poniedziałek, 8 października 2018

Masz inne poglądy? Rozmawiajmy! Nawet o szczepieniach...

Nie usuwam ludzi ze znajomych na Facebooku z powodu różnicy poglądów. Mam wśród znajomych wyborców PiS-u (choć sama na tę partię nie głosuję), katolików (choć sama jestem ateistką i zwolenniczką rozdziału państwa od kościoła), przeciwników legalizacji aborcji (choć sama jestem za legalizacją), zwolenników wycinania Puszczy Białowieskiej (choć chciałabym, by cała została parkiem narodowym), przeciwników małżeństw osób homoseksualnych (choć jestem za legalizacją takich małżeństw) itd. itp. Nie znałabym zresztą poglądów wielu z tych osób gdyby nie Facebook, bo gdy mam (lub miałam w przeszłości) z nimi kontakt, rozmawiamy o czymś zupełnie innym, o czymś co nas łączy. Do niektórych z nich jestem naprawdę przywiązana. Dopóki nie zachowują się agresywnie (a większość oczywiście tego nie robi), toleruję ich odmienność i liczę na tolerancję z ich strony.

Ostatnio obserwuję zjawisko, które sprawia mi przykrość. Każdy kto ma wątpliwości co do bezpieczeństwa i zasadności choćby niektórych, wybranych szczepionek w niektórych sytuacjach, z automatu jest traktowany jak półgłówek. Niedawno skomentowałam na lubianym fanpejdżu link na temat szczepień: napisałam mianowicie coś w tym stylu, że nie jestem ani zdeklarowaną zwolenniczką ani przeciwniczką szczepień, lecz znajduję się gdzieś między tymi dwoma biegunami. Komentarz ten nie był agresywny ani nie przedstawiał skrajnego stanowiska. A jednak został usunięty. Niedługo później pojawił się na fanpejdżu kolejny link do artykułu dotyczącego szczepień z następującą informacją: "Wypowiedzi przeciwników szczepień i innych naukowo uzasadnionych metod medycznych będą usuwane, a ich głosiciele blokowani. Nie zamierzamy na ten temat dyskutować".

No i to jest właśnie przykre. Bo ja bym chciała dyskutować. Rozmawiać. Opowiadać, jakie mam doświadczenia. Słuchać doświadczeń innych osób. Tak rozumiem sens demokracji i w ogóle sens życia wśród ludzi. Tylko wysłuchując i starając się zrozumieć drugą stronę i tylko nieagresywnie opowiadając swoje historie, możemy budować bezpieczny świat, w którym panuje pokój. Tylko dyskutując możemy sprzyjać rozwojowi nauki.

O niektórych swoich doświadczeniach związanych ze szczepieniami pisałam tutaj. Jeśli ktoś chciałby zrozumieć moją perspektywę i moje wątpliwości, zapraszam.

I proszę: rozmawiajmy! Na wszystkie tematy. Opowiadajmy i słuchajmy. Każdy z nas ma swoje historie do opowiedzenia. 


czwartek, 4 października 2018

Wybieram, co czuję?






To myśl, którą z jednej strony lubię, a z drugiej strony bardzo nie lubię.

Gdy słowa takie szepcze dziecko do ucha mamie, jak na obrazku, brzmią mądrze. Tak, sama decyduję o sobie, o swoich uczuciach. Odpowiadam za siebie. Ale gdyby na obrazku były dwie osoby, z których jedna biłaby drugą wypowiadając te same słowa... oj, to by było perwersyjnie. Ja cię biję, ale to ty decydujesz, co czujesz. Jeśli zdecydowałaś/eś, że czujesz smutek czy lęk w odpowiedzi na moje uderzenia - to twój problem. To już jest manipulacja, i to bardzo niebezpieczna, jeśli ktoś w nią uwierzy.

Takie myślenie sprzyja też brakowi empatii. Jeśli uznamy, że każdy człowiek sam jest odpowiedzialny za to, jak się czuje, będziemy mniej skłonni by pomagać będącym w potrzebie - bo przecież to tylko ich wybór, że jest im źle. 

