wtorek, 18 listopada 2014

Ojca ma nie być

Ostatnio Gazeta Wyborcza opublikowała bardzo ważne teksty na temat dzieciobójczyń. We wszystkich opisanych przypadkach skazane zostały tylko matki. Ojcom sądy uwierzyły, że nie wiedzieli o ciąży bądź ciążach swoich kobiet, nawet jeśli z nimi sypiali i regularnie uprawiali seks. Trafnie te decyzje podsumowała Sylwia Kubryńska.

To matki mają dzieci. Jeśli ojciec chce być obecny, to niech będzie. Jeśli nie chce – no cóż. Ponad 85% ojców, którzy na co dzień nie zajmują się dziećmi, nie płacą również alimentów na ich utrzymanie. Tak już jest. Samotna matka musi sobie sama poradzić. Skoro urodziła dziecko, niech weźmie za to odpowiedzialność. Jej problem.

Działa to jednak również w drugą stronę. Gdy ojciec chce się odpowiedzialnie zajmować dziećmi, okazuje się, że nie może tego robić.

Od jakiegoś czasu jestem bliskim świadkiem takiej sytuacji. Rozwód, oboje rodzice mają pełne prawa rodzicielskie, sąd ustalił miejsce pobytu dzieci przy matce, a ojcu zasądził alimenty. Rodzice początkowo mieszkają jeszcze razem, całą rodzinę utrzymuje ojciec, ponieważ matka straciła pracę. Ojciec po 2 miesiącach przestaje płacić alimenty, ponieważ pieniądze te przepadają, a on ma trudności z utrzymaniem dzieci. Mija w ten sposób kilka miesięcy, matka informuje komornika, że nie dostaje alimentów, komornik siada ojcu na pensji, po czym matka wyjeżdża za granicę zostawiając dzieci z ojcem. 

Tak, właśnie tak. Dzieci są z ojcem, komornik ściąga z ojca alimenty, alimenty trafiają do matki, która mieszka osobno. Ojciec składa wniosek o ustalenie miejsca pobytu dzieci przy nim – no bo dzieci są przy nim. Trochę to trwa, matka nie się stawia na rozprawy, jakoś to tłumaczy, w tej sytuacji to ją oczywiście stać na prawnika. Sąd w końcu zabezpiecza miejsce pobytu dzieci przy ojcu na czas trwania rozprawy. Sędzia mówi: niech się pan nie martwi, to prosta sprawa. 

Są wakacje, sędzia na urlopie, dzieci u babci. A matka wywozi dzieci za granicę. Bez zgody ojca i bez dokumentów – dzieci nie mają dowodów osobistych. Jednocześnie odwołuje się od zabezpieczenia miejsca pobytu dzieci przy ojcu pisząc w uzasadnieniu m.in., że od wielu miesięcy mieszka za granicą, ale że zgodnie z wyrokiem rozwodowym dzieci powinny być przy niej. Co robi sąd? Sąd uchyla zabezpieczenie, bez podania powodu i bez możliwości odwołania.

A niewypowiedziany powód jest taki: to matka. I sąd jej przyklepie prawo do opieki nad dziećmi. Nieważne jak bardzo nieodpowiedzialnie zachowywała się wcześniej. Nieważne, że nie mieszkała z dziećmi mimo ustalonego miejsca pobytu przy niej, że nie utrzymywała ich, że kradła alimenty przeznaczone na nie. Ale to matka.

Sąd mówi ojcu wyraźnie: Wycofaj się, dzieci to nie twoja sprawa. Najlepiej zacznij pracować na czarno, wtedy komornik się od ciebie odczepi. A jeśli chcesz być odpowiedzialny, skazujemy cię na niesprawiedliwość.

Prawnik podpowiedział, że w tej sytuacji wygra ta strona, która będzie bardziej brutalna. Która zamknie dzieci u siebie w domu, zabierze im telefony, uniemożliwi kontakt z drugim rodzicem.

Jeśli matka zachowa się w taki sposób, obserwatorom włączy się stereotyp podszeptujący: to troska, ona walczy o dzieci jak lwica. Jeśli ojciec zachowa się tak samo, stereotyp orzeknie: to przemoc.

A ojciec pyta: czy to jest dobre dla dzieci? Czy mamy je teraz wozić tam i z powrotem? One chcą mieć oboje rodziców. Myślałem, że sąd potrafi ustalić, który rodzic jest bardziej odpowiedzialny, i że w tym przypadku sytuacja jest jasna.

A mi się przypomina opowieść o dwóch matkach i królu Salomonie, nie ta biblijna, lecz podobna, przytoczona przez Bertolta Brechta. Dwie matki kłóciły się, czyje jest dziecko i poprosiły o rozstrzygnięcie sporu króla Salomona. Król kazał narysować kredą koło i obiecał, że przyzna dziecko tej matce, której uda się je wyciągnąć poza narysowane koło. Matki zaczęły ciągnąć dziecko, lecz jedna z nich wkrótce je puściła bojąc się, że mogą mu w ten sposób zrobić krzywdę. Przegrała walkę, jednak król Salomon był mądry: orzekł, że to ona jest prawdziwą matką.

No cóż, to był król Salomon.

piątek, 24 października 2014

Życie bez planowania i bez straconego czasu

Jeśli marnowanie czasu daje ci radość, nie jest to czas zmarnowany – John Lennon


Życie bez planowania? Tu i teraz? Bo właśnie ta chwila się liczy? Często jesteśmy na to namawiani przez różnych orędowników zdrowia psychicznego i rozwoju duchowego. Ale w naszym świecie możemy żyć chwilą... tylko przez chwilę.
 
W pozostałych chwilach bierzemy kredyty na 20 albo 30 lat zamiast wciąż wynajmować mieszkania, bo chcemy mieć coś na własność. Pracujemy, aby za miesiąc dostać wypłatę. Stosujemy antykoncepcję, aby mieć tyle dzieci, ilu przez następne długie lata jesteśmy w stanie dawać to, co uważamy za potrzebne. Uczymy się, by za kilka lub kilkanaście lat otrzymać dyplom. Namawiamy lub zmuszamy nasze dzieci do nauki, mimo że dla nich ta odległa perspektywa jest zupełnie niezrozumiała. One jeszcze próbują żyć tu i teraz i czują, że nie szkolnym ryciem powinno być to tu i teraz wypełnione.
 
Wierzymy, że chwilą żyją ludzie niedostosowani. Nieodpowiedzialni. Cała reszta planuje i myśli perspektywistycznie. W takim świecie przyszliśmy na świat i taki świat rozumiemy.
 
Jednak przez większość czasu, jaki homo sapiens spędził na tej plancie, było całkiem inaczej. Ewolucyjnie jesteśmy prawdopodobnie przystosowani do życia chwilą. Bo za chwilę możemy nie żyć. Może właśnie dlatego ludzie zanurzeni w przeszłości uznawani są za smutnych, ci zanurzeni w przyszłości - za niespokojnych. Myślenie zbyt daleko w przód albo w tył nie jest odpowiednie dla naszego gatunku. Choć sami stworzyliśmy świat, w którym jest ono konieczne

Odwet Oceanu” Franka Schätzinga wciąga! To książka o pracy na platformach wiertniczych, o planach wydobywania hydratu metanu z głębin, o obserwowaniu wielorybów, o prądach morskich, o tym że powierzchnia oceanów wcale nie jest idealnie równa, o tsunami... i o tym, że niszcząc naszą planetę niszczymy siebie.
 
