poniedziałek, 4 czerwca 2018

Wybieram wolność

Moja mama dziwi się, że pozwalam mojej nastoletniej córce chodzić na długie spacery i nawet nie pytam, dokąd się wybiera - a ja rozumiem, że plany rodzą się i ewoluują spontanicznie. 
 
Gdy z kolei zapytałam mamę, czy pamięta, jak w wieku 18-19 lat wyjeżdżałam na 2 tygodnie nie mówiąc dokąd ani z kim i nie dając przez ten czas znaku życia - zmieniła temat. Być może nie pamięta. Z pamięcią jest jak z tynkowaniem ściany, wygładzamy, szpachlujemy, zbijamy zgrubienia, wypełniamy dołki... Nie pamiętamy o tym, co nie pasuje nam do wizji siebie i swojego życia, koloryzujemy to, co pasuje zbyt słabo.
 
Ale mi tamte wyjazdy pasują do mojej wizji, więc pamiętam. Wybierałam wolność. W gruncie rzeczy nikt, kto nie byłby całkiem sadystyczny, nie jest w stanie do niczego mnie zmusić. Tak samo ja nie jestem w stanie nikogo do niczego zmusić.

Wydawało mi się wtedy, że muszę wybierać między miłością i wolnością i wywoływało to moją rozpacz, lecz wybierałam wolność. Czułam się nienormalna, niedopasowana, niedostosowana przez to rozdarcie. Teraz wiem, że nie ma żadnego rozdarcia, albo może że w tym dylemacie nie ma nic nienormalnego. Wolność i miłość to para kochanków, ich relacja jest burzliwa, ale oni sami są nierozłączni. 
 
Wybieram wolność też dlatego, że nie pasuję do stada. Nic na to nie poradzę. Kiedyś czytałam, że tygrysy o nie dość ciepłym albo wilgotnym nosie, są odrzucane, i myślałam, że jestem takim właśnie tygrysem. Ale teraz wierzę, że mojemu nosowi nic nie brakuje. Jeśli stado, grupa czy plemię opiera się na wrogości wobec innego stada czy plemienia, to mi to nie pasuje. Tak samo jeśli jedność grupy opiera się na wrogości wobec niektórych jej członków (to co nas łączy, wyklucza innych) - to też mi nie pasuje. W takim razie plemię spajałby lęk dostosowanych przed niedostosowaniem, przed byciem odrzuconym. 

Dlatego wybieram wolność. Wolność i miłość to kochankowie. Lęk i władza też są parą. Lęk i miłość - nie.

wtorek, 23 stycznia 2018

Nie wierz we wszystko, co pomyślisz



Myśli, uczucia, zachowania. Na blogu Emocje Dziecka natknęłam się na sympatyczną grę dla dzieci, której celem jest nauka odróżniania tych trzech pojęć.

Dorośli też je mylą. Mylą zachowania z uczuciami, mylą fakty z myślami.

Wydarzenia są realne. Czyny. Zachowania. Fakty. Coś namacalnego. Grunt pod nogami. A jednak o tym, że stoimy na ziemi, wiemy tylko dzięki naszym zmysłom: postrzegamy, odczuwamy, słyszymy. Odczucia, doznania są więc na drugim stopniu piramidy, zapewniają nam kontakt z rzeczywistością. Oczywiście zawsze subiektywny.

Potem są myśli, osądy, oceny, proroctwa. Włączają się natychmiast i oblepiają każdy fakt. Uczucia są gdzieś pomiędzy doznaniami płynącymi z ciała i myślami, napędzane przez jedne i drugie.

Myśli płyną przez moją głowę nieustającym potokiem, według jakichś reguł, które zapewne współtworzyłam, ale nie zawsze rozumiem. Przypływają i odpływają. Niektóre pojawiają się często, są jak drogowskazy, nadają sens. Czasem zadręczają.

To był taki moment: jechałam samochodem, a moje myśli wałkowały sto razy przerabiany temat.

Choroba dziecka i zwolnienie. Tyle faktów. A myśli: Znowu nie daję rady. Nie wyrabiam się. Znowu coś zawalę. Jestem nie dość dobra. To niesprawiedliwe. Kobiety mają ciężko. Szef będzie miał do mnie pretensje. Nie mam już sił. A co by było, gdybym miała naprawdę ciężko chore dzieci i nie mogła pracować?

