piątek, 10 marca 2017

Przedistnienie

Przedwiosenny niepokój. Podekscytowanie, ten moment przed... jeszcze nawet nie wiadomo, przed czym. Niepokój delikatny, ulotny, efemeryczny jak róża małego księcia (ale ona przynajmniej zdążyła zakwitnąć!), cieniutki jak igła, ostry jak zielony kiełek, który już-już prawie przebija się przez ziemię. Tęsknota za czymś, czego jeszcze nie ma, co może już prawie się stało. Za czymś, co może będzie, a może jednak nigdy się nie zdarzy, albo może zdarzy się całkiem inaczej, niż się myślało. To uczucie ulotnego ześlizgiwania się, przepływania między palcami, jak kontakt z duszami, które mają stać się ciałami, ale jednak nie stają się nimi i przepadają w nicości. 

Miliardy możliwości, z których tylko nieliczne się ziszczą. Jak miliardy gwiazd - wokół każdej z nich mógłby powstać układ planetarny i w każdym mogłoby wykiełkować życie. A przecież aby dotrzeć do odkrytego jakiś czas temu układu planetarnego obiecującego istnienie życia, potrzebowalibyśmy przy obecnym poziomie rozwoju technologii 800 tysięcy lat - to cztery razy dłużej niż czas istnienia naszego gatunku na naszej planecie. Jak niezliczone plemniki i niezliczone komórki jajowe i te wszystkie istnienia, które nie zaistniały.

Przedwiosenny niepokój. Uczucie zakochania nie do spełnienia, nie do ukojenia. Oczekiwanie w którym tuż-tuż pod powierzchnią radości czai się rozczarowanie. To jak pożegnanie jeszcze przed powitaniem. Jak opłakać coś, co się nie stało?

Ale już niedługo nadejdzie wiosna, kiełki przebiją się przez ziemię, pąki pękną, kwiaty rozkwitną - te boleśnie nieliczne, wśród których sami jesteśmy. My żyjący, którym udało się wyłonić z otchłani, z chaosu, z obietnicy wielu możliwości - właśnie my się spełniliśmy. Jesteśmy wybrańcami bez uzasadnienia. Tak jak ludzie, którzy stracili rodziny w kataklizmach wojennych, czują się winni temu, że żyją - tak ja na przedwiośniu czuję, jak bardzo ulotne jest istnienie.