No dobrze, ale z  jednej strony tę myśl lubię. Bo oznacza ona, że nie jestem bezwolnym i łatwo przewidywalnym mechanizmem. Nie jest tak, że jeśli ktoś mnie naciśnie z odpowiedniej strony, to na pewno poczuję określoną emocję i zareaguję w określony sposób. Każda moja reakcja jest mojego autorstwa. Na kursie psychoterapii systemowej spotkałam się z metaforą pamiątkowej kuli, w której znajdują się drobinki udające płatki śniegu. Pod wpływem potrząśnięcia płatki unoszą i po jakimś czasie opadają. Czynnik zewnętrzny - potrząśnięcie - wprawia płatki w ruch. Ale to w jaki sposób się ułożą, to już nie zależy od owego czynnika. I rzeczywiście jest tak, że różne osoby różnie odbierają tę samą sytuację i różnie na nią reagują. 

W tym znaczeniu wybieram, co czuję. Mogę pytać siebie: jaki sens ma to uczucie? Po co je czuję? Czy jest mi potrzebne? Do czego? Jeśli w odpowiedzi na poparzenie odczuję ból, to ten ból jest po to, by odsunąć się od ognia i ochronić ciało przed większym uszkodzeniem. Później ból przypomina, że ranę należy pielęgnować i chronić przed zabrudzeniem. Jeśli na widok wielkiego psa poczuję lęk, ten lęk jest po to, by uniknąć ewentualnego ataku albo obronić się przed nim. Jeśli straciwszy coś czuję smutek, oznacza to, że było to coś dla mnie ważnego, z czym jest związana jakaś istotna dla mnie wartość.

Mogę też dojść do wniosku, że jakieś uczucie w danej sytuacji nie ma sensu. Mogę uznać, że strach nie jest mi potrzebny, gdy upewnię się, że sytuacja nie jest zagrażająca, na przykład że pies choć wielki, nastawiony jest do mnie przyjaźnie. Tak samo jeśli uznam, że druga osoba nie chce mnie zaatakować, złość straci sens.

A więc wybieram, co czuję. Ale w takim razie wybieram też czasem stres czy pośpiech, ponieważ w niektórych sytuacjach właśnie te wybory mogą być dla mnie sensowne. Sama decyduję o tym, czy moje wybory są mądre. Każde uczucie jest po coś, każde może być potrzebne.

Dlatego jeśli widzisz, że jestem zestresowana, proszę nie oceniaj i nie mów, że przecież mogę wybrać inny stan i poczuć się lepiej. Zapytaj wtedy, jak mi możesz pomóc.






środa, 5 września 2018

Dzieci jak konie, konie jak ludzie

Kilka miesięcy temu wysłuchałam wykładu Aleksandry Karasowskiej. Cały wykład bardzo mi się podobał, mnóstwo mądrych słów usłyszałam.

Np. że jeżeli dziecko się boi, może reagować agresywnie (jest to reakcja "walcz lub uciekaj"), dlatego konieczne jest wtedy zwiększenie jego poczucia bezpieczeństwa. A więc: spokojny ton głosu, powolne ruchy, powtarzanie podobnych komunikatów.

Że jeżeli mamy przed sobą dziecko, które biega jak nakręcone, może to wynikać zarówno ze zbyt wysokiego pobudzenia (co bardziej oczywiste), jak i ze zbyt niskiego pobudzenia (wtedy zachowanie dziecka ma na celu dostarczenie silniejszych bodźców). Dlatego należy najpierw przyjrzeć się dziecku, a dopiero potem podjąć decyzję, jak zareagujemy.

Wykład ten przypomniał mi się w czasie wakacji w zupełnie innych okolicznościach. Zabrałam córki na jazdę konną do Rancho u Zapotocznego. Okazało się, że konie są tam ujeżdżane metodą naturalną, opartą na obserwacji tych wspaniałych zwierząt. Rzuciło mi się w oczy, że nie miały wędzideł. Instruktor mówił mnie więcej tak: "Zobacz, twój koń zaraz zaśnie, więc zanim cokolwiek zrobisz, musisz podnieść jego energię. Mój koń jest jeszcze młody i bardzo pobudzony, łatwo można go przestraszyć, dlatego muszę mu obniżyć energię".