I nagle jedna myśl, zupełnie inna: TO SĄ TYLKO MOJE MYŚLI. Sama teraz, w tej chwili zadręczam się nimi. I ta jedna myśl przyniosła ulgę. Bo choć wiele przykrości spotkało mnie w związku z kwadraturą koła, jaką jest łączenie pracy i opieki nad chorującymi dziećmi, to w tamtej chwili nie spotykała mnie żadna i nie miało sensu, bym sama sobie jakieś przykrości sprawiała.

Co więcej: najgorsze prawdopodobnie już za mną, dzieci są coraz starsze. Wszystko się zmienia, a moje myśli trzymają mnie w jakimś punkcie dając złudę trwałości.

Nie chcę ich już, wypuszczam jak wędrowne gołębie albo może gadatliwe papugi, otwieram klatkę, aby mogły cieszyć się wolnością. Niech lecą daleko i wysoko, może wypatrzą coś nowego i ciekawego, i przylecą mi o tym opowiedzieć.  Otwieram klatkę w mojej głowie. 


czwartek, 23 listopada 2017

Mam prawo szukać

Nie zapominaj, iż ziemia cieszy się dotknięciem twoich bosych stóp, a wiatr z lubością igra włosem rozwianym - Rabindranath Tagore

Mam prawo czuć się dobrze.

Mam prawo szukać tego, co mi służy, co mi pomaga odnaleźć spokój, co przynosi radość. 

Mam prawo przyjmować.

Choć nie zamierzam wymuszać. Zakładam, że dajesz mi tyle, ile możesz i tyle, ile chcesz. Jeśli jest inaczej - przestań. Może być mi wtedy smutno, ale ten smutek nie jest po to, byś się czuł czy czuła źle. Ten smutek jest mój.

Mam prawo dawać tyle, ile mogę, i temu, komu chcę.

Moim celem jest dawać mniej, a nie więcej, bo daję dużo, a nie mało. Mówi mi o tym moje ciało: zmęczeniem, bólem, katarem, innymi dolegliwościami. Dlatego moim celem jest bardziej dbać o siebie.

Mam prawo odmawiać. Może ci być wtedy smutno. Rozumiem, ale nie przyjmuję tego smutku, jest twój. 
 

środa, 6 września 2017

PKS-em przez lubuskie

Niedziela, wsiadam do niedużego PKS-u. Niedużego, bo większe się tu nie opłacają. Województwo lubuskie w porównaniu do innych w Polsce jest trzecie od końca pod względem gęstości zaludnienia i drugie od końca pod względem liczby ludności. Kiedyś mieszkałam w Warszawie i z tamtej perspektywy za Poznaniem są od razu Niemcy. Nawet twórczy urzędnicy wymyślający po wojnie nazwy dla miejscowości odzyskanych, nie przewidywali chyba powstania województwa lubuskiego, skoro jego obecną stolicę nazwali Gorzowem Wielkopolskim. Duże PKS-y są zastępowane małymi, a i tak jeżdżą coraz rzadziej, wożąc głównie młodzież szkolną. Jeszcze kilka lat temu funkcjonowałam bez samochodu, teraz się nie da.

No więc wsiadłam. Stanęłam na środkowym schodku, zatrzasnęłam drzwi i od razu się zorientowałam, że schodek nie był zaprojektowany na mój rozmiar 39. Zaklinowały mi się buty - mówię do kierowcy uśmiechając się, na co on z doskonałą obojętnością nie reaguje wcale. Co będzie gadał z babą o butach. Kupuję bilet, siadam.

Na przednim siedzeniu dwudziestokilkuletni chłopak z psem nachyla się do kierowcy. Wszystko przez tych uchodźców - zagaja. Kierowca jednak odpowiada - skoro zobowiązali się wobec Unii, że iluś tam uchodźców przyjmą, powinni się z tego wywiązać. Kierowca ma koszulę w kratę, czarną kamizelkę, wąsy i spłaszczoną czapkę z daszkiem. Ale teraz Szydło ma podpisać porozumienie z Rosją - odpowiada chłopak na argument o Unii - będzie jechać tam na rozmowy. To chodzi o Tupolewa tylko - prostuje kierowca. Coś tam musiało być z tym Tupolewem, podobno znaleźli nagranie z ostatnich chwil - chłopak na to. Nie ma żadnego nagrania, była mgła i pilot popełnił błąd - kierowca nie traci spokoju. Chłopak wkrótce wysiada, jedziemy 20 kilometrów tylko we dwoje, potem dosiada się dziewczyna.

