poniedziałek, 15 lutego 2016

Miłość i wolność

Miłość można spotkać tylko tam, gdzie nie ma lęku i gdzie panuje wolność - Anthony de Mello

Jeśli dobrze pamiętam, w psychologii Gestalt za rozwój uważa się łączenie przeciwieństw. To, co wcześniej wydawało się nam przeciwstawne i wykluczające się, na wyższym poziomie okazuje się być dopełniającymi się częściami większej całości.

Kiedyś myślałam, że miłość i wolność są takimi przeciwieństwami i że wolność jest spleciona z samotnością, a miłość znowu z brakiem możliwości decydowania o sobie. Pytanie o to, co wybieram - miłość czy wolność - powodowało, że czułam się rozdarta. I choć nadal uważam, że miłość wymaga wyrzeczeń, to teraz wierzę, że wyrzeczenia te mają sens tylko wtedy, gdy są dobrowolne. A jeśli są dobrowolne, to nie ograniczają wolności.

Określenie „Rodzicielstwo bliskości” wydaje mi się mylące, a przynajmniej niekompletne. Bliskość jest tu raczej częścią większej całości. Bardziej trafna byłaby nazwa „Rodzicielstwo bliskości i wolności”.

Tę część rodzicielstwa bliskości, która opiera się na bliskości właśnie, odkrywałam sama, intuicyjnie, buntowniczo i na przekór, spierając się z głosami gderającymi w mojej głowie. Nie było wtedy jeszcze artykułów ani książek Agnieszki Stein, nie słyszałam o Searsach. Spałam z moimi dziećmi (teraz mówi się - współspałam), nosiłam na rękach, karmiłam piersią i pozwalałam im zasypiać przy piersi, bo czułam, że właśnie to jest właściwe i moje. Wsparciem choć jednocześnie też polem bitwy były fora internetowe.

Odpierałam ataki płynące od osób wokół mnie i z własnej głowy, jakoby moja nadopiekuńczość ograniczała dziecko. Teraz już mam jasność, że nadopiekuńczość to odbieranie wolności a nie obdarowywanie bliskością.

I to jest właśnie ta druga strona rodzicielstwa bliskości. Jak najwięcej zaufania i wolności, a zasad i kontroli tylko tyle, ile naprawdę niezbędne. Dbanie o swoje potrzeby i swoje granice na równi z szanowaniem potrzeb i granic dzieci. Prośby i podziękowania zamiast wymuszania, zakazów, kar i nagród.

O ile obdarzanie bliskością przychodziło mi z łatwością i intuicyjnie, o tyle zostawianie dzieciom wolności wymagało pracy rozumu.

Jedną ze wspanialszych książek o rodzicielstwie, jaką czytałam, zdecydowanie jest "W głębi kontinuum" Jean Liedloff. Autorka opisuje, jak swoje dzieci wychowują Indianie Yequana mieszający w Puszczy Amazońskiej. Wychodzi ona z założenia, że jako gatunek jesteśmy lepiej przystosowani do życia w plemionach pierwotnych niż we wpółczesnych społecznościach. Zwłaszcza potrzeby małych dzieci, fukcjonujących głównie instynktownie, niczym się nie różnią od potrzeb dzieci rodzonych przez nasze prapraprababcie. Mnie to przekonuje. W sensie ewolucyjnym nie nadążamy za własnymi wynalazkami.

Początkowo dzieci potrzebują więc nieustannej fizycznej bliskości zapewniającej przetrwanie. A nieco później przestrzeni do doświadczania świata i uczenia się nowych umiejętności. Tam już kilkumiesięczne dzieci dostają do rąk maczety i pochodnie, a starsze bawią się strzelając do siebie prawdziwymi strzałami z prawdziwych choć mniejszych łuków. Dzieci dżungli są znacznie mniej chronione od naszych. Mają dużo więcej zarówno bliskości jak i wolności. Więcej na temat tej książki i wywołanych przez nią przemyśleń pisałam tu.

Nasze dzieci są tymczasem bardzo mocno chronione i ograniczane, a rodzice obwiniani o każdy wypadek, niezależnie od jego powagi. Niedawno wysłuchałam w radiu informacji, że sąd rodzinny zajmie się sprawą kilkuletniego dziecka, które wyszło z domu w zimie w samej piżamie i poszło do pobliskiego sklepu. Dowiedziałam się, że dziecku nic się nie stało i że jego  matka nie była pijana. Jednak sąd będzie rozważał, czy matka nie zawiniła brakiem wystarczającej kontroli przez to, że na kilka chwil spuściła dziecko z oczu. To coraz bardziej nie jest moja bajka.

Pomostem łączącym bliskość i wolność jest dla mnie zaufanie. Wspaniale mówi o tym fotograf Jimmy Nelson w wywiadzie, który przetłumaczyłam:
"Sądzę, że należy pozwolić dzieciom znaleźć ich własne granice. Mieszkamy w mieście. Pozwalamy naszym dzieciom wychodzić i wracać o tej porze, o której chcą. Oczywiście nie podoba się to innym ludziom, którzy ustalają nieprzekraczalne godziny i dają szlabany. Moja żona i ja mówimy: „I tak wyjdą. Muszą odnaleźć własną drogę”. Kiedyś paliliśmy, ale już nie palimy. Nie przyjmujemy narkotyków. Ale mówimy naszym dzieciom: „Jeśli tego właśnie chcesz, zrób to, wtedy się nauczysz. Ale proszę, bądźmy w kontakcie. Proszę, rozmawiaj z nami”. Jeśli nie masz do nich zaufania i nie pozwalasz im na przeżywanie własnych przygód, intuicyjnie będą się buntować przeciwko temu, ponieważ będą chciały wyjść i przeżywać przygody".

Lubię myśl, że wcale nie muszę wybierać między miłością a wolnością, bo są one niezbędnymi elementami tej samej całości.