Fragment książki jest poświęcony indianom Innuit, którzy jeszcze zupełnie niedawno żyli i myśleli całkiem inaczej niż my. Nie potrzebowali czasu, a więc długofalowego planowania. Posłuchajcie:

Propozycja wspólnego wyjazdu wzbudziła w Anawaku nową falę wspomnień. Długie wieczory przy ognisku, gdy ktoś opowiadał jakąś historię i cały świat wydawał się ożywiać. Kiedy był mały, oczywiste było, że istniała królowa śniegu i bóg-niedźwiedź. Przysłuchiwał się mężczyznom i kobietom, którzy przyszli na świat jeszcze w igloo, i wyobrażał sobie, że jako dorosły będzie wędrował po krainie lodów, polował i żył w zgodzie ze sobą i z mitami Arktyki. Będzie spał, kiedy się zmęczy. Pracował i polował, kiedy pozwoli na to pogoda albo po prostu kiedy będzie miał ochotę. Jadł, gdy tak zadecyduje jego żołądek, a nie jakaś przerwa obiadowa. Czasami, kiedy zamierzało się wyjść z namiotu tylko na krótko, polowanie trwało dzień i noc. Innym razem, gdy człowiek się przygotowywał, polowanie nie dochodziło do skutku. Quallunaat [wszyscy ludzie poza Innuit] po prostu w ogóle nie rozumieli, jak można było egzystować poza regularnymi harmonogramami i schematami wydajności. Quallunaat budowali sobie światy poza światem. Wykluczyli naturalne procesy na korzyść sztucznych, i wszystko, co nie pasowało do tej koncepcji, było ignorowane albo eliminowane.
(…)
Od początku ich podróży przez lód będą postępować jedynie zgodnie z regułami przyrody. Aby tu przeżyć, trzeba zachować pewną postawę panteistyczną. Nie wolno się za wysoko cenić. Człowiek nie j e s t ważny, jest tylko częścią ożywionego świata, manifestującego się w zwierzętach, roślinach i lodzie, przy okazji również w ludziach.
(…)
- To może trochę potrwać – stwierdził Akesuk. 
- Tak, kosztuje sporo czasu – przytaknął Anawak, który przypomniał sobie, jak często jechali wzdłuż takich szczelin.
Akesuk zmarszczył nos.
- Nie. Dlaczego ma kosztować? Nie poświęcamy czasu. Zatrzymujemy go, bez względu na to, czy jedziemy teraz bezpośrednio na wschód czy najpierw kawałek na północ. Wszystko już zapomniałeś? Tu, na północy, nie jest ważne, jak szybko dotrzesz. Jeżeli robisz objazd, to twoje życie i tak trwa. Nie tracisz żadnego czasu.
Anawak milczał.
- Może – dorzucił jego wuj z uśmiechem – był to nasz największym problem zeszłego stulecia, że Quallunaaq przyniósł nam czas. Musieliśmy się nauczyć, że istnieje również stracony czas. Quallunaaq myśli, że czekanie jest czasem straconym, a tym samym straconym czasem życia. Uważam, że kiedy byłeś mały, wszyscy w to wierzyliśmy. Również twój ojciec uwierzył, a ponieważ nie widział możliwości robienia czegoś sensownego i wartościowego, doszedł do przekonania, że jego życie jest bezwartościowe, ponieważ składa się z niewykorzystanego, straconego czasu. Bezwartościowy czas życia. Bezwartościowe życie.
(...)
Arktyka prezentuje się niczym spektakularne piekło. Wprawdzie przepiękne, ale samowystarczalne i śmiertelne dla każdego, kto oddawał się iluzji ludzkiej hegemonii. Osady sprawiają tu wrażenie przekornej próby zapanowania nad czymś, nad czym zrobić się tego nie da. Podróż saniami na skraj lodu morskiego stawała się wyprawą w nieświadomość. Resztki poczucia czasu, jakie drzemały w Anawaku, ulotniły się po kolejnej słonecznej nocy. Podróżowali do pierwotnych źródeł świata. Nawet racjonalista, który nie modlił się do żadnego boga i dawał pierwszeństwu każdemu naukowemu wyjaśnieniu, nagle doznawał tu olśnienia, dlaczego niedźwiedź polarny, jak opowiadali sobie Innuit w długie wieczory, człapie przygnębiony. Ponieważ w miłości do zamężnej kobiety stał się ślepy na rzeczywistość. Kobieta miała męża, który tygodniami bez powodzenia przebywał na łowach. Ogarnięta współczuciem zdradziła kryjówkę swojego kochanka, chociaż niedźwiedź stanowczo ją ostrzegał, żeby nie opowiadała mężowi o ich potajemnych spotkaniach. Ale niedźwiedź słyszał, kiedy go zdradzała, i gdy myśliwy go wypatrywał, wkradł się do igloo ukochanej, żeby ją zabić. Podniósł już łapę, gdy wtem ogarnął go smutek. Jaki sens miałoby odebranie jej życia? Zdrada została już popełniona. Odszedł więc, ciężko stąpając, pogrążony w samotności.
Zimne powietrze szczypało skórę Anawaka.
Tam, gdzie przyroda zbliżyła się do człowieka, została zdradzona.
(...)
Jeszcze przed kilkudzisięciu laty laty nie znaliśmy innej formy organizacji jak luźne związki rodzin, nie akceptowaliśmy ani wodzów, ani przywódców, a teraz Innuit rządzą Innuit, jak to jest przyjęte w nowoczesnej administracji. Nie znaliśmy własności, teraz podążamy drogą nowoczesnego państwa przemysłowego. Znów ożywiamy tradycję, niektórzy sprawiają sobie psy zaprzęgowe, można nauczyć się budowania igloo i rozpalania ognia krzemieniem. Piękne, że odnawia się te wartości, ale przez to nie zatrzymamy czasu. Chcę ci powiedzieć chłopcze, że wcale nie jestem zadowolony. Świat idzie do przodu. Dziś żyjemy jako nomadzi w Internecie, przemierzamy sieć magistrali danych, łowimy i zbieramy informacje. Młodzi chatują z ludźmi ze wszystkich części świata i opowiadają im o Nunavut [państwie Indian Innuit]”. 

I ja pozdrawiam z mojej podróży przez Internet.
O straconym czasie pisałam też tu: 
A o "tu i teraz" tu:

środa, 15 października 2014

Obwinianie i usprawiedliwianie się

Zadałam ostatnio w grupie o rodzicielstwie bliskości pytanie, skąd się bierze u dzieci postawa roszczeniowa. Takie kup mi, zrób mi, zawieź mnie, podaj mi. Różne tam były odpowiedzi, dwie mnie zastanowiły. Jedna kobieta opisała sytuację, jak to odmówiła swojemu synowi kupna koparki, a jakiś nieznajomy pan stwierdził: „ale niedobra mama, nie kupi dziecku koparki”. Kolejna opowieść była podobna: mama odmówiła dziecku słodyczy, a jakaś kobieta oznajmiła, że ona kupi, „bo rodzice to potrafią tylko dzieci narobić, a potem muszą im wszystkiego odmawiać, bo kasy nie ma”.

I wtedy pomyślałam o obwiniaczach. Odmawiam, a obwiniacz skrzeczy: Co z ciebie za matka? Za mało dajesz, powinnaś się bardziej starać. W ogóle robisz to wszystko źle. Wszystkie problemy to twoja wina.

Obwiniacz może być kimś realnym, ale może też siedzieć sobie w czyjejś głowie i szeptać do ucha: Jak to, nie pozwalasz? No wiesz? Biedne te twoje dzieci. Ja też nie mam chwili dla siebie, więc nie narzekaj. Od tego jesteś, żeby dawać, opiekować się, obsługiwać, sprzątać. I tak dalej. I zupełnie nieważne, czy obwiniacz jest realny czy nie: dziecko i tak go słyszy i mu wierzy. Tak to działa, bo jeśli obwiniacz nie jest słyszalny dla otoczenia, to rozpoznaje się go po tym, co mu odpowiadamy.

A odpowiedzią jest usprawiedliwianie się i obrona przed atakiem. Nie gra roli, czy ataki są realne czy wyobrażone. Usprawiedliwianie się jest drugą stroną medalu: z jednej strony atak, z drugiej obrona. Te dwie strony mogą ze sobą tańczyć i nawzajem zapraszać się do tańca. Jest to pewien sposób komunikowania się, który staje się niewidzialny, gdy do niego przywykniemy.

Czasem czuję się postawiona w roli agresora, choć wcale nie zamierzam nim być. Pytam: Czy ogrzewanie jest włączone? W odpowiedzi słyszę: Tak, włączyłam na noc i zapomniałam wyłączyć, bo musiałam się zająć tym i tamtym, tyle mam spraw na głowie... Albo pytam: Czy kupiłeś chleb? Och nie, wyleciało mi z głowy, no miałem kupić, ale to, ale tamto. W moich pytaniach nie był ukryty zarzut, choć odpowiedzi sugerują, że był. Tak naprawdę odpowiedzi były skierowane do siedzącego za uchem obwiniacza, który dodawał swoje trzy grosze do moich pytań. Ale łatwo w takiej sytuacji dać się zaprosić do roli atakującego.

