środa, 25 lipca 2018

Seks, psychodragi i depresja

To było jakiś czas temu, gdy mama powiedziała Klaudii, że powinna iść do psychiatry. Żeby brać leki. Żeby mieć lepszy nastrój. Być bardziej obecną. Milszą. Klaudia wcześniej już była pod opieką psychiatry, więc mama chciała dobrze. 

Klaudia jednak widziała sprawy inaczej. Była przemęczona i po przejściach. Potrzebowała czasu, by przemyśleć to, co jej się przydarzyło, by poskładać porozrzucane, porozbijane kawałki w opowieść o swoim życiu. Wiedziała, że brakuje jej czasu, nie leków. I nie miała ochoty być milsza. Ani bardziej obecna. Nie wtedy.

W ogóle nie chciała już zmieniać się pod czyjeś dyktando. Zawsze była taka: bujała w obłokach, myślała o niebieskich migdałach, nie wiedziała, co się wkoło niej dzieje. Rzeczywistość w dużych dawkach ją męczyła. Przynajmniej niektóre jej odsłony. Zwłaszcza zbyt obfite w: ludzi, spaliny, hałas, gadanie o byle czym, pozy i fałszywy śmiech. Uznała więc wreszcie, że jeśli jej rodzice chcieliby ją inną, to trudno. Widocznie niezbyt dobrze się starali pewnej nocy, gdy stała się życiem poczętym i trochę więcej niż potencjalnym.

Rodzice Klaudii lubili opowiadać, że została poczęta w czasie podróży poślubnej, pod namiotem. Ta opowieść była trochę rozczulająca i miła, a trochę żenująca. Klaudia uśmiechała się wtedy jednocześnie zawstydzona, rozbawiona i dumna.

Sama też pamiętała, kiedy zostało poczęte jej dziecko: był to jedyny raz w tamtym miesiącu i ostatni raz w czasie małżeństwa z ojcem dziecka. Na rozprawie rozwodowej zeznał, że odmawiała mu pożycia przez cztery lata, choć ich dziecko miało wtedy dwa, a więc widocznie po cichu i skrupulatnie podliczał wszystkie okresy abstynencji.

Oczywiście miał do niej pretensje o brak ochoty na seks. Ale skąd ona miała tę ochotę czerpać, skoro on robił rzeczy, których ona nie lubiła i które sprawiały jej ból. Gdyby miała z perspektywy lat doradzić coś innym kobietom w sprawie seksu, powiedziałaby, że seks jest fajny, że fajnego faceta podnieca podniecenie jego partnerki i że stara się on o to, by ją podniecać. 

Ona jednak trafiła na faceta, którego podniecał jej wstyd i zawstydzało jej podniecenie. Potem już wiedziała, że od takich trzeba uciekać jak najszybciej, zanim się pojawią dzieci, zobowiązania, kredyty i poczucie winy (w dowolnej kolejności). A gdy się pojawią, należy uciekać, zanim przyjdzie depresja. A gdy i ona zawita, trzeba uciekać, bo już naprawdę najwyższy czas. 

I wtedy - tak - wtedy pomogły leki. Ale nie brała ich po to, żeby mieć lepszy nastrój i być milszą. Potrzebowała ich, by iść w wybranym kierunku i trwać w tej drodze. I by przyjąć pomoc, bo to też było trudne. 

wtorek, 24 lipca 2018

Dylematy i czary


Gdy studiowałam psychologię, musieliśmy zaliczyć ileś tam godzin fakultetów. Można je było zaliczyć różnymi bardziej lub mniej związanymi z tokiem studiów zajęciami. Pamiętam psychotronikę i rodzaj gluta, który czuć, gdy zbliży się do siebie dłonie nie dotykając ich i potrze powietrze między nimi. Wiem, czary-mary, ale poszerzają horyzonty. Otwierają oczy na to, że są rzeczy poza nauką, a raczej może jeszcze nieodkryte przez naukę. 

No i była Akademia Filmowa, którą można było bez wysiłku zaliczyć wiele godzin fakultetów. Krótki wykład i wspaniałe filmy, niektóre trwale wplotły się w moje odczuwanie świata. Statek Szaleńców (choć może ten film widziałam po prostu w telewizji): obiecałam sobie, że moje życie nie będzie takie popieprzone. A jest oczywiście całkiem popieprzone i wcale nie udaje się uciec przed dylematami.