Starsza córka pojechała do lasu na spacer, młodsza została na ujeżdżalni. Jej twarz z czasem trwania jazdy coraz bardziej wyrażała pogodną koncentrację. 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Więcej wsparcia, mniej rywalizacji i więcej drzew

Kiedyś trochę prześmiewczo napisałam o pewnym filmie przyrodniczym (o ile można go tak nazwać) opowiadającym o wielkim dinozaurze. Potem jednak usłyszałam, że przecież na tym właśnie polega ewolucja: na rywalizacji i zwyciężaniu najlepszych.

Na pewno tego jesteśmy uczeni. Że świat to walka, rywalizacja, konkurencja. Że jest to zupełnie naturalne i że inaczej się nie da. 

Jednak czy naprawdę wygrywają najlepsi? Czy też może zwycięzcy piszą historię? Czy myślenie w kategoriach walki i pokonywania słabszych nie owocuje działaniami, które stopniowo wyniszczają inne gatunki i całą planetę, na której żyjemy? A więc również nas samych?

Niedawno kupiłam sobie i córce książkę Iwony Kienzler pt. "Piastowie od Mieszka do Kazimierza. Miłość i władza". Po kilkunastu stronach zaczęłyśmy ją tytułować "Mordercy i zboczeńcy" (nie jest to książka odpowiednia dla dzieci małych czy wrażliwych, a niektóre jej fragmenty w ogóle nie nadają się do czytania dzieciom). Mimo wszystko książka była ciekawa i nawet zapamiętałam większość ważniejszych Piastów. Ale nie muszę być z twórców naszego państwa dumna i wolałabym, gdyby nauczyciele nie wpajali uczniom szacunku i podziwu dla zwycięzców. Wielu spośród z nich było bardzo psychopatycznych. 

To nie jest nowa myśl i nie ja na to wpadłam, ale wciąż jest ona bliska tak niewielu osobom: nie uczmy dzieci, że wojna jest powodem do chluby. Podziwiajmy tych, którzy utrzymują i zaprowadzają pokój.  Uczmy szacunku do inności i do zróżnicowania, uczmy troski i pomagania słabszym. Nie uczmy podziwu dla silniejszych, którzy zabijają lub siłą podporządkowują sobie słabszych. 

Czytam właśnie "Sekretnie życie drzew" Petera Wohllebena. Czytam z zachwytem:

"Każdy buk rośnie na miejscu, które jest jedyne w swoim rodzaju. Gleba może być wszak kamienista lub bardzo luźna, mocno nawodniona lub zawierać niewiele wody, może być bogata w składniki pokarmowe lub skrajnie uboga – w obrębie kilku metrów warunki mogą się znacznie od siebie różnić. I odpowiednio do tego każde drzewo ma inne warunki wzrostu, czyli rośnie szybciej lub wolniej, może więc wytwarzać mniej lub więcej cukrów i drewna. Tym bardziej zaskakujące są wyniki pracy badawczej – drzewa wzajemnie wyrównują swe słabe i mocne strony. Wszystkie osobniki tego samego gatunku, niezależnie od tego, czy są grube, czy chude, produkują dzięki światłu podobne ilości cukru na liść. Usuwanie nierówności dokonuje się pod ziemią poprzez korzenie. Zachodzi tam najwyraźniej żywa wymiana. Ten, komu zbywa, dzieli się z innymi, biedak dostaje pomoc w potrzebie. (...) Przypomina to nieco system pomocy społecznej, który zapobiega temu, by poszczególni członkowie naszego społeczeństwa nie upadli zbyt nisko. Buki w ogóle nie słyszały o tym, że można rosnąć zbyt gęsto. Wręcz przeciwnie, mile widziane są grupowe przytulanki, często odległość między drzewami wynosi mniej niż metr. Korony są przez to małe i ściśnięte, a wielu leśników uważa nawet, że nie wychodzi to drzewom na dobre. Z tego powodu rozdzielają je wycinkami, czyli usuwają te jakoby nadmiarowe. Jednakże moi koledzy po fachu z Lubeki ustalili, że las bukowy rosnący w dużym zagęszczeniu jest produktywniejszy. Zauważalnie zwiększony roczny przyrost biomasy, zwłaszcza drewna, dowodzi zdrowia leśnej gromady. Widać wspólnymi siłami da się optymalnie rozdzielić składniki pokarmowe i wodę między wszystkich zainteresowanych, tak że każde drzewo może osiągnąć maksimum możliwości. Czyż jednak nie o to chodzi w ewolucji – o przetrwanie jedynie najsilniejszych? Słysząc takie pytanie, drzewa tylko potrząsnęłyby głową, czy raczej koroną. Ich dobrostan zależy od całej społeczności i gdy znikają te rzekomo najsłabsze, wówczas giną także pozostałe. Las traci zwartość, gorące słońce i porywiste wiatry mogą teraz hulać aż do samej ziemi i zmieniać wilgotno-chłodny klimat. Silne drzewa również parokrotnie w ciągu życia zapadają na różne choroby i w takiej sytuacji są zdane na wsparcie słabszych sąsiadów. Jeśli ich zabraknie, wystarczy nieszkodliwe porażenie owadami, żeby przypieczętować nawet los gigantów".