Albo szukanie winnego. Skupianie się na tym, kto i w jaki sposób doprowadził do powstania problemu zamiast na szukaniu rozwiązania. To ta sama bajka, ten sam przemocowy sposób komunikowania się.

Więc trzeba szukać drogi na zewnątrz. Wyjść poza to koło albo raczej wznieść się ponad. Nie oskarżać i nie usprawiedliwiać się. Przepraszać, gdy uznamy, że faktycznie zawaliliśmy. Mówić o swoich uczuciach. Prosić, gdy czegoś potrzebujemy. I odmawiać, jeśli czegoś nie chcemy zrobić. Odmawianie jest wpisane w rolę rodzica, nie musimy ani nie powinniśmy dawać dzieciom wszystkiego, czego się domagają. W takim przekonaniu jest gotowość przyjęcia dziecięcego rozczarowania, a przede wszystkim spokój i pewność siebie. 
 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozluźnij się

Chodzę na jogę od lat. Raz chodzę, raz nie chodzę. Bywały lata, gdy nie udawało mi się wygospodarować dla siebie nawet jednego wieczora w tygodniu. Bywały i takie, gdy ćwiczyłam dwa razy w tygodniu. Nie ukrywam, że z praktyką własną – samej, w domu – jest cienko. Ale bardzo lubię ten rodzaj pracy nad sobą. Za to że uczy wsłuchiwania się w siebie i wyczuwania własnych granic. To jest ból, w który mogę jeszcze odrobinę wkroczyć, nie zagraża mi, tamten jest absolutnie nie do przyjęcia, natychmiast mówię stop. Za brak rywalizacji. Za ciszę. A w ciągu ostatnich miesięcy nauczyłam się dużo nowego.

Jak u wielu osób, moje ciało jest nieharmonijne. Niektóre partie mięśni mam rozciągnięte i elastyczne, inne – sztywne i obolałe. Dlatego część pozycji wydawała mi się nieosiągalna. Nagle na jednych zajęciach po raz pierwszy udało się. Ot tak. Jednego dnia, tak jak przez wszystkie wcześniejsze lata, nie umiałam. Tydzień później – umiałam. I nie był to efekt wytężonej ani morderczej pracy. Wzięłam sobie do serca ważną zasadę jogi: Rozluźnij się. Zrób, ile możesz, a potem rozluźnij się. Puść te mięśnie, które najbardziej bolą. I oddychaj.

Wcale nie bolało mniej. Ale jednocześnie poczułam życie wlewające się wraz z ciepłem w moje nogi. I radość – przecież wytrwanie w tej pozycji nie było dla mnie możliwe, a teraz mogę… jeszcze odrobinę, jeszcze milimetr. Bez walki. Bez zaciskania zębów i pięści. Z mocą ale na luzie. Całkiem odwrotnie niż kiedyś myślałam.

Okazało się, że naprawdę część ograniczeń tkwi w głowie. W przekonaniu że nie mogę. I w przekonaniu że powinnam, że muszę. I że żeby się nauczyć, trzeba się tak strasznie napracować. Wręcz przeciwnie – nie muszę. Mogę. Powolutku, ale nie kiedyś w przyszłości. Już, teraz.

2,5 roku temu zaczęłam pisać bloga. Były to lata przepełniającego mnie niepokoju. Przelewanie go na ekran, dobieranie słów, formowanie sensów i znaczeń z morza chaosu przynosiło ulgę. Jak układanie pasjansów, gdy rozrzucone bezładnie, nieuporządkowane karty stopniowo wracają na swoje miejsca. Och, z kartami jest łatwiej, wiadomo z góry, które miejsca są właściwe, na czym polega porządek. 

Ostatnio słowa mnie nie słuchają. Myśli odpływają od nich, odwracają się niechętnie. Wolą dryfować bezładnie i roztapiać się niż pozwalać wykuwać w kształty znaczeń. Może to po prostu zmęczenie przed urlopem. A może spokojniejsze myśli nie potrzebują ujarzmiania słowami. Już nie potrzebują albo na razie nie potrzebują?

Dobrych wakacji wszystkim życzę!

środa, 28 maja 2014

Odczepcie się od samotnych matek

Nie pracuje, a powinna, żeby poprawić sytuację swoich dzieci. Albo wręcz przeciwnie, niech się zwolni z pracy, jeśli nie ma dość czasu, by przypilnować dzieci i pomóc im w lekcjach. Nie powinna utrudniać ojcu kontaktów z dziećmi, ale niech chroni dzieci przed złym wpływem, jaki wywiera na nie ojciec. A poza tym sama do tego doprowadziła: wybrała niewłaściwego faceta, zaszła w ciążę, urodziła dzieci. Przecież nikt jej nie kazał, a teraz ponosi konsekwencje własnych decyzji. I w ogóle za często zmienia facetów, znowu jakiś inny się kręci, jak te dzieci mają normalnie funkcjonować?

No tak, ale kto mi drewno porąbie i wniesie po schodach? - zastanawiała się jedna. Z kim porozmawiam i z kim się pośmieję? Inna opowiadała, jak dojeżdżała stopem na szkolenie z urzędu pracy, aż wreszcie ktoś jej zaproponował, że będzie ją podwoził. I podsumowała to doświadczenie tak: na kursach mówią nam zawsze, że to od nas samych zależy, jak wygląda nasze życie, ale bez wsparcia się nie da.

No właśnie, nie da się. Wychowanie i utrzymanie dzieci to nie jest projekt dla jednej osoby. Zwłaszcza jeśli tych dzieci jest nieco więcej i jeśli przynajmniej jedno jest malutkie. I jeśli w dodatku nie ma się solidnego wsparcia w rodzinie.

Reaguję alergicznie na krytykę wobec samotnych matek. Czasem myślę wręcz, że jedyne co powinny słyszeć, to: „Jest pani bardzo dzielna” i „Jak mogę pomóc?”. A tymczasem wylewa się na nie fala krytyki, bo przecież powinny sobie poradzić z całą ta kwadraturą koła. Więc apeluję: odczepcie się.

czwartek, 22 maja 2014

Do której szufladki pasuję?

Wywiad z Agnieszką Graff i fragment jej nowej książki  przypomniały mi stare pytanie, wciąż pozostające bez odpowiedzi. Gdzie należę, jaka etykietka jest moja, do której szuflady pasuję?

Czy mogę z równym zainteresowaniem czytać Kazimierę Szczukę („Milczenie owieczek”!) i Wojciecha Cejrowskiego („Rio Anaconda”!)? Owszem, nie akceptuję poglądów Cejrowskiego na temat homoseksualistów ani chamskiego sposobu, w jaki daje im wyraz – ale jego opowieści z podróży uwielbiam.

Albo czy mogę jednocześnie utożsamiać się z feministkami i tęsknić (przynajmniej połową duszy) za pełnoetatowym macierzyństwem i oddanym mężem, który utrzymywałby mnie i dzieci? Dostrzegam nierówność płac kobiet i mężczyzn, jestem za legalizacją aborcji na życzenie kobiety do 12 tygodnia ciąży, za edukacją seksualną i dostępem do taniej i skutecznej antykoncepcji. Ale jednocześnie uważam, że narodziny i karmienie piersią to dwa rodzaje cudu możliwe dzięki potędze, a nawet świętości kobiecego ciała.

Lubię też naturalne metody kontroli płodności, uważam, że warto znać i rozumieć swój organizm, umieć rozpoznawać dni płodne i niepłodne. Poleganie wyłącznie na obserwacji nie jest wyborem dla każdej, tak samo jak np. rodzenie w wodzie. Jednak gdy czytałam swojego czasu na stronie Federy, którą bardzo szanuję, że metody te są zupełnie nieskuteczne (co nie jest prawdą) – zastanawiałam się właśnie: gdzie jestem? Jako ateistce bliżej mi do feminizmu, a jako sympatyczka naturalnych metod kontroli płodności żałuję, że w zasadzie nigdzie poza kościelnymi naukami przedmałżeńskimi nie można się o nich niczego dowiedzieć.