No i Syberiada. Pełna tęsknoty, żalu i nadziei. Tajemnicze, płonące bagna, które wreszcie trysnęły ropą niosącą śmierć (bohatera) i ocalenie (społeczności Syberii). W przyszłości, długo po zakończeniu akcji filmu okazuje się, że ropa buduje nowy świat, ale niszczy planetę, która prawdopodobnie jednak jest wszystkimi naszymi światami. 

Pamiętam fragment, w którym ojciec tłumaczy synowi, że ścinając drzewo mogą zabić dziadka, ponieważ dusze przodków wcielają się w drzewa (tak to było?). Ale trzeba je ścinać, żeby nie zamarznąć w czasie syberyjskich zim. Nie ma ucieczki od dylematu: ile możemy zabrać przyrodzie dla własnego dobra?

W książce "Sekretne życie drzew" czytam, że wedle nowych odkryć naukowych drzewa po swojemu rozmawiają i pomagają sobie nawzajem. A więc czary jednak istnieją i drzewa mają dusze.



czwartek, 5 lipca 2018

Winna jest ofiara

Profesor Jacek Pyżalski zajmuje się badaniem zjawiska przemocy rówieśniczej. Zjawisko przemocy jest stare jak świat. Zjawisko przemocy rówieśniczej jest stare jak szkoła. Zwraca on uwagę m.in. na to, by nie skupiać się na ofierze. Nie zastanawiać się, co takiego robi koziołek ofiarny, że jest koziołkiem ofiarnym. Bo to tylko sprawia, że rzeczonego koziołka wbija się głębiej w rolę ofiary. Skoro coś z nim jest nie tak, to jest to jasny sygnał dla sprawców, że dalej mogą robić swoje. Zamiast tego należy skupić się sprawcach i zastanawiać się, co z nimi jest nie tak. Nawet jeśli jest to większość klasy. Po to, aby zniechęcić do stosowania przemocy - nie tylko fizycznej czy słownej, też tej pod postacią wykluczania (nie będę z nim ćwiczył, bo to ślamazara!). I to jest całkiem odkrywcze. 

Bo znacznie częstsza - i być może naturalna - reakcja jest inna. Z góry zakładamy, że przecież jesteśmy w porządku. I nasze dzieci też. Nie chce z nim ćwiczyć? Przecież ma prawo? Cała klasa nie chce? No widocznie tamten to naprawdę ślamazara. Czemu reszta ma przez niego przegrywać? Niech się weźmie w garść i postara! Może kiedyś mu pozwolą. A jeśli nie, to jego problem.

Nie pytamy, dlaczego dla dzieci ważniejsza jest rywalizacja niż atmosfera w klasie. Grunt że my, że nasze dzieci są w grupie tych normalnych. A oprócz liderów, którzy rządzą i jawnie wykluczają, są też tacy, którzy podporządkowują się, aby ich nie wykluczono. Żyją w lęku tylko trochę mniejszym niż koziołek ofiarny. Mają nadzieję, że uda im się dopasować i nie wylądują na oucie. Starają się przypodobać i na pokaz pogrążają niedopasowanych.

Fajni, silni, normalni powinni być w grupie, pozostali na out. Skoro z nami jest wszystko w porządku, to na pewno z tymi innymi coś musi być nie tak. Są biedni, bo nie pracowali. To nic, że w przeciwieństwie do większości bogatych nic nie odziedziczyli. Gdyby się wzięli do roboty zamiast marudzić, to by dali radę. Dzięki temu łatwiej podtrzymać w sobie przekonanie, że należy nam się wszystko to, co mamy. A im nie. Więc prowadzimy sztuczne rozmowy o tym, jak jest dobrze i jacy jesteśmy świetni. I jak bardzo głupim pomysłem jest 500 plus, bo wprawdzie i tak zarabiamy więcej niż sąsiedzi dostają z 500 plus na dzieci, ale to nam się należy, a im nie.