Siedzę pośrodku, nie na przednim ani tylnym kole, choć te małe autobusy i tak całe się niemiłosiernie trzęsą. Trochę to trzęsienie wynagradza widok za oknem. Dużo tu lasów, koleżanki opowiadały, że widziały wilka, a nawet żubra. Panicznie boją się wilków.

Przez chwilę czuję radość - zepsuty samochód, złudzenie wakacji - ale wiem, że po chwili radość ta rozpłynie się w codzienności, w tym byciu jednocześnie w środku i obok.

piątek, 1 września 2017

Upadek na bruk

Ostatnio często można było usłyszeć w radiu piosenkę Grzegorza Hyżego "O Pani!". Ładnie zaśpiewana, tekst przy powierzchownym słuchaniu też sprawia miłe wrażenie. A jednak...

Najpierw wydaje się, że reguły gry są uczciwe: "Zaczynaj, niech wina się podzieli na pół". Następnie podmiot liryczny - mężczyzna - stawią Panią - kobietę - na piedestale i błaga o więcej. Obdarza ją władzą zabierania go do gwiazd. Nadal brzmi to całkiem sympatycznie. Aż tu po chwili słyszymy: "O Pani, tak bardzo Ci do twarzy w tej sukience, nie pozwól, by za szybko spadła na bruk". Ojć. Więc najpierw błaga: "zabierz mnie do gwiazd", a zaraz poucza: "nie pozwól".

Ale to jeszcze nie koniec. W następnej zwrotce przedstawia siebie jako potrzebującego "poskładania" i "ukojenia" starając się najwyraźniej obudzić uczucia opiekuńcze. Woła: "Twój dotyk koi mnie, kiedy rozpadam się". I niekonsekwentnie pogania: "Nie czekaj, poskładaj mnie na nowo i znów". Czy w tej chwili sukienka już nie leży na bruku?

Mężczyzna nie jest tu decydentem. Wszystkie decyzje podejmuje kobieta, na niej ciąży więc cała odpowiedzialność. Początkowe zapewnienie, że wina się podzieli na pół, to ściema. Mężczyzna tylko błaga: "nie czekaj" i ocenia: "za szybko". Sam nie podlega ocenie. Sam ma też chyba niewiele do zaoferowania - nie obiecuje, że to on zabierze kobietę w podróż międzygwiezdną.

Jego żądania są niemożliwe do spełnienia, ponieważ są sprzeczne. Jeśli kobieta nie ukoi dotykiem, biedak będzie się rozpadał i obwiniał niedobrą o to, że nie chce go poskładać. Jeżeli jednak nie czekając zabierze go do gwiazd, może się okazać, iż pozwoliła, by sukienka za szybko spadła na bruk.

Bruk, zbrukanie. W tej piosence seks nadal bruka. I nadal tylko kobietę. Dlatego, o Pani!, pozwólmy lepiej takim jak on rozpadać się w najlepsze. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Nic się nie zmieniłaś

Nic się nie zmieniłaś! To na ogół puste słowa, a jeśli już dotykają prawdy, chodzi tylko o wygląd. Ale Ty naprawdę się nie zmieniłaś. Nadal jesteś ładna i szczupła, nienaruszona ciążami ani brakiem czasu. Jednak nie to jest najważniejsze, nie to mnie najbardziej zaskoczyło. 

Gdybyśmy były jaszczurkami, to ja już wiele razy zmieniłabym skórę, a Ty jakimś cudem wciąż nosiłabyś tę samą. R o z s t a w a ł a b y m  się na wielu  r o z s t a j a c h  z niepasującymi już wylinkami, cóż - czasem z żalem. 

Spotkanie z Tobą było jak podróż do przeszłości. Gdy pokazywałaś moim córkom, jak rysować i jak cieniować, wydawało się, że szczerze podobały ci się kolory - tak jak kiedyś. Odkrajałyśmy małe kawałki kredek i wymieniałyśmy się nimi, bo każda miała inny odcień - pamiętasz? A ja tyle barw zatraciłam w pośpiechu i nieuwadze.