Ścięte drzewo "zaadoptowane" przez sąsiada, wciąż zielone i żywe. Sfotografowane w Bieszczadach przy czerwonym szlaku z Duszatyna w kierunku Jeziorek Duszatyńskich.

I jak tu nie szanować lasu? 

środa, 25 lipca 2018

Seks, psychodragi i depresja

To było jakiś czas temu, gdy mama powiedziała Klaudii, że powinna iść do psychiatry. Żeby brać leki. Żeby mieć lepszy nastrój. Być bardziej obecną. Milszą. Klaudia wcześniej już była pod opieką psychiatry, więc mama chciała dobrze. 

Klaudia jednak widziała sprawy inaczej. Była przemęczona i po przejściach. Potrzebowała czasu, by przemyśleć to, co jej się przydarzyło, by poskładać porozrzucane, porozbijane kawałki w opowieść o swoim życiu. Wiedziała, że brakuje jej czasu, nie leków. I nie miała ochoty być milsza. Ani bardziej obecna. Nie wtedy.

W ogóle nie chciała już zmieniać się pod czyjeś dyktando. Zawsze była taka: bujała w obłokach, myślała o niebieskich migdałach, nie wiedziała, co się wkoło niej dzieje. Rzeczywistość w dużych dawkach ją męczyła. Przynajmniej niektóre jej odsłony. Zwłaszcza zbyt obfite w: ludzi, spaliny, hałas, gadanie o byle czym, pozy i fałszywy śmiech. Uznała więc wreszcie, że jeśli jej rodzice chcieliby ją inną, to trudno. Widocznie niezbyt dobrze się starali pewnej nocy, gdy stała się życiem poczętym i trochę więcej niż potencjalnym.

Rodzice Klaudii lubili opowiadać, że została poczęta w czasie podróży poślubnej, pod namiotem. Ta opowieść była trochę rozczulająca i miła, a trochę żenująca. Klaudia uśmiechała się wtedy jednocześnie zawstydzona, rozbawiona i dumna.

Sama też pamiętała, kiedy zostało poczęte jej dziecko: był to jedyny raz w tamtym miesiącu i ostatni raz w czasie małżeństwa z ojcem dziecka. Na rozprawie rozwodowej zeznał, że odmawiała mu pożycia przez cztery lata, choć ich dziecko miało wtedy dwa, a więc widocznie po cichu i skrupulatnie podliczał wszystkie okresy abstynencji.

Oczywiście miał do niej pretensje o brak ochoty na seks. Ale skąd ona miała tę ochotę czerpać, skoro on robił rzeczy, których ona nie lubiła i które sprawiały jej ból. Gdyby miała z perspektywy lat doradzić coś innym kobietom w sprawie seksu, powiedziałaby, że seks jest fajny, że fajnego faceta podnieca podniecenie jego partnerki i że stara się on o to, by ją podniecać. 

Ona jednak trafiła na faceta, którego podniecał jej wstyd i zawstydzało jej podniecenie. Potem już wiedziała, że od takich trzeba uciekać jak najszybciej, zanim się pojawią dzieci, zobowiązania, kredyty i poczucie winy (w dowolnej kolejności). A gdy się pojawią, należy uciekać, zanim przyjdzie depresja. A gdy i ona zawita, trzeba uciekać, bo już naprawdę najwyższy czas. 