Dlatego policjanci przesłuchując ofiarę gwałtu pytają, jak była ubrana. Bo na pewno coś zrobiła nie tak, na pewno sama jest winna. Inaczej okazałoby się, że świat który stworzyliśmy, i pozycja jaką w nim zajmujemy, wcale nie są takie w porządku.

"Pewnego razu w listopadzie" to film o ludziach wyrzuconych poza nawias. Pozbawionych praw. W Polsce. W Warszawie. Współcześnie. Ale film nie jest o poczuciu krzywdy. Zresztą mało w nim słów, przemawiają obrazy. Bohaterowie są, żyją, nie udają. Nie zostało im nic oprócz wartości, dla których idą pod prąd. Tak jak chłopak szukający zagubionego w marszu niepodległości psa. Bardzo mocny film. Energetyczny, ciekawy, plastyczny. Dlaczego tak mało znany?

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Wybieram wolność

Moja mama dziwi się, że pozwalam mojej nastoletniej córce chodzić na długie spacery i nawet nie pytam, dokąd się wybiera - a ja rozumiem, że plany rodzą się i ewoluują spontanicznie. 
 
Gdy z kolei zapytałam mamę, czy pamięta, jak w wieku 18-19 lat wyjeżdżałam na 2 tygodnie nie mówiąc dokąd ani z kim i nie dając przez ten czas znaku życia - zmieniła temat. Być może nie pamięta. Z pamięcią jest jak z tynkowaniem ściany, wygładzamy, szpachlujemy, zbijamy zgrubienia, wypełniamy dołki... Nie pamiętamy o tym, co nie pasuje nam do wizji siebie i swojego życia, koloryzujemy to, co pasuje zbyt słabo.
 
Ale mi tamte wyjazdy pasują do mojej wizji, więc pamiętam. Wybierałam wolność. W gruncie rzeczy nikt, kto nie byłby całkiem sadystyczny, nie jest w stanie do niczego mnie zmusić. Tak samo ja nie jestem w stanie nikogo do niczego zmusić.

Wydawało mi się wtedy, że muszę wybierać między miłością i wolnością i wywoływało to moją rozpacz, lecz wybierałam wolność. Czułam się nienormalna, niedopasowana, niedostosowana przez to rozdarcie. Teraz wiem, że nie ma żadnego rozdarcia, albo może że w tym dylemacie nie ma nic nienormalnego. Wolność i miłość to para kochanków, ich relacja jest burzliwa, ale oni sami są nierozłączni. 
 
Wybieram wolność też dlatego, że nie pasuję do stada. Nic na to nie poradzę. Kiedyś czytałam, że tygrysy o nie dość ciepłym albo wilgotnym nosie, są odrzucane, i myślałam, że jestem takim właśnie tygrysem. Ale teraz wierzę, że mojemu nosowi nic nie brakuje. Jeśli stado, grupa czy plemię opiera się na wrogości wobec innego stada czy plemienia, to mi to nie pasuje. Tak samo jeśli jedność grupy opiera się na wrogości wobec niektórych jej członków (to co nas łączy, wyklucza innych) - to też mi nie pasuje. W takim razie plemię spajałby lęk dostosowanych przed niedostosowaniem, przed byciem odrzuconym. 

Dlatego wybieram wolność. Wolność i miłość to kochankowie. Lęk i władza też są parą. Lęk i miłość - nie.

wtorek, 23 stycznia 2018

Nie wierz we wszystko, co pomyślisz



Myśli, uczucia, zachowania. Na blogu Emocje Dziecka natknęłam się na sympatyczną grę dla dzieci, której celem jest nauka odróżniania tych trzech pojęć.

Dorośli też je mylą. Mylą zachowania z uczuciami, mylą fakty z myślami.

Wydarzenia są realne. Czyny. Zachowania. Fakty. Coś namacalnego. Grunt pod nogami. A jednak o tym, że stoimy na ziemi, wiemy tylko dzięki naszym zmysłom: postrzegamy, odczuwamy, słyszymy. Odczucia, doznania są więc na drugim stopniu piramidy, zapewniają nam kontakt z rzeczywistością. Oczywiście zawsze subiektywny.

