czwartek, 25 sierpnia 2016

Na całe życie

Kiedy byłam w Warszawie, musiałam przestawić samochód, ponieważ akurat miały być na tej ulicy kręcone zdjęcia do filmu "53 wojny". Po powrocie do domu skończyłam czytać "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym" Grażyny Jagielskiej i skojarzyłam, że chodzi o zdjęcia do filmu opartego o tę właśnie książkę. 

Wcześniej przeczytałam już "Anioły jedzą trzy razy dziennie" tej autorki. Jej relacja z pobytu w szpitalu psychiatrycznym sprawiła, że jednocześnie śmiałam się i płakałam, a ostatecznie pozostałam oniemiała. To zdecydowanie moja ulubiona książka z tych przeczytanych w ciągu ostatnich kilku lat.

"Miłość z kamienia" też mi się bardzo podobała, choć inaczej. Wzbudziła wiele refleksji. Na temat małżeństwa, wspólnego życia, własnych granic, zdrowia psychicznego.

Kiedy napisałam Mam prawo odejść, pewna teolożka wytłumaczyła mi, o co chodzi w ślubie kościelnym, a tłumaczenie to - przyznam - zrobiło na mnie duże wrażenie. Zrozumiałam wtedy, dlaczego w kościele katolickim nie istnieją rozwody. Jeśli ktoś przysięga przed Bogiem, że nie opuści swojego męża czy żony, nie może tego zrobić niezależnie od wszystkiego. A przemoc? - zapytałam, bo oburza mnie wymaganie od kobiet, by trwały przy swoich oprawcach. Dowiedziałam się jednak, że jeśli druga połówka stosuje przemoc, należy żyć w separacji, zarówno po to, by ochronić siebie i dzieci, jak i po to, by uchronić męża czy żonę przed grzechem. Nie wolno jednak wiązać się z nikim innym, lecz wspierać najbliższą osobę w dążeniu do zmiany.

Być może aby złożyć taką przysięgę, trzeba mieć naprawdę silną wiarę. Nie wiem - jestem ateistką. Myślę, że większość ludzi zawierających małżeństwa w kościele nie traktuje przysięgi przed Bogiem jako zobowiązania, lecz raczej przeciwnie - jako dobrą wróżbę, amulet, dzięki któremu mają być szczęśliwi.

"Miłość z kamienia" nie porusza tematu religii. Ale podstawowy wątek dotyczy trwania w małżeństwie mimo cierpienia i usiłowań ratowania związku, który miał być na całe życie

Cierpienie odczuwane latami przez narratorkę, ogromny lęk wynikający z pewności, że prędzej czy później usłyszy wiadomość o śmierci męża - korespondenta wojennego - sprawił, że znalazła się w szpitalu psychiatrycznym. Obie książki - "Miłość z kamienia" i "Anioły jedzą trzy razy dziennie" są dla mnie też o tym, że każdy człowiek ma pewien próg cierpienia, jakie jest w stanie znieść. Istnieje taki poziom stresu, który każdego doprowadzi do załamania. Nikt nie jest w stanie znieść wszystkiego, choć każdy może znieść co innego i w różnym natężeniu. Książki te są też o ogromnym szacunku dla granic ludzkiej wytrzymałości. 

Narratorka "Miłości z kamienia" nie zastanawia się, czy odejść - to ja się waham za nią. Miłość na całe życie wydaje się być dla niej wartością niepodważalną, nawet jeśli staje się miłością z kamienia. Siwy pan, który w czasie pobytu w szpitalu szczerze stara się narratorce pomóc, i który ma szczególny zwyczaj zwracania się do niej per "my", stawia jednak diagnozę, a diagnozy istnieją w świecie poza wartościami. Mówi o symbiotycznym związku z mężem, przez który narratorka tak mocno boi się jego śmierci, jakby chodziło o jej własną.

A ja mogę napisać tylko tyle, że prawdy nie ma albo też istnieje wiele prawd.