Nie czytałam jeszcze „Matki Feministki” (paczka już do mnie jedzie), ale mam nadzieję, że może wreszcie będzie trochę o mnie. O tym, że doświadczenie macierzyństwa ma ogromną wagę i wywiera wielki wpływ na całe życie kobiety, na to jak myśli o sobie i jak jest widziana przez innych, na to jakie ma miejsce w społeczeństwie. Spodziewam się, że w wydaniu Graff feminizm i dążenie do równości nie będzie polegać na udawaniu, iż macierzyństwo nie jest ważne ani na przekonywaniu kobiet, by lepiej przyswoiły sobie reguły gry w męskim świecie. Chcę być matką, chcę mieć na to czas i chcę być za to szanowana.

Oczywiście nadal będę myślała po swojemu, w swój jedyny i niepowtarzalny sposób. Ale to miłe, gdy ktoś rozumie i myśli podobnie.

środa, 14 maja 2014

Krytykowanie i szukanie patologii

Zimbardo powiedział, że w Polsce czuje się jak w szpitalu psychiatrycznym – nikt się nie uśmiecha, nikt nikogo przyjaźnie nie zagaduje. Przyjemnie powtórzyć tę opinię. Przyjemnie też dlatego, że lubimy krytykować. 

Jest to coś, czemu sama niestety ulegam, choć mnie jednocześnie frustruje. Bo zdaję sobie przecież sprawę, że osoby krytykujące innych i doszukujące się patologii w ich postępowaniu, takie same podejście mają do mnie. Oczywiście mnie też krytykują.

Dlaczego? Co jest takiego atrakcyjnego w mówieniu źle o innych ludziach?

Myślę, że taką atrakcją jest poczucie wyższości, jakie można wtedy choć przez tę chwilę w sobie popielęgnować. Krytykując tworzymy tło, od którego możemy się pozytywnie odbijać. Druga sprawa to usprawiedliwienie bezradności. Bo jeśli za ścianą, w tamtej rodzinie, w szkole, w urzędzie – jest tak beznadziejnie źle, to już naprawdę nic na to nie można poradzić. Uf, skoro nic nie można poradzić, spokojnie umywamy ręce. W ten sposób usprawiedliwiamy, ale też przyklepujemy bezradność.

Nie chcę być źle zrozumiana. Trzeba mieć oczy otwarte na patologię. Jeśli komuś dzieje się krzywda, możemy faktycznie być bezradni. To co powinniśmy wtedy zrobić, to zawiadomić policję. Tyle że to wymaga chociaż odrobiny zaufania wobec policji, którą też stale krytykujemy.

Mi to podcina skrzydła i energię. Jeśli myślę tylko i wyłącznie źle o nauczycielach, nie będę chciała iść do szkoły porozmawiać o problemach mojego dziecka. Nie zaproponuję dzieciom, rodzicom ani współpracownikom innego sposobu działania, ba – nawet go nie wypróbuję, bo po co. Nie zagadnę nikogo na ulicy ani nie uśmiechnę się do nieznajomych.

Staram się myśleć i patrzeć na świat w sposób, który dodaje a nie odbiera energii. Gdy zachowuję się przyjaźnie, ludzie często odpowiadają tym samym. Ale potem zalewa mnie ta fala krytyki wszystkich przez wszystkich i myślę sobie: ach, diabli z tym. W ich oczach jestem tylko naiwną frajerką.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Jak?

Jak ulec pokusie zapomnienia o tym, co smutne i złe, i mimo wszystko czuć się bezpiecznie, skoro pamięć ostrzega i chroni?

Jak pamiętać o ponurych sygnałach i spełnionych obawach nie odzierając się z dobrych wspomnień?

Jak myśleć o sobie z akceptacją i sympatią, jeśli trudno zachować w pamięci chwile radości?

Jak wspominać to co dobre i nie oszaleć z tęsknoty?

Jak pozwolić sobie na tęsknotę nie zapominając o raniących słowach i gestach?

Jak pamiętać, że w doświadczeniu, na które nie wyrażamy zgody i którego nie chcemy powtarzać – były też chwile, które nas zbudowały, obdarzyły pogodą i spokojem?

środa, 23 kwietnia 2014

Odroczyć czy nie odroczyć? Czyli trochę o 6-latkach i więcej o szkole

Nie będę się tu dzielić wątpliwościami, czy moje dziecko urodzone w czerwcu 2008 roku nadaje się do szkoły czy nie. Że też akurat na nią musiało trafić! Ale obracałam ten temat w głowie już tyle razy i na tak różne sposoby, że postanowiłam napisać, dlaczego moim zdaniem szkoła nie nadaje się dla młodszych dzieci.

Jak wiadomo, głównym celem reformy jest zaoszczędzenie. Dzieci mają się uczyć o rok krócej, więc będzie taniej. Koniec kropka. Sądzę jednak, że dałoby się pogodzić ten cel z dobrem dzieci, tyle że należałoby wtedy zmienić cały system. Wszystkie dotychczasowe zmiany dotyczą wyłącznie klas I-III. Mamy inną podstawę programową, część szkół dostosowała sale do potrzeb 6-latków. I to wszystko. No a co później?

Test III-klasisty będą pisały dzieci o rok młodsze. O rok młodsze dzieci pójdą do klasy IV i będą nosić te absurdalnie ciężkie plecaki. O rok młodsze dzieci będą pisać test VI-klasisty i rok wcześniej rozpoczną naukę w gimnazjum. Gimnazja przysposabiające do pracy są dostępne dopiero od 15. roku życia, a to znaczy, że aby móc uczyć się w tego typu gimnazjum (przeznaczonym dla osób w normie intelektualnej, które z jakichś przyczyn nie radzą sobie w gimnazjum masowym), trzeba było ze dwa razy nie zdać. Teraz trzeba będzie trzy razy nie zdać.

Halo! Czy ktoś to zauważa? Dzieci, które pójdą do szkoły w wieku 6 lat, we wszystkie kolejne etapy edukacyjne będą wchodziły o rok wcześniej. I będą musiały się dopasować.

Oczywiście to szkoła powinna się dostosować do młodszych dzieci. Niestety już teraz wielu rodziców i nauczycieli stara się dostosować dzieci. Po czym to poznaję? A choćby po tym, że zgodnie z oczekiwaniami przedszkola kupiłam podręcznik dla 5-latków za 70 zł. Bo przecież dzieci trzeba przygotować do szkoły. Słyszę, że w niektórych przedszkolach nauczyciele zadają 5-latkom prace domowe, aby się przyzwyczajały. Pewna mama powiedziała mi, że jej córka dużo choruje, więc w domu wykonuje z nią zadania z podręcznika, aby nie miała zaległości. Słucham? Zaległości w oddziale przeznaczonym dla 5-latków?! Jeszcze parę lat temu nikt by chyba na to nie wpadł. No ale przecież ona będzie musiała iść do szkoły.

I tak to wygląda. Pewnie byłoby inaczej, gdyby w związku z posłaniem do szkół 6-latków wydłużono pierwszy etap edukacyjny. Zamiast klas I-III mielibyśmy klasy I-IV. Ten rok, który ma służyć zaoszczędzeniu, można by zgubić jakoś inaczej, np. wydłużając szkołę podstawową i likwidując gimnazja, które i tak są od dawna powszechnie krytykowane. Ale najpierw potrzebne jest myślenie o tym, jak dostosować szkołę do potrzeb młodszych dzieci. I to nie tylko wtedy, gdy mają one 6 lat.

Swoją drogą niesamowity rynek powstał na usługi poradni psychologiczno-pedagogicznych. Niedawno zadzwoniłam do mojej rejonowej poradni i dowiedziałam się, że terminów na badania psychologiczne już nie ma, może jeszcze będą jakieś w sierpniu, ale pewności nie ma. Jak grzyby po deszczu powstają poradnie niepubliczne, które zajmują się w zasadzie tylko badaniem gotowości szkolnej i wystawianiem opinii o odroczeniu.

