, na co po prostu mam ochotę i na zgłębianie tematów, które mnie pociągają. Wszystko wokoło pięknieje.


czwartek, 21 marca 2019

Jakie problemy można mieć w wieku 14 lat?

To zdanie wypowiadają czasem dorośli lekceważącym tonem.

To zdanie wypowiadają czasem nastolatki ze łzami w oczach.

Najwyraźniej według dorosłych (wypowiadających to zdanie) istnieje jakaś magiczna granica wieku, za którą można mieć problemy. Za którą zacznie się to prawdziwe, poważne i godne zainteresowania życie. A dzieciństwo i młodość są tylko mało znaczącym wstępem, który właściwie można by pominąć i przejść od razu do istotnych treści.

Statystki przerażają, ale nawet nie o to chodzi. Przede wszystkim dopóki nie określimy czegoś problemem, dopóty nie spróbujemy go rozwiązać. Dzieci potrafią same rozwiązać większość swoich problemów, ale potrzebują dorosłego, który zauważy, wysłucha i zapewni, że dziecko i jego szczęście są dla niego ważne. Są też takie sytuacje, w których nastolatki same nie są w stanie sobie poradzić. Nie opowiedzą jednak o nich dorosłym, bo "jakie ja mogę mieć problemy w wieku 14 lat?". Wolą się ciąć, bo to wprawdzie nic nie zmienia, ale przynosi przynajmniej chwilową ulgę i trochę zainteresowania lub nawet troski ze strony otoczenia. 

"Jakie problemy można mieć w wieku 14 lat?" oznacza tyle, co: "Twoje problemy mnie nie interesują".

Dlatego proszę: po prostu tak nie mówcie. 

wtorek, 19 marca 2019

Kłamstwa, co do których się umówiliśmy, że są prawdą

- Słyszałaś, że X jest w ciąży?
- Tak, słyszałam. - X to siostra koleżanki mojej córki. Ma 17 lat, zanim urodzi, skończy 18. Jest bardzo ładna, powtarzała którąś klasę w gimnazjum, teraz uczy się w zawodówce. 
- Biorąc pod uwagę biologię, 18-19 lat to najlepszy czas dla kobiety na urodzenie pierwszego dziecka - dodałam.
- Tylko że ona jest taka ładna i ten jej facet wcale do niej nie pasuje. W dodatku jest dużo starszy.
- Przychodzą mi na myśl co najmniej dwa małżeństwa z jeszcze większą różnicą wieku, jedno jest szczęśliwe, drugie nie bardzo - czułam, jak kiełkuje we mnie irytacja - A co do wyglądu to jest takie przysłowie "de gustibus non disputandum est" (z łaciny w liceum pamiętam przynajmniej te kilka przysłów).
- No tak, ale kobieta powinna pracować, zanim wyjdzie za mąż. A ona nawet zawodówki nie skończyła. Ten jej facet ponoć nieźle zarabia. Dla dziewczyny z biednej rodziny to może i dobra okazja, urodzi dziecko i nie będzie pracować...

Nie mogłam tego słuchać, bo chociaż sama pracuję całe dorosłe życie, ciągle nie mam nic poza kilkunastoletnim samochodem. Resztę pieniędzy zjada codzienność i w sumie nawet nie chcę na to narzekać. 

Irytują mnie jednak kłamstwa, co do których istnieje pewna umowa między ludźmi, aby udawać, że są prawdą. Np.: "Jeśli będziesz pracować, to zyskasz niezależność finansową i szacunek". Albo inne bardzo powszechne: "Jeśli będziesz mieć dobre oceny, to w przyszłości dostaniesz dobrze płatną pracę". André Stern powiedział, że zapominamy 85% tego, czego uczymy się w szkole (wynika to z badań), jednak umówiliśmy się, że jest to w porządku. Jeśli za to nie uczymy się tego wcale, uznajemy, że to nie w porządku.

Czuję się czasem jak Alicja w Krainie Czarów - a bajkę tę mimo fascynacji czytam zawsze z irytacją, bo wydaje mi się, że większość napotkanych osób udziela bezsensownych odpowiedzi na zadawane przez Alicję pytania. 