I wtedy - tak - wtedy pomogły leki. Ale nie brała ich po to, żeby mieć lepszy nastrój i być milszą. Potrzebowała ich, by iść w wybranym kierunku i trwać w tej drodze. I by przyjąć pomoc, bo to też było trudne. 

wtorek, 24 lipca 2018

Dylematy i czary


Gdy studiowałam psychologię, musieliśmy zaliczyć ileś tam godzin fakultetów. Można je było zaliczyć różnymi bardziej lub mniej związanymi z tokiem studiów zajęciami. Pamiętam psychotronikę i rodzaj gluta, który czuć, gdy zbliży się do siebie dłonie nie dotykając ich i potrze powietrze między nimi. Wiem, czary-mary, ale poszerzają horyzonty. Otwierają oczy na to, że są rzeczy poza nauką, a raczej może jeszcze nieodkryte przez naukę. 

No i była Akademia Filmowa, którą można było bez wysiłku zaliczyć wiele godzin fakultetów. Krótki wykład i wspaniałe filmy, niektóre trwale wplotły się w moje odczuwanie świata. Statek Szaleńców (choć może ten film widziałam po prostu w telewizji): obiecałam sobie, że moje życie nie będzie takie popieprzone. A jest oczywiście całkiem popieprzone i wcale nie udaje się uciec przed dylematami.

No i Syberiada. Pełna tęsknoty, żalu i nadziei. Tajemnicze, płonące bagna, które wreszcie trysnęły ropą niosącą śmierć (bohatera) i ocalenie (społeczności Syberii). W przyszłości, długo po zakończeniu akcji filmu okazuje się, że ropa buduje nowy świat, ale niszczy planetę, która prawdopodobnie jednak jest wszystkimi naszymi światami. 

Pamiętam fragment, w którym ojciec tłumaczy synowi, że ścinając drzewo mogą zabić dziadka, ponieważ dusze przodków wcielają się w drzewa (tak to było?). Ale trzeba je ścinać, żeby nie zamarznąć w czasie syberyjskich zim. Nie ma ucieczki od dylematu: ile możemy zabrać przyrodzie dla własnego dobra?

W książce "Sekretne życie drzew" czytam, że wedle nowych odkryć naukowych drzewa po swojemu rozmawiają i pomagają sobie nawzajem. A więc czary jednak istnieją i drzewa mają dusze.



czwartek, 5 lipca 2018

Winna jest ofiara

Profesor Jacek Pyżalski zajmuje się badaniem zjawiska przemocy rówieśniczej. Zjawisko przemocy jest stare jak świat. Zjawisko przemocy rówieśniczej jest stare jak szkoła. Zwraca on uwagę m.in. na to, by nie skupiać się na ofierze. Nie zastanawiać się, co takiego robi koziołek ofiarny, że jest koziołkiem ofiarnym. Bo to tylko sprawia, że rzeczonego koziołka wbija się głębiej w rolę ofiary. Skoro coś z nim jest nie tak, to jest to jasny sygnał dla sprawców, że dalej mogą robić swoje. Zamiast tego należy skupić się sprawcach i zastanawiać się, co z nimi jest nie tak. Nawet jeśli jest to większość klasy. Po to, aby zniechęcić do stosowania przemocy - nie tylko fizycznej czy słownej, też tej pod postacią wykluczania (nie będę z nim ćwiczył, bo to ślamazara!). I to jest całkiem odkrywcze. 

Bo znacznie częstsza - i być może naturalna - reakcja jest inna. Z góry zakładamy, że przecież jesteśmy w porządku. I nasze dzieci też. Nie chce z nim ćwiczyć? Przecież ma prawo? Cała klasa nie chce? No widocznie tamten to naprawdę ślamazara. Czemu reszta ma przez niego przegrywać? Niech się weźmie w garść i postara! Może kiedyś mu pozwolą. A jeśli nie, to jego problem.

Nie pytamy, dlaczego dla dzieci ważniejsza jest rywalizacja niż atmosfera w klasie. Grunt że my, że nasze dzieci są w grupie tych normalnych. A oprócz liderów, którzy rządzą i jawnie wykluczają, są też tacy, którzy podporządkowują się, aby ich nie wykluczono. Żyją w lęku tylko trochę mniejszym niż koziołek ofiarny. Mają nadzieję, że uda im się dopasować i nie wylądują na oucie. Starają się przypodobać i na pokaz pogrążają niedopasowanych.