Potem są myśli, osądy, oceny, proroctwa. Włączają się natychmiast i oblepiają każdy fakt. Uczucia są gdzieś pomiędzy doznaniami płynącymi z ciała i myślami, napędzane przez jedne i drugie.

Myśli płyną przez moją głowę nieustającym potokiem, według jakichś reguł, które zapewne współtworzyłam, ale nie zawsze rozumiem. Przypływają i odpływają. Niektóre pojawiają się często, są jak drogowskazy, nadają sens. Czasem zadręczają.

To był taki moment: jechałam samochodem, a moje myśli wałkowały sto razy przerabiany temat.

Choroba dziecka i zwolnienie. Tyle faktów. A myśli: Znowu nie daję rady. Nie wyrabiam się. Znowu coś zawalę. Jestem nie dość dobra. To niesprawiedliwe. Kobiety mają ciężko. Szef będzie miał do mnie pretensje. Nie mam już sił. A co by było, gdybym miała naprawdę ciężko chore dzieci i nie mogła pracować?

I nagle jedna myśl, zupełnie inna: TO SĄ TYLKO MOJE MYŚLI. Sama teraz, w tej chwili zadręczam się nimi. I ta jedna myśl przyniosła ulgę. Bo choć wiele przykrości spotkało mnie w związku z kwadraturą koła, jaką jest łączenie pracy i opieki nad chorującymi dziećmi, to w tamtej chwili nie spotykała mnie żadna i nie miało sensu, bym sama sobie jakieś przykrości sprawiała.

Co więcej: najgorsze prawdopodobnie już za mną, dzieci są coraz starsze. Wszystko się zmienia, a moje myśli trzymają mnie w jakimś punkcie dając złudę trwałości.

Nie chcę ich już, wypuszczam jak wędrowne gołębie albo może gadatliwe papugi, otwieram klatkę, aby mogły cieszyć się wolnością. Niech lecą daleko i wysoko, może wypatrzą coś nowego i ciekawego, i przylecą mi o tym opowiedzieć.  Otwieram klatkę w mojej głowie. 


czwartek, 23 listopada 2017

Mam prawo szukać

Nie zapominaj, iż ziemia cieszy się dotknięciem twoich bosych stóp, a wiatr z lubością igra włosem rozwianym - Rabindranath Tagore

Mam prawo czuć się dobrze.

Mam prawo szukać tego, co mi służy, co mi pomaga odnaleźć spokój, co przynosi radość. 

Mam prawo przyjmować.

Choć nie zamierzam wymuszać. Zakładam, że dajesz mi tyle, ile możesz i tyle, ile chcesz. Jeśli jest inaczej - przestań. Może być mi wtedy smutno, ale ten smutek nie jest po to, byś się czuł czy czuła źle. Ten smutek jest mój.

Mam prawo dawać tyle, ile mogę, i temu, komu chcę.

Moim celem jest dawać mniej, a nie więcej, bo daję dużo, a nie mało. Mówi mi o tym moje ciało: zmęczeniem, bólem, katarem, innymi dolegliwościami. Dlatego moim celem jest bardziej dbać o siebie.

Mam prawo odmawiać. Może ci być wtedy smutno. Rozumiem, ale nie przyjmuję tego smutku, jest twój. 
 

środa, 6 września 2017

PKS-em przez lubuskie

Niedziela, wsiadam do niedużego PKS-u. Niedużego, bo większe się tu nie opłacają. Województwo lubuskie w porównaniu do innych w Polsce jest trzecie od końca pod względem gęstości zaludnienia i drugie od końca pod względem liczby ludności. Kiedyś mieszkałam w Warszawie i z tamtej perspektywy za Poznaniem są od razu Niemcy. Nawet twórczy urzędnicy wymyślający po wojnie nazwy dla miejscowości odzyskanych, nie przewidywali chyba powstania województwa lubuskiego, skoro jego obecną stolicę nazwali Gorzowem Wielkopolskim. Duże PKS-y są zastępowane małymi, a i tak jeżdżą coraz rzadziej, wożąc głównie młodzież szkolną. Jeszcze kilka lat temu funkcjonowałam bez samochodu, teraz się nie da.