Na szczęście jest też kot z Cheshire, a rozmowa z nim przebiega tak: 

– Czy nie mógłby mnie pan poinformować, którędy powinnam pójść?
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś dojść – odparł Kot z Chesire.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
– Ach, na pewno się tam dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

To kłamstwo, że jest tylko jedna dobra droga. Jest ich wiele.


środa, 13 marca 2019

Poza oczekiwaniami

You sat up all the night and watched me
To see who in the world I might be

Jej starsza córka nie sprawiała nigdy problemów. Dobrze się uczy, w tym roku będzie zdawała maturę. Zawsze była spokojna. Za to młodsza ma dopiero 11 lat, a już daje jej do wiwatu. A co będzie, gdy skończy 15 czy 16 lat? Nie chce się uczyć, buntuje się i jest uparta jak kozioł.



Oba te opisy budzą we mnie smutek. Dlaczego? Pozornie w przypadku starszej dziewczyny nie ma powodu do smucenia się, wszystko wydaje się być w porządku. Tylko że żaden z tych opisów nie jest o osobie. Nie dowiadujemy się, jakie zainteresowania mają dziewczyny, jakie dylematy, co je porusza, co je cieszy i co złości. Co sądzą o otaczającym świecie, o swojej rodzinie, o sobie samych.

Smutne jest to, że opisy te dotyczą wyłącznie oczekiwań. Są pewnego rodzaju skalą, na której zostało ocenione, na ile jedna i druga córka spełniają oczekiwania dorosłych. Tak jakby dzieci istniały tylko po to, by spełniać oczekiwania rodziców i nauczycieli. Tak jakby rodzice istnieli tylko po to, by spełniać oczekiwania bliskich, pracodawców i nauczycieli swoich dzieci. Kto ponosi winę? Kto nie spełnia oczekiwań? Tak jakby nie liczyło się nic oprócz jakiegoś regulaminu określającego, kto jak się powinien zachowywać. 

A dzieci po prostu są, patrzą, słuchają, żyją, rosną, do czegoś dążą, czegoś potrzebują. Przecież wiemy albo przynajmniej przeczuwamy, jak cudownie jest, gdy ktoś jest nas naprawdę ciekawy, gdy z miłością i serdecznym zainteresowaniem chce nas poznać i zrozumieć 



poniedziałek, 11 marca 2019

André Stern, edukacja domowa, rośliny...

W związku z edukacją domową córki, moją bezradnością w obliczu tego nowego wyzwania i poszukiwaniem inspiracji, zapisałam się na kurs botaniczny on-line. Poruszyło mnie zdanie opisujące właściwości płonnika włosistego: "To jedna z tych roślin, która dobrze radzi sobie ze stresem (brak wody, związków odżywczych...), ale kiepsko z konkurencją, dlatego kiedy murawa staje się żyźniejsza, zarasta, pojawiają się inne rośliny, więcej gleby, cienia, płonnik ginie". Podobne uczucia budziły we mnie opisy drzew w jednej z ulubionych moich książek ostatnich miesięcy pt. "Sekretne życie drzew".

Co mnie porusza w tych opisach? Może brak oczekiwań i wymagań? To oczywiste, że rośliny rosną najlepiej jak potrafią wykorzystując sprzyjające warunki, o ile takie się pojawią. Nie mamy co do tego wątpliwości. Nie dopingujemy ich, nie zachęcamy, nie motywujemy. Nie obwiniamy, kiedy zwiędną. Jedyne co możemy ewentualnie zrobić, to zadbać o to, by warunki otoczenia były jak najbardziej odpowiednie dla tego właśnie gatunku. Często najlepiej jest po prostu nie przeszkadzać.

Pomyślałam, że ujmuje mnie obserwowanie bez oceniania. Bez motywowania, bez ukierunkowywania. Chcę w ten sposób patrzeć na dzieci, w ogóle na innych ludzi, i na siebie samą też.