A jednak to nie była podróż w czasie. Spotkałyśmy się w teraźniejszości, nie w przeszłości. Ci się z Tobą działo przez te lata? Czyżbyś zapadła w czarodziejski sen, z którego obudziłaś się prawie nie zauważając upływu czasu? A może podróżowałaś przez życie jak futurystyczny kosmonauta podróżowałby na inną planetę - w stanie hibernacji?

Unikałaś rozstajów, aby nie wybrać żadnej z dróg. A jednak żyjesz, a żyć oznacza iść i wybierać. Wybrałaś sen, wybrałaś hibernację. I nie chcę wcale powiedzieć, że to był zły wybór.

Bezsenność na oddziale dziecięcym

Senność, zmęczenie, rozbicie. Mam za sobą sześć nocy ukradkowego spania w nogach łóżka córki. Sześć nocy za mną, już tylko dwie przede mną, jeszcze dwie.

Przeczytałam kartę praw małego pacjenta i dowiedziałam się, że rodzice powinni być zachęcani do pozostawania z dziećmi w szpitalu. Jednak gdy powiedziałam, że człowiek przecież nie jest w stanie nie spać, usłyszałam: może pani iść do hotelu. Kładzenie się w łóżku dziecka i spanie na podłodze jest tu oficjalnie zakazane. Większość rodziców ma do dyspozycji plastikowe krzesła, odziedziczenie fotela po wyprowadzającym się rodzicu jest rodzajem sukcesu. Jednak gdy kładę się z córką po północy i wstaję o piątej, pielęgniarki udają, że nie widzą. Wolnych łóżek po prostu nie ma.

Mam mętlik uczuć. Jestem wdzięczna tym ludziom za to, że uratowali życie mojemu dziecku. Ale nie chcę, by ceną wdzięczności było upokorzenie. Bo spanie ukradkowe i niezgodne z regulaminem jest upokarzające. Spanie na krześle jest upokarzające.

Jednak nie chcę się nad sobą użalać, nie lubię pławić się w poczuciu krzywdy. Nie lubię bezradności. W pewnym sensie jestem z siebie dumna, bo rozpoznałam niepisane zasady i umiem je wykorzystać tak, by o siebie zadbać. Jestem też wdzięczna pielęgniarkom, że przymykają oko. Ale są to duma i wdzięczność niewolnika.

Ponieważ oni, ci ludzie którzy niosą życie i zdrowie, mają władzę. Leczą moje dziecko, więc mają władzę nade mną. Przecież podpisała pani regulamin przy przyjęciu. A ja z każdym dniem i z każdą nocą jestem coraz słabsza i bardziej uległa.

piątek, 21 lipca 2017

Deszczówka

Moja babcia wychowywała się na podwileńskiej wsi.

Opowiadała, że chodziło się do łaźni, polewało rozgrzane kamienie wodą, smagało plecy witkami, a potem szło się na śnieg. Wkładało się do piwnicy duży kawał lodu wyrąbany z jeziora, dzięki czemu w lecie piwnica pełniła funkcję lodówki. 

Babcia miała grube, ciemne, ciężkie warkocze. Zbierała deszczówkę, aby umyć w niej włosy, ponieważ była najczystsza i najmiększa. Lubiła spędzać czas w ogrodzie, wolała to od potańcówek. Zawsze była marzycielką i domatorką.

Była najstarsza z ośmiorga rodzeństwa, nie licząc dwójki lub trójki dzieci, które umarły. Gdy miała sześć lat, musiała nosić na rękach swojego młodszego brata, był bardzo ciężki.

Lubiła chodzić do szkoły. Szło się godzinę przez las, w zimie pradziadek wiózł ich saniami. Wieczorem siadała przy świeczce i odrabiała lekcje – była to jej ulubiona chwila w ciągu dnia. Dobrze się uczyła.

Babcia opowiadała, że popełniła mezalians wychodząc za dziadka, ponieważ pochodziła ze szlachty  – z domu była Zabłocka – a dziadek opowiadał, że popełnił mezalians żeniąc się z babcią, ponieważ był bogatym gospodarzem, a babcia była bardzo biedna. Rodzice mówili, że dziadek lubił towarzystwo, a babcia była domatorką i dlatego nie pasowali do siebie. Na zdjęciach są młodzi, bardzo urodziwi oboje i zakochani.