A przecież od września obowiązkiem szkolnym zostaną objęte tylko 6-latki urodzone od stycznia do czerwca. Co będzie się działo w przyszłym roku, gdy do szkoły mają się szykować dzieci z całego rocznika?

Jeśli duża część 6-latków zostanie odroczona, to jak rząd z tego wybrnie? Wprowadził reformę wbrew wszystkim – wbrew rodzicom, wychowawcom przedszkolnym i nauczycielom. I co dalej? Mam nadzieję, że nie machniemy w końcu ręką i nie uznamy, że szkoła jest jaka jest, a dzieci mają się dopasować.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Bańka mydlana

Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.
Cień ręki - na murawie... A wszystko - niczyje,
Ledwo się zazieleni - już ufa, że żyje –
Bolesław Leśmian „Zwiewność”

Już ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała, chwilę błyszczysz, potem gaśniesz... ot i bajka cała”, skończyłam śpiewać, a moja pięcioletnia córka zaprotestowała: „Ale to nie jej wina! Iskiereczka nie wiedziała, że zaraz zgaśnie!”

No tak, skąd iskiereczka mogła wiedzieć? Iskiereczka ma swoją perspektywę iskiereczki, swoje marzenia i wyobrażenia o przyszłości. To co dla niej długie, nam wydaje się krótkie jak mgnienie. A może po prostu żyje chwilą i jest chwilą. Śliczną, jasną i gorącą... Nagle cyt!

Albo bańka mydlana. Jest jej tak niewiele, że mniej niż niebiesko. Jednak gdy przez nią spojrzeć, świat nabiera kolorowego, bajkowego połysku. A przecież jest pusta, nic nie ofiaruje oprócz złudzenia. Czy bańka wiedziała, że złudzenie to mogło trwać tylko chwilę? 
 

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kto wreszcie doceni?

Po co ten przedświąteczny trud? - zastanawia się wiele osób, a jeszcze więcej piecze jednak kolejny mazurek. Przed świętami widzę je wyraźniej, całe to przemęczenie, ale zwykłe dni też są naznaczone kobiecym wysiłkiem.

Czasem mam jasność: zmęczenie jest na pokaz. Zobaczcie, jak się staram! Ile dźwigam, ile dla was robię. I jaki wspaniały efekt. Jest czysto, jest miło, apetycznie pachnie, stół ładnie nakryty. Doceńcie wreszcie! Patrzcie do cholery!

Niestety nikt nie docenia. Dzieci wolą zjeść zamówioną pizzę niż odczuwać wdzięczność pomieszaną z poczuciem winy. Mężowie mówią: nie mogę patrzeć, jak się męczysz, lepiej pójdę na ryby. Matki pokazują, że to one są bardziej zmęczone i więcej dały radę zrobić, bo same chcą być nareszcie docenione. Coś tu nie działa. Im więcej starań tym mniej zrozumienia. Im mniej zrozumienia tym więcej starań. Błędne koło się toczy.

Ale to przecież jest wartość: obiady, surówki, czyste okna. Ach, własny chleb. Tą wartością jest dom. Oczywiście można wszystko kupić. To co kupione jest przeważnie gorszej jakości, ale kupuje się też czas, który można spędzić z najbliższymi na luzie i bez pośpiechu. Tak, to też jest dom.

Praca zawodowa oczywiście jest ważna, mało kto ma co do tego wątpliwości. Ale gotowanie, sprzątanie, całe to gdakanie i kwoczenie... wydaje się być fanaberią, nikomu do niczego potrzebną. A jednak wizja karykaturalnej amerykańskiej matki podającej niemowlęciu chińską zupkę instant zupełnie mnie nie kusi.

Powiecie, że między zupką z proszku a pięcioma mazurkami jest jeszcze mnóstwo przestrzeni na indywidualne wybory, na wyważenie między domem zbudowanym z relacji a domem pachnącym obiadem. I ja się z tym zgadzam. Ale myślę sobie też, że gdyby w naszej kulturze wyżej ceniono całą tę domową krzątaninę, kobiety mogłyby się nieco mniej krzątać. Nie udowadniałyby swoim zmęczeniem, że ich zajęcia mają wartość. Bo byłoby to oczywiste.

środa, 16 kwietnia 2014

Mam prawo odejść

Marianna Popiełuszko o małżeństwie mówiła tak: "Jestem mężatką. Moim mężem jest Władysław Popiełuszko. Oboje jesteśmy wyznania rzymskokatolickiego i praktykujący... Jaki był - kochałam, jaki jest - kocham i jaki będzie - będę kochać, bo tak przysięgę złożyłam. I dobrze było (...) Jak złożyłam przysięgę, to wiedziałam, że już tak musi być. Że nawet jak będzie ciężko, to będę kochać męża, jaki będzie. Bo małżeństwo to zawsze jest ciężar. To jest największy krzyż. Ale kto pójdzie swoją drogą, za swoim powołaniem, ten wytrwa. Ciężko każdemu, kto nie pójdzie swoją drogą."

Gdy przeczytałam te słowa, zrobiło mi się zimno. Może właśnie takie definiowanie małżeństwa sprawia, że z lękiem myślę o ewentualnym, przyszłym zamążpójściu? Może właśnie dlatego drugi raz już wcale się nie zdecyduję? Wprawdzie nie przysięgałam, ponieważ brałam ślub cywilny. Powiedziałam: Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z ... i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”. Byłam wtedy tak zdenerwowana, że nie pamiętam, co mówiłam. Jednak gdy teraz czytam te słowa, brzmią dla mnie sensownie. Tak, to mogłabym uczciwie powiedzieć. A jednak gdy myślę: „małżeństwo”, to myślę: „ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Ktoś mi powiedział, że wydawało mu się, iż jego żona będzie z nim niezależnie od wszystkiego, skoro ślubowała. A potem złożyła pozew rozwodowy. Oczywiście w rozumieniu kościoła nadal są małżeństwem, ale co z tego, skoro nie mieszkają razem? Kobiety składają pozwy znacznie częściej niż mężczyźni. Zastanawiam się, czy nie robią tego w imieniu swoich matek, babek i prababek, które nie miały wyboru?

Jeśli kiedyś jeszcze będę chciała z kimś się związać, powiem: Chcę z Tobą być i obiecuję, że będę się starała. Rozumiem, że możesz czasem na mnie nakrzyczeć w nerwach, ale wtedy oczekuję przeprosin – i sama obiecuję przepraszać, gdy zawrze zbyt gorąca krew. Prawdopodobnie łatwiej będzie mi wybaczyć impulsywny gniew niż chłód i obojętność, najtrudniej zaś, jeśli będziesz mnie karał za to, że nie odpowiadam wyobrażeniom. Oczywiście odejdę, jeśli mnie uderzysz albo będziesz wyzywał. Sama też przyrzekam nie robić tego. Oczekuję empatii i obiecuję, że będę się starała ciebie zrozumieć. Jednak odejdę, jeśli będę się czuła traktowana jak kawałek mięsa albo instrument służący do osiągnięcia jakichkolwiek celów. Obiecuję zawsze widzieć w tobie człowieka i tego samego oczekuję.

Nie oznacza to, że szukam lekkiego i przyjemnego życia. Wiem, że musi czasem boleć, naprawdę wiem. Idę na trzeźwo przez codzienność, nie próbuję niczym się odurzać. To tak jak w trakcie porodu – jest ból, który ma sens. To tak jak w jodze – jest dobry ból sygnalizujący, że zastałe mięśnie rozciągają się, i jest zły ból, który ostrzega i mówi: stop!

Dlatego nie obiecam nikomu, że będę szła z nim wspólnie przez życie niezależnie od wszystkiego.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Królowa Śniegu jest stara

Ostatnio sporo osób linkuje ten tekst, a skoro linkują, widocznie coś ważnego porusza.
Przeczytałam z irytacją tytuł i konkluzję: no tak, oczywiście jak zwykle wszystkiemu winne są kobiety, a dokładniej kobiety w tej najbardziej irytującej ze wszystkich ról, czyli roli matki lub babci. Niby jest to krytyka braku kultury mężczyzn, ostatecznie jednak autorka mruga do nich okiem: to nie wasza wina! Ma żal do mężczyzn, ale uśmiecha się do nich, wciąż ma nadzieję na ich zainteresowanie i akceptację. Chętnie skrytykuje inne kobiety, żeby im się przypodobać. Stary numer.