No więc wsiadłam. Stanęłam na środkowym schodku, zatrzasnęłam drzwi i od razu się zorientowałam, że schodek nie był zaprojektowany na mój rozmiar 39. Zaklinowały mi się buty - mówię do kierowcy uśmiechając się, na co on z doskonałą obojętnością nie reaguje wcale. Co będzie gadał z babą o butach. Kupuję bilet, siadam.

Na przednim siedzeniu dwudziestokilkuletni chłopak z psem nachyla się do kierowcy. Wszystko przez tych uchodźców - zagaja. Kierowca jednak odpowiada - skoro zobowiązali się wobec Unii, że iluś tam uchodźców przyjmą, powinni się z tego wywiązać. Kierowca ma koszulę w kratę, czarną kamizelkę, wąsy i spłaszczoną czapkę z daszkiem. Ale teraz Szydło ma podpisać porozumienie z Rosją - odpowiada chłopak na argument o Unii - będzie jechać tam na rozmowy. To chodzi o Tupolewa tylko - prostuje kierowca. Coś tam musiało być z tym Tupolewem, podobno znaleźli nagranie z ostatnich chwil - chłopak na to. Nie ma żadnego nagrania, była mgła i pilot popełnił błąd - kierowca nie traci spokoju. Chłopak wkrótce wysiada, jedziemy 20 kilometrów tylko we dwoje, potem dosiada się dziewczyna.

Siedzę pośrodku, nie na przednim ani tylnym kole, choć te małe autobusy i tak całe się niemiłosiernie trzęsą. Trochę to trzęsienie wynagradza widok za oknem. Dużo tu lasów, koleżanki opowiadały, że widziały wilka, a nawet żubra. Panicznie boją się wilków.

Przez chwilę czuję radość - zepsuty samochód, złudzenie wakacji - ale wiem, że po chwili radość ta rozpłynie się w codzienności, w tym byciu jednocześnie w środku i obok.

piątek, 1 września 2017

Upadek na bruk

Ostatnio często można było usłyszeć w radiu piosenkę Grzegorza Hyżego "O Pani!". Ładnie zaśpiewana, tekst przy powierzchownym słuchaniu też sprawia miłe wrażenie. A jednak...

Najpierw wydaje się, że reguły gry są uczciwe: "Zaczynaj, niech wina się podzieli na pół". Następnie podmiot liryczny - mężczyzna - stawią Panią - kobietę - na piedestale i błaga o więcej. Obdarza ją władzą zabierania go do gwiazd. Nadal brzmi to całkiem sympatycznie. Aż tu po chwili słyszymy: "O Pani, tak bardzo Ci do twarzy w tej sukience, nie pozwól, by za szybko spadła na bruk". Ojć. Więc najpierw błaga: "zabierz mnie do gwiazd", a zaraz poucza: "nie pozwól".

Ale to jeszcze nie koniec. W następnej zwrotce przedstawia siebie jako potrzebującego "poskładania" i "ukojenia" starając się najwyraźniej obudzić uczucia opiekuńcze. Woła: "Twój dotyk koi mnie, kiedy rozpadam się". I niekonsekwentnie pogania: "Nie czekaj, poskładaj mnie na nowo i znów". Czy w tej chwili sukienka już nie leży na bruku?

Mężczyzna nie jest tu decydentem. Wszystkie decyzje podejmuje kobieta, na niej ciąży więc cała odpowiedzialność. Początkowe zapewnienie, że wina się podzieli na pół, to ściema. Mężczyzna tylko błaga: "nie czekaj" i ocenia: "za szybko". Sam nie podlega ocenie. Sam ma też chyba niewiele do zaoferowania - nie obiecuje, że to on zabierze kobietę w podróż międzygwiezdną.

Jego żądania są niemożliwe do spełnienia, ponieważ są sprzeczne. Jeśli kobieta nie ukoi dotykiem, biedak będzie się rozpadał i obwiniał niedobrą o to, że nie chce go poskładać. Jeżeli jednak nie czekając zabierze go do gwiazd, może się okazać, iż pozwoliła, by sukienka za szybko spadła na bruk.

Bruk, zbrukanie. W tej piosence seks nadal bruka. I nadal tylko kobietę. Dlatego, o Pani!, pozwólmy lepiej takim jak on rozpadać się w najlepsze.