A potem pojechałam do Szczecina na seminarium z André Sternem. Kiedyś obejrzałam film pt. "Alfabet", a w nim wywiad właśnie z André, człowiekiem, który nigdy nie chodził do szkoły (napisał kilka książek, między innymi jedną zatytułowaną "I nigdy nie chodziłem do szkoły" - żadnej jeszcze nie przeczytałam, ale to się niedługo zmieni). Więc pojechałam do Szczecina, ale nie spodziewałam się takiej bomby! Jakkolwiek afektowanie by to brzmiało, było właśnie tak: jego słowa trafiały wprost do mojego serca. 

Zanim zacznę czytać książki, postanowiłam przetłumaczyć jego wypowiedź z filmiku promującego nową książkę - jako Francuz mówi po niemiecku bardzo wyraźnie, dzięki czemu potrafię go dość dobrze zrozumieć. Zapraszam:


Jak często słyszeliśmy zdanie: "Jestem zły z matmy"? Musimy się bardzo dokładnie wsłuchać w to zdanie: Ja. Jestem. Zły. Z matematyki. To pokazuje, że czujemy, iż jesteśmy złą osobą, ponieważ nie pasujemy do określonego wzorca, nie spełniamy określonych oczekiwań. Tymczasem zdanie to prawidłowo powinno brzmieć zupełnie inaczej: "Matma mnie nie interesuje". Albo jeszcze lepiej: "Matma nie budzi we mnie entuzjazmu". Gdyby matematyka budziła mój entuzjazm, byłbym w sposób oczywisty i bez wysiłku dobry z matematyki. Ponieważ jestem dobry ze wszystkiego, co budzi mój entuzjazm. I tak się składa, że jestem kiepski ze wszystkich przedmiotów, które we mnie entuzjazmu nie budzą.


Kiedy do tego doszedłem, nabrałem wielkiej ochoty, aby napisać o naszej zdolności do odczuwania entuzjazmu. Ponieważ zdolność tę mamy w sobie. To jest ta niesamowita energia, którą dzieci mają w sobie, gdy się rodzą. To jest ta niesamowita energia, którą dokładnie znamy, która sprawia, że możemy przenosić góry, że jesteśmy w stanie osiągnąć to, czego bez niej nigdy byśmy nie osiągnęli. Ta energia jest w nas. Ale jest przykryta. Ciężkie zasłony wiszą przed entuzjazmem, który w nas czeka. Przed entuzjazmem, który obudzi w nas geniusza. 

Entuzjazm jest wrodzony. Jednak bardzo w nas cierpi, ponieważ wszystko odbieramy osobiście. A dzieje się tak, gdyż od początku jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że uważa się nas za złe osoby, a przynajmniej tak się nas przedstawia. To się zaczyna bardzo wcześnie. Dowiadujemy się, że bylibyśmy bardziej kochani, gdybyśmy odpowiadali pewnym wzorcom i spełniali pewne oczekiwania. Zdarza się to już bardzo małym dzieciom, gdy ich rodzice wystarczająco wiele razy usłyszą pytanie: "Czy dziecko przesypia noce?". Wydaje się, że jest to zupełnie nieszkodliwe pytanie, ale na pewno nie jest nieszkodliwe, ponieważ to co rodzice w nim usłyszą sprawia, że następnym razem przekażą dziecku następujące uczucie: "Dziecko, kochalibyśmy cię bardziej, gdybyś więcej spało". To oznacza: "Takie, jakie jesteś, nie jesteś w porządku. Było byś w porządku i kochałabym cię całkowicie, gdybyś odpowiadało moim oczekiwaniom". To zranienie nosimy w sobie przez całe życie razem z przekonaniem, że nie jesteśmy dobrzy. I dlatego odbieramy wszystko bardzo osobiście. Jeżeli ktoś nam powie: "Gdy jeździsz na rowerze, nie trzymaj rąk wyprostowanych i zablokowanych", moglibyśmy właściwe dzięki temu lepiej sobie radzić z rowerem. Ale odbieramy to osobiście i myślimy: "Ojej, nie odpowiadam określonemu wzorcowi, nie spełniam oczekiwań. A ponieważ nie odpowiadam wzorcowi, nie jestem dobry. Jestem złą osobą".