Pomyślałam: przecież w pociągach tak to nie wygląda. Może nie jestem bardzo wymagająca, pewnie nie obrażałam się, jeśli ktoś mi odmówił, ale z tego co pamiętam, faceci przeważnie pomagają mi wrzucić plecak na górę. Nawet nie zawsze o to proszę, a jednak wyjmują mi go z rąk. Więc w czym problem? Prawdopodobnie w wieku. Za jakieś 10-15 lat być może będę musiała sama sobie radzić z bagażami, bo jako starzejąca się kobieta zniknę z pola widzenia mężczyzn. Podobno tak właśnie jest. Kobiety koło 50-tki przestają być zauważane. Nikt nie ustępuje im miejsca, nikt nie pomaga z bagażami, nikt nie częstuje przekąskami na przyjęciu.

Pomyślałam o Złej Królowej, macosze Królewny Śnieżki, która nie miała szans wygrać z młodą i piękną pasierbicą. Złościła się i walczyła ze swoją rywalką o uwagę męskiego świata, lecz ostatecznie musiała zniknąć, tak jak w rzeczywistości znikają kobiety – nikt ich nie słucha, nie okazuje zainteresowania, nie adoruje.

W tekście Jandy zirytował mnie też fragment o koleżance, która poświęciła dużo czasu na uśpienie 3-letniego wnuka rozpieszczając go w ten sposób. 3-letnie dzieci naprawdę są jeszcze małe i często potrzebują dorosłej osoby, która uczyni bezpiecznym przejście między światem jawy i snu. Nie uważam, by miało to coś wspólnego z wychowywaniem chłopców na zbyt delikatnych i mało męskich.

Potem jednak pomyślałam o Królowej Śniegu, która dzięki okruchom diabelskiego lustra tkwiącym w sercu i oku Kaja, mogła go zabrać do lodowego pałacu i mieć tylko dla siebie. Oczywiście ostatecznie przegrała z młodą Gerdą, która przebyła długą drogę, by odzyskać swojego przyjaciela.

Zaczęłam sobie wyobrażać sytuację kobiety, która zniknęła. Życie bez uwagi mężczyzn musi być smutne. Rola babci jest niewdzięczna, bo choć bardzo potrzebna, to jednak niedoceniana i przez wszystkich krytykowana, też przez inne znikające kobiety. Więc co jej pozostaje? Może rzeczywiście spróbować zatrzymać przy sobie syna, jedynego mężczyznę, nad którym ma władzę. A żeby go zatrzymać, musi mu odebrać siłę. Tyle że taki syn nie ma 3 lat, lecz 20, 30 lub 40... Jeśli się uda, bajka nie ma szczęśliwego zakończenia.

Wizja zniknięcia jest bardzo smutna. Ale wydaje mi się, że to co mogę zrobić jako kobieta, to trzymać z innymi kobietami. Nie to że przeciwko mężczyznom, nie przeciwko komukolwiek. Ale widzieć również te starsze ode mnie, podziwiać i doceniać. W roli babci także.

sobota, 29 marca 2014

Reszta jest miałczeniem

Za tytuł dziękuję Andzi :)

Wychowałam się z psami i kotami, ale jestem zdecydowanie kotolubna; psy toleruję. Kiedyś przyśniło mi się, że urodziłam kotka i próbowałam przystawić go do piersi. W jednym ze smutniejszych snów widziałam zamarzniętego kotka w śniegu.

Od dawna marzyłam o tym, by zamieszkać z kotem. Gdy tylko było to możliwe, córka załatwiła u opiekunki mniej więcej półroczną Plamkę. Plamka miała same zalety i jedną wadę – sikała po kątach. Okazało się, że to kot o duszy włóczęgi, który czuje się szczęśliwy dopiero wtedy, gdy może znikać na noc albo trzy, albo siedem. Ale tego dowiedziałam się później.

Najpierw był jeszcze dom, w którym zamieszkali moi rodzice z psem i dwoma kotami: z dobermanką Krecią, rudym Rudzikiem i elegancką Myszą. 

Rudzik jako kocię chorował na płuca i był leczony bolesnymi zastrzykami. Być może dlatego wyrósł na kota wrednego, humorzastego, syczącego i drapiącego. Wobec mamy jednak od początku był czuły i namiętny. Po przeprowadzce ten kanapowy wcześniej kot zeszczuplał i stygrysiał, zaczął polować na myszki i ptaki.

Myszę mama znalazła w krzakach wraz z czterema kociętami. Była śliczna, oswojona i zmoknięta – prawdopodobnie były właściciel pozbył się kłopotu w postaci kotnej kotki. Mama całą rodzinę ulokowała w kartonie pod balkonem, odkarmiła, kociakom znalazła domy, a Myszę ostatecznie wzięła do siebie. Mysza była dekoracyna i zdystanosowana, mruczała głaskana ale sama nigdy nie przychodziła na kolana.

Po przeprowadzce koty podzieliły się nowym terytorium: Rudy zamieszkał na dole, a Mysza na górze. Gdy miesiąc później na górę wprowadziłyśmy się my z naszą kicią, Plamka miała ciężkie życie. Mysza ujrzała w niej swojego śmiertelnego wroga i obdarzyła czystą nienawiścią. Góra była jeszcze w trakcie remontu i dwie pierwsze doby Plamka przesiedziała w dziurze w ścianie, z której wychodziła tylko po to, by nasikać na kanapę. Cała rodzina dołożyła starań, by Mysza jednak przeprowadziła się na dół i zostawiła Plamce trochę przestrzeni do życia.

Z czasem było trochę lepiej, Plamka zaczęła wychodzić do ogrodu – i wtedy pogoniła ją dobermanka Krecia. Plamka uciekła i przepadła. Myśleliśmy, że już nie wróci, jednak po półtora tygodnia przyszła głośno miałcząc. Od tej pory spędza kilka dni w domu, a kilka poza domem. Jest kochana i potulna, pozwala dzieciom brać się na ręce, a do jej wieczornych obowiązków należy usypianie mojej starszej córki.

No tak, ale Plamka była już duża, gdy z nami zamieszkała. A córka zamarzyła sobie o malutkim kociątku. Ja na to, że chętnie, ale nie teraz, za dużo było ostatnio zmian, mamy czas. Jednak gdy w dzień matki wróciłam z pracy, przywitały mnie dwie pary niebieskich oczu: pierwsza należała do córki, druga do... Pusi. Pusia była maleńka, zdaniem weterynarza zbyt szybko zabrana od mamy. Mimo to już pierwszego dnia wiedziała, do czego służy kuweta, a drugiego nauczyła się sama jeść – wcześniej zsysała mleko z palca. Od początku zachowywała się, jakby była największym zwierzęciem w domu. Absolutnie nikogo się nie bała, a inne czworonogi ją szanowały. I tak zostało: Pusia wykłada się na środku podłogi, a Krecia grzecznie obchodzi ją dokoła.

Pusia zaczęła od oswojenia sobie Plamki i uczynienia z niej towarzyszki zabaw. Następnie zrobiła porządek z Myszą: broniła przed nią Plamkę i przeganiała z góry na dół. Jak to jest, myślałam: wydawało się, że trzy koty to o jednego za dużo, tymczasem problem rozwiązało wzięcie kolejnego kota.

Moja córka okazała się jednak nienasycona: zaczęła marzyć o piesku. Krecia jest duża i gwałtowna, zdarza jej się rzucać na obce koty i psy; kiedyś już wykąpała moją córę w kałuży. Mówiłam: nie ma mowy, nie będzie pieska, może kiedyś w przyszłości, ale na razie nie mam siły ani czasu. Moja mama zachowała się wtedy tak, jak ma to w zwyczaju, czyli po prostu zrobiła to, na co miała ochotę. Wybrała się z dziewczynkami na festyn i wróciła ze szczeniakiem. Początkowo uległam, jednak po dwóch nieprzespanych nocach spędzonych z psim niemowlęciem oznajmiłam, że ja psa nie chciałam i odmówiłam współpracy. Haks został więc na głowie mamy.