Prababcia – matka dziadka – przeklęła babcię w dniu ślubu, a babcia jeszcze przed wojną urodziła dziecko – mojego wujka, który miał krótsze ręce i jedną krótszą nogę. Prababcia pędziła bimber i dobrze z tego żyła na podwileńskiej wsi, umarła jak Popiel, zamiast myszy towarzyszyły jej koty. Babcia nie piła, dziadek tak, w obu rodzinach piło się dużo.

Dziadek pojechał na wojnę, babcia odnalazła go potem w Warszawie. Mama urodziła się już w Warszawie.

Rodzice mówili, że jestem podobna do babci, ale nie odbierałam ich słów jako pochwały. Babcia lubiła się rozczulać. Mówiła: każda matka kocha swoje dziecko. Mówiła: podrzuciłaś mi kukułcze jajo, nie bierz mnie pod włos, a ja niezupełnie rozumiałam te powiedzenia. Śliniła chusteczkę, by wyczyścić mi policzek. Przechowywała prezenty ode mnie, ustawiała obrazki, układała makatki. Nigdy nie pracowała zawodowo, co tydzień chodziła do fryzjera. Powiedziała kiedyś mamie: dziecko, jak to dobrze, że pracujesz. Nie lubiła gotować, ale lubiła sprzątać. Lubiła pozować dziadkowi do zdjęć, z jedną nogą zgiętą w kolanie i lekko wysuniętą do przodu.

Babcia z dziadkiem mieszkali w bloku niedaleko Łazienek, chodziliśmy podziwiać pawie i czerwone karpie.

Mój dziadek był bardzo przystojny. Miał czarne włosy i skośne, zielone, głęboko osadzone oczy. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że mój ulubiony typ męskiej urody to właśnie uroda dziadka. Odkąd go pamiętam miał amputowane obie nogi, początkowo do kolan, więc chodził jeszcze dzięki protezom. Zabierał mnie i brata na przejażdżki inwalidzką dryndą (taka drynda to było coś) i na colę. Wszystkiemu potrafił nadać znaczenie. Podziwiałam nawet to, że potrzebował dużej chusteczki, bo miał duży nos.

Dziadek robił zdjęcia, w malutkiej łazieneczce urządzał ciemnię. Przyjeżdżałam do niego, gdy babcia już nie żyła, żeby posprzątać mieszkanie, dotrzymać dziadkowi towarzystwa i wywoływać zdjęcia. Niedosłyszał już wtedy i na pytanie: "dziadku, umyć ci podłogę?", odpowiedział kiedyś: "piwa napijemy się później". Nie lubił zimnego piwa albo może nie chciał się przeziębić, więc grzał je na kaloryferze. Palił Super Mocne, a potem przeszedł na wersję light i palił Mocne, a ja razem z nim. Wychwalał wegetariański pasztet mamy i tylko dziwił się, czemu kot go nie chciał jeść - a kot najwyraźniej lepiej się połapał co do składu. Rozważałam, czy by się do dziadka nie przeprowadzić, ale pod wpływem tych myśli śniły mi się koszmary.

Dopiero gdy rodzice wzięli już dziadka do siebie, dowiedziałam się, że jest nie tylko towarzyski, ale też prymitywny, i że zbyt często bywa agresywny, wulgarny i trudny do zniesienia.

Dziś najmocniej mnie czarują opowieści babci z przeszłości. Oczywiście że babcia za wcześnie umarła i że nie dość uważnie jej słuchałam.

Myślę: Deszczówka była najczystsza? A dziś nasza planeta rodzi brudny deszcz.

Myślę: Babcia nawet nie wiedziała, ile dokładnie spośród jej rodzeństwa umarło, dwoje czy troje? Wtedy śmierć małych dzieci była czymś spodziewanym i zwyczajnym, a nam - ale tylko tym uprzywilejowanym, żyjącym w bogatszej części świata - śmierć dziecka wydaje się niewybaczalna.

Myślę: Odrabianie lekcji było dla babci ulubioną chwilą w ciągu dnia? Czy lekcje były wtedy ciekawsze, czy też ciężka codzienność tworzyła tak duży kontrast do lekkiej nauki?

Myślę: Tak dawno to było i tak daleko, prawie jak w bajce.