To czyni nasze życie ciężkim. Myślimy wtedy, że musimy się poprawić. Jak często to słyszymy? Musimy się poprawić, musimy nad tym pracować, i to ciężko, musimy się starać, musimy w to włożyć bardzo dużo wysiłku. 

A ja chcę powiedzieć: Zobaczcie, to jest o wiele łatwiejsze! Mamy to już w sobie. Tak jak w medytacji nie chodzi o to, by przywoływać nowe stany, ale by uwolnić stany, które już są w nas obecne. Chodzi mi o to, by uwolnić spod ciężkich zasłon albo grubych chmur entuzjazm, energię, która pozwala nam czynić cuda. Tę niewiarygodną energię, którą mamy już w sobie i którą zawsze w sobie mieliśmy. Nie można jej wynaleźć ani stworzyć, i w związku z tym nie można jej też zniszczyć. Zawsze jest obecna, tyle że wiszą przed nią te zasłony albo chmury, i chodzi tylko o to, aby te chmury rozwiać. I wtedy widzi się wewnętrzne jezioro. Entuzjazm jest jak wewnętrzne jezioro, które zawsze mamy w sobie. Poprzez tę książkę próbuję z wielu małych historii, z odkryć naukowych, z opowieści, wpuścić trochę powietrza i rozwiać tę grubą zasłonę, i dzięki temu umożliwić ujrzenie choć na krótką chwilę naszego wewnętrznego morza. A gdy się je ujrzy nawet na chwilę, nie można już żyć tak, jakby się go nie widziało. A to zmieni świat. 


Jestem zachwycona! A Wy?

sobota, 19 stycznia 2019

Coraz mniej różnorodności

Dawno, dawno temu żyło wiele gatunków ludzi. Prawdopodobnie mogli mieć wspólne dzieci. My, Europejczycy, mamy ok. 10% genów Neandertalczyków, to po nich wielu z nas odziedziczyło jasną skórę i niebieskie oczy. W zależności od punktu widzenia możemy uznać, że jesteśmy "skundleni", albo też że nasza krew została "uszlachetniona" dodatkiem krwi tamtych, zapewne dzielnych ludzi. W każdym razie ludzie czarnoskórzy są bardziej czystą odmianą Homo Sapiens, choć być może wszyscy mamy w sobie również geny innych gatunków ludzi. Skoro człowiek o innym kolorze skóry wydaje nam się tak bardzo odmienny, jak można było odczuwać odmienność innego gatunku człowieka? Nie dowiemy się tego, ponieważ tamci ludzie wymarli albo wyginęli w wojnach, w których zwycięzcą był Homo Sapiens.

Wciąż dążymy do ujednolicenia.

Głosiciele jednej wspólnej religii przez stulecia konsekwentnie uczyli ludzi, że wierzenia ich matek i ojców są niewłaściwe. I w końcu wierzenia te zostały zapomniane, choć ślady można znaleźć w wielu zwyczajach związanych z chrześcijańskimi świętami (bożonarodzeniowa choinka czy wielkanocne jajka). Maria Konopnicka w "Sierotce Marysi" opisała, jak bożęta uciekły przed Wszechmogącym Bogiem i stały się krasnoludkami.

Wraz z panowaniem jednej religii umacniały się państwa, których królowie i książęta brali we władanie rozległe obszary wraz z zamieszkującymi je plemionami. Członkowie tych plemion ginęli lub asymilowali się, nieliczni zachowali odrębny język. Niedawno przeczytałam o języku wilamowskim, którym dziś mówi jeszcze kilkadziesiąt osób. Kiedyś takich lokalnych języków musiało być znacznie więcej. 

No i tak to trwa: podporządkowywanie, upodabnianie lub eksterminacja. W ten czy inny sposób niszczono kulturę, zwyczaje, wierzenia, tożsamość na rzecz tej jednej właściwej. Im więcej było różnic między zdobywcami a zdobytymi, tym okrutniej się to odbywało. Zawsze zgodnie z przekonaniem, że Inny jest gorszy i że racja - jedyna racja - znajduje się po stronie zwycięzcy. Zwycięzcy piszą historię.