Wyglądał jak skrzyżowanie hieny z krową, miał jedno oko niebieskie, drugie brązowe, do tego szarą sierść w czarne łaty. Był niemądry i tchórzliwy, najbardziej bał się wózków dziecięcych i kubłów na śmieci. Wychowywały go dziewczyny albo może on je wychowywał, w każdym razie ojciec któregoś dnia oznajmił, że moja młodsza córka dotkliwie pogryzła psa. Krecia zaadoptowała Haksa, a gdy wzrósł, dawała się wciągać w najdziksze harce. A wyrósł nieoczekiwanie na dużego psa.

A potem znikła Mysza. Przez kilka dni wydawała się nieswoja, wreszcie cichutko rozpłynęła się w powietrzu. Nie wróciła do domu na noc ani już nigdy więcej.

Haks był psem wszystkożernym, jadł drewno, sznurki i plastik, pogryzł połowę zabawek. Kiedyś zjadł kostkę masła i poprawił opakowaniem tranu. Niestety właśnie łakomstwo go zgubiło: zeżarł torcik czekoladowy. Kilka dni później wylądował w klinice dla zwierząt, ale nie udało się go już odratować. Tego wieczoru słońce inaczej zachodziło, jakby za tym zachodem otworzyło się małe okienko... dokadś.

Następna była Plamka. Wyszła jak zwykle, ale nie wróciła po trzech dniach ani po tygodniu, ani po dwóch. Szukałam sensu wiedząc, że go nie ma. Przypomniało mi się „Piąte dziecko” Doris Lessing. Myślałam, że nie można mieć dowolnej liczby dzieci ani zwierząt, że nie można brać na plecy ciężaru zbyt wielu spełnionych marzeń.

Jednak Plamka wróciła. Wyszła pod koniec grudnia, pojawiła się z powrotem na początku marca. Podobno koty mają dziewięć żyć, więc to co niemożliwe w jednym, może się udać w kolejnym. Gdzie była i co robiła przez dwa i pół miesiąca? Ile już żyć przeżyła? Może opowiada o swoich przygodach mrucząc, ale ja nic nie rozumiem. 
 

piątek, 21 marca 2014

Historie z podstawówki

Jeden z nich, zapatrzony w strzęp własnego cienia,
Chciwie wody zażądał wargą obolałą,
A drugi wnet zawołał: "Ja nie mam pragnienia!"
A miał je, lecz mieć nie chciał... Tak mu się zdawało.
- Bolesław Leśmian "Dwaj skazańcy"

Na początku, gdy przeprowadziliśmy się do Polski i poszłam do trzeciej klasy, byłam przez jakiś czas kozłem ofiarnym. Wiem, bo powiedziała mi to wychowawczyni, do której przybiegałam z płaczem. Skarżyłam się też rodzicom. Tata stwierdził, że inne dzieci na pewno mi zazdroszczą, a ja potem przez wiele lat starałam się nie mieć nic, czego można by mi zazdrościć. Wstydziłam się też 3-letniego pobytu w Austrii, który mógł mnie wyróżniać. Chciałam być zwyczajna.

Dość szybko zaprzyjaźniłam się z trzema dziewczynkami. Dwie pierwsze i ja przyjaźniłyśmy się właściwie raczej w zmiennych dwójkach, przy czym dwie obgadywały trzecią.

Z jedną z nich pisałam listy na listkach bzu. Notorycznie spóźniałyśmy się po długiej przerwie, a na lekcjach nie uważałyśmy, aż nas rozsadzono. Jej rodzice byli rozwiedzeni. Tata był malarzem, autorem fresków zdobiących kościół, do którego chodziłyśmy. Mama tkała obrazy, a ja wciąż marzę, że kiedyś usiądę przy krosnach, choć być może nie jest to marzenie, które spróbuję spełnić. W jej mieszkaniu był piękny świetlik - przeszklony sufit. Dziewczyna ta nauczyła mnie podstawowych modlitw, bo żadnych nie znałam.

Druga moja przyjaciółka była gadatliwa. Spacerowałyśmy razem, ona coś opowiadała, a ja z reguły się wyłączałam, bo miałam kłopoty z koncentracją. Jej ojciec był alkoholikiem, a ona mówiła o nim po nazwisku. Choć blondynka, była podobna do mojej mamy, a mój tata bardzo ją lubił. Razem poszłyśmy z opóźnieniem do komunii, w piątej klasie. Właśnie ona najbardziej bała się ekshibicjonistów, których było na pęczki w pobliskim parku.


Trzecia była najrozsądniejsza, łączyła nas z resztą klasy. Odprowadzałam ją do rogu i w końcu aż do domu, bo żartowała, że przecież nie umówiłyśmy się, do którego rogu. Często przychodziłam do niej w gości. Notorycznie spóźniałam się potem do domu i przez jakiś czas zabierałam zawsze ze sobą ogromny budzik, by uniknąć wyrzutów rodziców.

Dwie koleżanki z klasy budziły mój lęk. Chodziły od dziecka do dziecka i zadawały wszystkim to samo pytanie: "Jesteś za Partią czy za Solidarnością?". Nie miałam pojęcia, co to Partia ani co Solidarność. Zapytałam taty, a on polecił, bym mówiła, że jestem za Partią. Gdy odpowiedziałam w ten sposób, koleżanki odeszły chichocząc i szepcząc coś pomiędzy sobą w nieprzyjemny sposób.

Gdy niedawno opowiadałam te historie, uzmysłowiłam sobie, z jak ważnymi sprawami miałam do czynienia w wieku 10 czy 12 lat. Polityka, sztuka, religia, rozwody, alkoholizm, przemoc rówieśnicza i seksualna... A myślałam wtedy - bo tak mi mówiono - że dzieci nie mają poważnych problemów, i że prawdziwe życie dopiero się zacznie. 

Mój rozmówca stwierdził, że on nie ma takich ciekawych historii do opowiedzenia. A mi się przypomniały słowa mojej trzeciej przyjaciółki z podstawówki, wypowiedziane gdy już byłyśmy dorosłe: "Ty jak coś opowiesz, to wydaje się ciekawsze". A przecież dobrze wiem, co to znaczy nic nie czuć i ciągle się nudzić. To moja świadoma decyzja, by patrzeć i czuć. Wtedy jest ciekawie, ale czasami też boli. 

niedziela, 16 marca 2014

Czy mężczyźni bywają Kopciuszkami?


Kiedyś już pisałam tu i trochę tu, że nie przepadam za bajką o Kopciuszku. Wkurza mnie pochwała niecenionej przez nikogo pracowitości. Zmagam się z tym problemem na co dzień. Nie lubię sprzątać i moje dzieci też nie lubią. Może daję im zły przykład, bo temat bałaganu nieodmiennie podnosi mi ciśnienie, sprzątając stukam, trzaskam i zrzędzę. I czuję się pokrzywdzona. Dlaczego właśnie ja?! Nie to co Kopciuszek, który pracował cicho, starannie, nie skarżąc się.

Ale, ale... w bajkach pojawiają się też męskie postaci przybrudzone popiołem. Jest szkocki Popieluszek i rosyjski Kostia-Popiołek. No proszę! To brzmi dobrze.

Poczucie krzywdy trochę odpuszcza i myślę, z czym kojarzy mi się popiół. Z całopaleniem zwłok, z żar-ptakiem i Feniksem powstającym z popiołu, z przejściem do innego wymiaru, z umieraniem i rodzeniem się na nowo, z dbaniem o święty ogień i ognisko domowe. Zaczynam myśleć o Kopciuszku jako o szanowanej niegdyś kapłance, później jednak niesprawiedliwie pogardzanej i upokarzanej. Stojąca nad garami kura domowa to właśnie Kopciuszek. Wykonuje ważną i potrzebną pracę, która powinna być szanowana, lecz nie jest.

Czym zajmują się Popieluszek i Kostia-Popiołek? Kostia ratuje młode żar-ptaki, a ich matka odwdzięcza mu się zdradzając, gdzie jest ukryty dzban z magicznym napojem dającym nadludzką siłę. Potem chłopiec najmuje się do pracy u cara, a do jego obowiązków należy palenie w piecach. Wtedy to – ponieważ chodzi czarny i szary od sadzy – zyskuje miano Popiołka. Jest to jednak tylko krótki epizod w bajce. Następnie Kostia dzięki magicznemu napojowi dokonuje wspaniałych czynów i zdobywa rękę królewny. Więc to zupełnie inna bajka mimo podobnych wątków.

