środa, 12 października 2016

A może właśnie tak jest najlepiej

Kiedyś przyśnił mi się absurdalny koszmar. Pod dom podjechał samochód, na którego masce widać było martwe wiewiórki. Z niepokojem wyglądałam przez okno, aż z samochodu wysiadł... wielki królik. Wtedy we śnie zaczęłam kląć (wybaczcie): „ja pierdolę, kurwa mać, przecież to mi się musi śnić”, po czym się obudziłam.

No cóż, pewnie człowiek czasem żyje w jakimś absurdzie, z którego lepiej się obudzić. Ale opowiedziałam ten sen koleżance, a ona poleciła mi film Donnie Darko”, ponieważ w nim również występuje wielki i groźny królik. 

Film jest oczywiście zupełnie pokręcony i całkowicie mnie zauroczył. Wszystkie realne i sensowne hipotezy okazują się fałszywe, a rozwiązanie jest fantastyczne. Bohater dzięki tajemniczemu zakrzywieniu czaso-przestrzeni może wybrać... może uniknąć tragedii. Jednak jaki wybór pozwala tej tragedii uniknąć, a jaki do niej prowadzi, i czym jest samatragedia - tego dowiadujemy się dopiero na końcu. Niepokój nas nie oszukuje, naprawdę istnieje powód do niepokoju.

Czy bohater tak ja obudził się z koszmaru? Tak, sądzę, że tak...

Można pewnie zupełnie inaczej zrozumieć ten film, ale mi się podoba takie rozumienie. Jeśli istnieją równoległe światy, chcę wierzyć, że żyję w najlepszym. Jeśli już myśleć magicznie, to właśnie tak.

And I find it kind of funny, I find it kind of sad, the dreams in which I'm dying are the best I've ever had...

 

niedziela, 2 października 2016

Oscypek musi stać

Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny -
Wisława Szymborska

Magda przypomniała mi przygodę sprzed kilku lat, którą już wielokrotnie chciałam opisać, ale nie wiedziałam jak. I nadal nie wiem. Mam z nią problem taki sam jak z faktem, że bardzo lubię czytać Wojciecha Cejrowskiego. Cejrowski ma beznadziejnie homofobiczne i seksistowskie poglądy, ale jego opowieści z podróży są wspaniałe. "Rio Anaconda" przeczytałam dwa razy pod rząd, "Gringo wśród dzikich plemion" również zrobił na mnie wielkie wrażenie. Być może ludzie bywają jednocześnie bardzo mądrzy i bardzo głupi, czasem pełni szacunku i zrozumienia, a kiedy indziej - narzucają swoją wąskotorową wizję świata bez krzty zawahania. Ale to dotyczy Cejrowskiego, nie bacy. Z bacą było jeszcze inaczej.

Przede wszystkim jest to świat, który odchodzi, i dlatego możliwość odwiedzenia go uważam za przywilej. Gdy kilkanaście lat temu zaczęłam przyjeżdżać do Radocyny w Beskidzie Niskim, w okolicy było dużo bacówek. Po kilku latach została jedna. Kiedyś owce oznaczały dobrobyt, dziś sprzedawanie bundzu i oscypków przestaje się opłacać. Dlatego coraz rzadziej można dostać prawdziwe oscypki z owczego mleka. Nawet w Czarnem bundz, czyli biały owczy ser już nie skrzypi tak w zębach (ponoć właśnie po tym skrzypieniu można rozpoznać przewagę mleka owczego nad krowim).

Nie lubię przychodzić do bacówki sama, bo baca to świntuch. Ale nie zawsze miałam z kim iść, a jednak klimat tego miejsca mnie przyciągał, no i jak to - nie kupić oscypka? Kilka lat temu było więc tak: Córki poszły oglądać szczeniaki - to była dla nich największa atrakcja - a baca poczęstował mnie żyntycą (to coś w stylu serwatki), zaprosił do bacówki, po czym zaczął sobie żartować, jak to on woli, by się kobieta rozbierała (bodajże od góry, a nie od dołu - a może odwrotnie), i co gorsza... podszczypywać. Szlag by go trafił. No i zaprosił mnie, bym przyszła następnego dnia na warsztaty z robienia oscypków.

Poszłam, ale z obstawą. Zabrałam ze sobą trójkę dorosłych i troje dzieci, w tym oczywiście moje córki. Podszczypywania na szczęście już nie było. Za to były warsztaty. Siedzieliśmy razem z bacą i juhasami (pracownikami bacy) wokół kotła z gorącą wodą, z którego należało wyjąć kulę sera i nadać jej kształt oscypka. Baca świntuszył cały czas, ale inteligentnie. Każde zdanie wypowiedziane przez niego było dwuznaczne, jednak to drugie, właściwe znacznie rozumieli tylko dorośli. Dla dzieci wszystko dotyczyło oscypków. Najbardziej utkwił mi w pamięci taki dialog:

Koleżanka pyta: A ile on musi wisieć?
Baca odpowiada z rubasznym śmiechem: On nie może wisieć, on musi stać! Inaczej nic z tego nie będzie! 

Ale nie myślcie sobie, oscypki naprawdę stoją, a nie wiszą. 

No i tak było przez cały czas.

Zdjęcie: Grzegorz Ziemiański.
Pośrodku jeden z juhasów.
I co ja mam zrobić z tą opowieścią? Lubię być podszczypywana? Ależ skąd! Zachowanie to jest dla mnie chamskie i seksistowskie. Lubię te wszystkie dwuznaczności? Nie bardzo, ale czy bez nich to by jeszcze była bacówka? Czy podobały mi się warsztaty? Bardzo! Czy lubię to miejsce? Bardzo lubię. Czy mam żal do bacy? Nie mam...

Ale to jeszcze nie koniec. Dwa albo trzy dni później baca mnie zaskoczył, bo ni stąd ni zowąd zacytował Wisławę Szymborską: nie będziemy repetować żadnej zimy ani lata. Wprawdzie zawitałam wtedy do bacówki nie sama, lecz w męskim towarzystwie. Z drugiej strony przyznam, że to nie ja rozpoznałam cytat, ale mój ówczesny towarzysz podróży. Tak czy siak: jak tu bacy nie lubić?