Niedawno dowiedziałam się o Podwójnych Duszach. Zostałam wychowana w przekonaniu (dla wielu osób z naszego kręgu kulturowego wciąż jedynym słusznym), że istnieją dwie płci i wiedzę o innych możliwościach zdobywałam powoli. Tymczasem rdzenni Amerykanie ludzi inaczej odczuwających swoją płeć otaczali szacunkiem. To co nam wydaje się postępowe, tam było elementem tradycji. Tradycji, która zniknęła wraz z hołdującymi jej ludźmi.

Proces ujednolicania trwa, w dobie globalizacji może tylko przyśpieszyć. Innuci byli od wieków ludem unikającym walki, wycofywali się więc i ustępowali miejsca wojownikom, aż dotarli na Grenlandię - ziemię tak niegościnną, że nikt nie próbował jej zdobyć. Robert Peroni w książce pt. "Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej" opisał, jak na skutek przymusowego osiedlenia tego wędrownego ludu, zakazu polowania na foki i zabezpieczenia zasiłkami, wielu młodych Innuitów odebrało sobie życie. A przecież mogłoby się wydawać (nam - ludziom o całkiem innej tożsamości!), że nie można wieść życia cięższego niż to, które od dawien było ich udziałem. W języku ludzi lodu nie ma słowa "przyszłość", jak możemy sobie w ogóle wyobrazić ich sposób myślenia? W naszym globalnym świecie nie ma dla nich miejsca - a oni nie maja już dokąd odejść.

Nie tylko ludzie - dobrowolnie lub nie - upodobniają się do siebie. Tak samo jako gatunek podchodzimy do przyrody. Mamy więc monokulturowe uprawy, bardziej podatne na pasożyty i wymagające stosowania środków ochrony roślin, które z kolei mogą doprowadzić do wyginięcia owadów zapylających (a więc również do wyginięcia nas).

To co nazywamy lasem często jest tak naprawdę plantacją drzew. Z książki Petera Wohllebena pt. "Sekretne życie drzew" (pisałam o niej już tu) dowiedziałam się wielu fascynujących rzeczy o tym, jak drzewa porozumiewają się ze sobą i jak się nawzajem o siebie troszczą, o tym kiedy są szczęśliwe i kiedy cierpią. Odkąd przeczytałam tę książkę, wyobrażam sobie czasem starą zielarkę chodzącą po lesie i wsłuchującą się w nastroje i przekazy drzew. Autor twierdzi, że możemy nieświadomie odbierać sygnały zadowolenia lub poczucia zagrożenia wysyłane przez drzewa i dlatego lepiej czujemy się w lasach zbliżonych do pierwotnych. Z książki dowiedziałam się również, sztucznie nasadzone lasy, w których przeważa jeden gatunek, w dodatku nie występujący naturalnie na danym obszarze, są najbardziej narażone na ataki pasożytów i na pożary. Tak jest np. z powszechnymi u nas lasami świerkowymi: gatunek ten naturalnie występuje tylko w wyższych rejonach i dlatego nie magazynuje wody. Lasom pierwotnym nie grożą pożary ani korniki, autorami tych zagrożeń są ludzie.

Mimo wielu dowodów naukowych wciąż jest zbyt mało ludzi próbujących chronić przyrodę (czyli również nas samych - przed nami, przed konsekwencjami decyzji podejmowanych przez Homo Sapiens). Przypominają Bożych Ogrodników ze wspaniałej futurystycznej trylogii Margaret Attwood ("Oryks i Derkacz", "Boży Ogrodnicy", "Rok Potopu"), którzy chcąc okazać szacunek istotom żyjącym, a jednocześnie ochronić swoje ogrody - dokonywali translokacji ślimaków (przenosili je na inne miejsce). Byli jednak niemal zupełnie bezradni wobec świata rządzonego przez prawa rynku.

Kolejna cudowna futurystyczna książka to "Historia pszczół" Mai Lunde. Niemym i prawie zapomnianym bohaterem tej książki jest dziki las. Las który wkrótce ma zostać wycięty pod uprawę drzew owocowych - ręcznie zapylanych z braku pszczół. Jednak to właśnie las - dziki, zróżnicowany i wolny - okazuje się źródłem nadziei.