Fajni, silni, normalni powinni być w grupie, pozostali na out. Skoro z nami jest wszystko w porządku, to na pewno z tymi innymi coś musi być nie tak. Są biedni, bo nie pracowali. To nic, że w przeciwieństwie do większości bogatych nic nie odziedziczyli. Gdyby się wzięli do roboty zamiast marudzić, to by dali radę. Dzięki temu łatwiej podtrzymać w sobie przekonanie, że należy nam się wszystko to, co mamy. A im nie. Więc prowadzimy sztuczne rozmowy o tym, jak jest dobrze i jacy jesteśmy świetni. I jak bardzo głupim pomysłem jest 500 plus, bo wprawdzie i tak zarabiamy więcej niż sąsiedzi dostają z 500 plus na dzieci, ale to nam się należy, a im nie.

Dlatego policjanci przesłuchując ofiarę gwałtu pytają, jak była ubrana. Bo na pewno coś zrobiła nie tak, na pewno sama jest winna. Inaczej okazałoby się, że świat który stworzyliśmy, i pozycja jaką w nim zajmujemy, wcale nie są takie w porządku.

"Pewnego razu w listopadzie" to film o ludziach wyrzuconych poza nawias. Pozbawionych praw. W Polsce. W Warszawie. Współcześnie. Ale film nie jest o poczuciu krzywdy. Zresztą mało w nim słów, przemawiają obrazy. Bohaterowie są, żyją, nie udają. Nie zostało im nic oprócz wartości, dla których idą pod prąd. Tak jak chłopak szukający zagubionego w marszu niepodległości psa. Bardzo mocny film. Energetyczny, ciekawy, plastyczny. Dlaczego tak mało znany?

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Wybieram wolność

Moja mama dziwi się, że pozwalam mojej nastoletniej córce chodzić na długie spacery i nawet nie pytam, dokąd się wybiera - a ja rozumiem, że plany rodzą się i ewoluują spontanicznie. 
 
Gdy z kolei zapytałam mamę, czy pamięta, jak w wieku 18-19 lat wyjeżdżałam na 2 tygodnie nie mówiąc dokąd ani z kim i nie dając przez ten czas znaku życia - zmieniła temat. Być może nie pamięta. Z pamięcią jest jak z tynkowaniem ściany, wygładzamy, szpachlujemy, zbijamy zgrubienia, wypełniamy dołki... Nie pamiętamy o tym, co nie pasuje nam do wizji siebie i swojego życia, koloryzujemy to, co pasuje zbyt słabo.
 
Ale mi tamte wyjazdy pasują do mojej wizji, więc pamiętam. Wybierałam wolność. W gruncie rzeczy nikt, kto nie byłby całkiem sadystyczny, nie jest w stanie do niczego mnie zmusić. Tak samo ja nie jestem w stanie nikogo do niczego zmusić.

Wydawało mi się wtedy, że muszę wybierać między miłością i wolnością i wywoływało to moją rozpacz, lecz wybierałam wolność. Czułam się nienormalna, niedopasowana, niedostosowana przez to rozdarcie. Teraz wiem, że nie ma żadnego rozdarcia, albo może że w tym dylemacie nie ma nic nienormalnego. Wolność i miłość to para kochanków, ich relacja jest burzliwa, ale oni sami są nierozłączni. 
 
Wybieram wolność też dlatego, że nie pasuję do stada. Nic na to nie poradzę. Kiedyś czytałam, że tygrysy o nie dość ciepłym albo wilgotnym nosie, są odrzucane, i myślałam, że jestem takim właśnie tygrysem. Ale teraz wierzę, że mojemu nosowi nic nie brakuje. Jeśli stado, grupa czy plemię opiera się na wrogości wobec innego stada czy plemienia, to mi to nie pasuje. Tak samo jeśli jedność grupy opiera się na wrogości wobec niektórych jej członków (to co nas łączy, wyklucza innych) - to też mi nie pasuje. W takim razie plemię spajałby lęk dostosowanych przed niedostosowaniem, przed byciem odrzuconym. 

Dlatego wybieram wolność. Wolność i miłość to kochankowie. Lęk i władza też są parą. Lęk i miłość - nie.