czwartek, 4 października 2012

Może to dobrze, a może źle...

Wiatr wiał im teraz w oczy i uszki Prosiaczka trzepotały za nim jak chorągiewki, gdy tak szedł i torował sobie drogę. I zdawało się, że minęły całe godziny, nim znalazł dla nich schron w Stumilowym Lesie. A potem znów sterczały mu prosto i trochę niespokojnie nasłuchiwały, jak wyje wiatr wśród wierzchołków drzew. 
- A może jakieś drzewo wywali się na nas, kiedy będziemy akurat pod nim przechodzić? 
- A może nie? - rzekł Puchatek po dokładnym namyśle.

Na ostatnich zajęciach instruktorka jogi usadziła nas w bardzo wygodnej (jej zdaniem) pozycji, jaką jest krowi pysk, i przeczytała nam bajkę. Bardzo lubię ten jej pomysł czytania.

Taka to była bajka (tak się składa, że wygooglało mi się ją w wersji komiksowej).

Jest to jedna z tych opowieści, dzięki którym oddycham głębiej i czuję się lżejsza. Zdziwił mnie jednak sposób, w jaki nasza instruktorka podsumowała przeczytaną bajkę. Stwierdziła, że tak właśnie jest. Że ludzie mają to, czego chcą i na co pracują. Że jeśli ktoś bardzo się stara chorować i głupio żyje, to z pewnością prędzej czy później dopnie swego.

Zazgrzytało. Co jest grane? Staram się rozwikłać swoje zdziwienie i myślę, że być może jest to efekt zderzenia wschodniego i zachodniego sposobu myślenia. Z jednej strony zgoda na to, co przynosi los, a także na efekty naszych działań, które bywają zaskakujące. A z drugiej strony silne przekonanie, że sami jesteśmy kowalami swojego losu, i że ostatecznie osiągniemy to, do czego dążymy.

Czerwcowe Wysokie Obcasy Extra opublikowały wspaniały wywiad z profesorem Rao. W sieci jest niestety dostępny tylko fragment.

Z tego co pamiętam, profesor mówił o tym, że sami decydujemy o swoim nastawieniu wobec zdarzeń. Niekoniecznie o zdarzeniach. Pozwalamy, by jakaś sytuacja nas unieszczęśliwiła albo uskrzydliła. Chwalił pozytywne myślenie. Krytykował jednak powszechne przekonanie, jakoby pozytywne myślenie gwarantowało powodzenie w życiu. Koniec z targowaniem. Nie wiemy, co się zdarzy. Ale decydujemy o swoim poczuciu szczęścia.

Zachodni nacisk na działania i myśli zmierzające do celu, przekonanie o ogromnym własnym wpływie na los, przypomina mi opowieść, którą przeczytałam jako dziecko bodajże w „Faraonie” Prusa. To historia o bogu (zapewne egipskim, jeśli faktycznie chodzi o „Faraona”), który nie słyszał prawie żadnych modlitw, ponieważ te – niczym ptaki – zderzały się, zanim zdążyły do niego dolecieć. Krawiec modlił się, by jego klient kupował jak najwięcej drogich ubrań, klient zaś – by ubrania były jak najtrwalsze i jak najtańsze. Chory modlił się o szybkie wyzdrowienie, lekarz – o długą chorobę pacjenta, która zapewniłaby mu godziwy zarobek. A modlitwy jak ptaki... Jak pozytywne myśli.

Tylko jedną modlitwę bóg słyszał. Była to modlitwa małego chłopca, który za wszystko dziękował.

8 komentarzy:

  1. mowisz ze prof twierdzi ze sami decydujemy o nastawieniu wobec zdarzen.
    moim zdaniem natomiast to nie jest decyzja a podswiadomosc ktora nami steruje poki nie uswiadmimy sobie swoich zaleglych potrzeb i emocji, ktore choc stlumione w dziecinstwie wciaz dochodza do glosu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy to nie jest takie odkładanie na jutro? Zacznę decydowac, gdy już kiedyś sobie uświadomię te zaległe potrzeby i emocje?
      A może chodzi o to, że decyzje mogą byc świadome albo nieświadome?
      Jung napisał mniej więcej coś takiego, że nasze nieświadome decyzje nazywamy przeznaczeniem.

      Usuń
  2. Mimo że ogólnie jakoś rozumiem proces myślowy toczący koła w kierunku "mamy, na co zapracowaliśmy" (innych to koła, moje toczą się w nieco innym rytmie i kierunku), to i straszny gniew zmieszany z lękiem takie myślenie we mnie to wywołuje. Mam ochotę powiedzieć "stań w poczekalni oddziału onkologicznego i tam głoś te tezy, opowiedz ludziom, jak to są winni tego, że zachorowali". Bo - mimo że JAKIŚ sens jest w myśleniu co na co wpływa i skąd się bierze i dlaczego - to w prostej, prostackiej formie prowadzi właśnie do takich przeokropnych uogólnień. I głupot.

    A faraonowa bajka piękna i dla mnie jest kwintesencją wszystkiego. I tak staram się żyć. I modlić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafiłaś. Moja instruktorka jogi uważa, że na raka też sobie ludzie pracują.
      Mnie jeszcze niepokoi przekonanie, że wiara w wyzdrowienie pomaga wyzdrowiec.

      Usuń
    2. A w ogóle bardzo to miłe, że sobie założyłaś konto na googlach ;)

      Usuń
    3. A tam sobie założyłam ;) Samo mi się założyło, jak Ci zdjęcia chciałam pokazać :) i jakoś nawet wpadłam na to, że dzięki temu da się tu pogadać. Bo bez konta się nie da, szkoda.
      Czy wiara w wyzdrowienie pomaga wyzdrowieć, to już bym mocno myślała (w kierunku na tak). Po rozmowach z psychoonkologami wiem, że naukowo udowodniono, że modlitwa (a zakładam, że w przypadku choroby jest to modlitwa o zdrowie...?) pomaga w leczeniu.

      Usuń
    4. Kiedyś szukałam informacji na ten temat i badania mają różne wyniki - jedne że modlitwa (wiara w wyzdrowienie, pozytywne myślenie) sprzyja wyzdrowieniu, inne - że nie ma związku. Myślę, że to działa całkiem racjonalnie - jak ktoś wierzy w szansę wyzdrowienia, bardziej przestrzega reguł związanych z leczeniem. Ale gwarancji na powrót do zdrowia to nie daje. Myślę, że najcenniejsze co się udaje uzyskac ciężko chorym ludziom, to radośc z każdej dobrej chwili.

      Usuń
  3. Eee... z pewną nieśmiałością informuję Cię o moich nominacjach do So Sweet Blog Award i Versatile Blogger -> http://mama-kangurzyca.blogspot.com/2012/10/dziekuje.html

    OdpowiedzUsuń