Popieluszek wydaje się początkowo bardziej podobny do Kopciuszka. Śpi koło pieca, jest przybrudzony popiołem i lekceważony przez rodzinę. Jednak jeśli chodzi o podejście do pracy, stanowi przeciwieństwo Kopciuszka. W bajkach, szczególnie w rosyjskich, jest wiele takich postaci: to najmłodsi synowie spędzający długie godziny na spaniu za piecem. Są leniwi i niezdarni, i właśnie z tego powodu pogardzani. Ich zaletą okazuje się być twórcze myślenie, nietypowe podejście do problemów, znalezienie sposobu tam, gdzie inni nic nie widzą.

Chłopcy dowiadują się więc: Nie poddawaj się presji większości. Lepiej dobrze się zastanowić niż ciężko pracować. A przekaz dla dziewcząt brzmi: Nie skarż się i rób, co ci każą. Pracuj, pracuj, pracuj.

No i takie życie. Nie pocieszyło mnie szukanie w bajkach męskich postaci brudnych od popiołu.

sobota, 15 marca 2014

O Syrenie czyli o wolności kobiety w bajkach


A trzeci mówi: moja najmilejsza, czemużeś mi tak smutna...

Hasło „wolność albo śmierć” kojarzy mi się przede wszystkim z historią Polski, z rozbiorami, okupacją, partyzantką i powstaniami. Czytając polskie bajki zauważyłam, jak mocny jest przekaz dotyczący walki o osobistą wolność kobiet. Syrenka – symbol wolnej Warszawy – to przecież kobieta.

Tematem tych bajek jest wolność wyboru drogi życiowej i człowieka, z którym chce się tą drogą iść. Niektóre bohaterki nie zamierzają w ogóle wychodzić za mąż, inne mają dość odwagi, by wybrać mężczyznę nieakceptowanego przez męskiego opiekuna. Nie rezygnują z własnej woli, nawet jeśli muszą za to zapłacić najwyższą cenę.

Wanda, która nie chciała Niemca, kierowała się poszanowaniem swojego wyboru i odpowiedzialnością za kraj, którym władała. Postanowiła nie wychodzić za mąż za księcia Rytgiera. Jednak konsekwencją tej decyzji miała być zbrojna napaść na Kraków, ponieważ Rytgier zamierzał wziąć siłą to, czego mu Wanda odmówiła. Ona  więc wybrała śmierć w wiślanych wodach myśląc: „Lepiej umrzeć, niż narazić swój lud na cierpienie. Rytgier nie zdobędzie mnie siłą!”.

Zła Kunegunda nie pasuje ani do ówczesnych, ani do współczesnych stereotypów płci. Można powiedzieć, że wywołała sporą awanturę o gender. Choć piękna, nie bawiło jej wyszywanie na tamborku ani roztaczanie opieki nad słabszymi. Wolała oglądać walki i polowania. Była okrutna i lubiła krew. Jednak kochający ojciec postanowił nakłonić ją do podjęcia roli właściwej dla płci. Kunegunda nie chciała iść za mąż, lecz w końcu uległa prośbom i groźbom taty. Przynajmniej pozornie: wyznaczyła pretendentom do swej ręki niemal niewykonalne zadanie. Wielu śmiałków, oczarowanych urodą księżniczki, zabiło się spadając w przepaść z murów zamku Chojnik, które mieli objechać konno. W końcu jednak na zamek przybył rycerz, który obudził w sercu Kunegundy gorące uczucia. Wykonał zadanie, po czym upokorzył księżniczkę oznajmiając, że nie zamierza wiązać swego życia z kobietą tak okrutną. Zrozpaczona Kunegunda rzuciła się w przepaść. Podobno wciąż można zobaczyć ją błąkającą się po murach zamku.

W ruinach wielu polskich zamków widać cienie i słychać zawodzenia białych i czarnych dam...

Kolejna z nich to czarna księżniczka z Szamotuł, która za życia miała na imię Halszka. Gdy jej ojciec dowiedział się o miłości łączącej córkę i dworzanina, kazał oddalić go z dworu. On jednak zasłoniwszy twarz maską pojawił się na balu karnawałowym i w ten sposób spotkał się z Halszką. Razem uciekli i zamieszkali w domku myśliwskim w lesie, gdzie przez jakiś czas byli szczęśliwi. Jednak służący ojca znaleźli dziewczynę i zabrali ją na zamek. Jej wybranek był w tym czasie na polowaniu, więc udało mu się uciec. Halszce ojciec nałożył na twarz żelazną maskę jako przypomnienie maseczki, którą miała na sobie w czasie balu, gdy postąpiła zgodnie z własną, a wbrew ojcowskiej woli. Następnie zamkną ją w wieży i wypuścił dopiero, gdy zachorowała. Wkrótce umarła. A jej duch krąży wokół szamotulskiej baszty.

W bajce nie jest wyjaśnione, skąd wziął się jej tytuł. Czemu Halszka to czarna księżniczka? Anna Kohli w książce „Trzy kolory bogini” twierdzi, że podania o czarnych i białych damach to ślady kultu pradawnej potrójnej bogini: białej, czerwonej i czarnej. A miejsca, w których się błąkają, to miejsca niegdysiejszego kultu.

Niektóre bajki mają wyraźnie mitologiczne korzenie. Należy do nich opowieść o Syrenie. Pewien rybak usłyszał jej przepiękny śpiew. Zachwycony, lecz jednocześnie zaniepokojony, czy nie grzeszy słuchając nieboskiego stworzenia o ciele kobiety i rybim ogonie, zwierzył się pustelnikowi. Ten zarządził, że syrenę należy złapać i zawieźć na dwór księcia, by tam śpiewała w niewoli. Syrenie udało się jednak zauroczyć śpiewem pilnującego ją pastucha i dzięki temu uciekła. Do głębi urażona tą próbą odebrania jej wolności, zniknęła w wodach Wisły wołając: „Śpiewałam wam, ludzie prości, ludzie serca cichego i dobrego, ale na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę”.

Królowa Jurata była władczynią podwodnego królestwa i mieszkała w pałacu z bursztynu. Pokochała młodego rybaka – zwykłego śmiertelnika – czym obraziła gromowładnego Perkuna. Perkun ciskając kamiennym piorunem zabił Juratę i rozbił w drobne kawałeczki jej pałac, a rybaka przykuł do podwodnej skały i rzucił mu pod nogi zwłoki kochanki.

Ślad walki o własną wolę można znaleźć również w bajce o królewnie Roksanie. O rosyjskiej wersji bajki pisałam tu. Z polskiej wersji dowiadujemy się o przyczynie rzucenia złego czaru na królewnę-żabkę. Jej matka, „dobra wróżka Wiślana, władczyni rzek i jezior, królowa rusałek i nimf wodnych” pokochała człowieka, a ze związku tego urodziła się Roksana. Zły czarnoksiężnik Morowit przemienił w drzewo jej ojca, a ją samą zaklął ją w żabę, ponieważ nie chciała wyjść za niego za mąż. Czar mógł z niej zdjąć tylko młodzieniec, który jako żabkę uczyni ją swoją żoną. Według Anny Kohli żaba symbolizuje... waginę i całą kobiecą moc związaną ze zdolnością tworzenia i niszczenia. Ta bajka kończy się dobrze. Królewiczowi – przyszłemu mężowi Roksany – w uwolnieniu dziewczyny pomagają trzy wiedźmy-prządki. Potrójna bogini przędąca ludzki los. Aby przywrócić wolność królewnie-żabce konieczne było odwołanie się do kobiecej siły i uszanowanie kobiecej woli.

Część naszych przodkiń prawdopodobnie mogła wybrać sobie męża zgodnie z własną wolą. Wiele, tak jak w ludowej piosence „Lipka”, nie miało wyboru. Ale przekaz o kobiecej wolności, mocy i odwadze jest w bajkach bardzo wyraźny. Choć często smutny.