wtorek, 29 września 2015

Dwie kobiety

Zamiast pamiątek wolę przywozić z wakacji piosenki. Pozwalają zajrzeć poza zaganianą codzienność, odetchnąć głębiej, pomyśleć. W górach podoba mi się żywa muzyka, spotykanie ludzi, którzy śpiewają, grają na gitarach. Czasami można posłuchać profesjonalistów, grających własne utwory, wydających płyty. Różne piosenki kojarzą mi się z różnymi wyjazdami, przeżyciami, osobami. Bywało, że ktoś zagrał dla mnie albo tak jakby dla mnie. To chwile utopione w bursztynie. Niektóre piosenki stają się ważne dopiero na kolejnym wyjeździe, gdy ich posłucham po raz drugi albo trzeci, czasami na przestrzeni kilku lat.

W tym roku przywiozłam dwie piosenki. "Matulu moja" to ludowa piosenka o wielu wersjach:



Pierwsze zwrotki powtarzają się, następne są różne - ale wszystkie smutne i pełne tęsknoty, bardziej lub mniej wprost. Tu zebrałam te zwrotki, które najmocniej mnie poruszają.

Matulu moja, śliczną córę masz,
oj, nie wydawaj za byle jakiego,
jej urody żal.

Bo jej uroda, jak bystra woda,
a jej liczeńka pięknie przekwitają
jak w sadzie róża.

Ja różę urwę, nie będzie rosła,
oj, już i moja zielona dróżeńka
cierniem zarosła.

Cierniem zarosła, śniegiem zawiała,
oj, nie wiesz, nie wiesz, moja matuleńko,
gdzieżeś mnie wydała.

A ja się zmienię w siwą ptaszynę
siądę w sadeńku przy drobnym ziołeńku
i będę u was.

Piosenka ta opowiada o tej części mojej kobiecości, która idzie pierwsza, bo jest młodsza. Potrzebuje innych kobiet  - matki, babci, przyjaciółek - aby dojrzeć, nabrać sił i zaufania do siebie. Boi się zależności od mężczyzn, nie chce spotkać Sinobrodego (a o Sinobrodym pisałam tu). Jest na progu dorosłości, na rozstaju, a rozstaje są niebezpieczne. Ta mieszkająca we mnie dziewczyna jest feministką, bo słyszy głos babci zwracającej się do mamy: "dziecko, jak to dobrze, że ty pracujesz", babci, która nie pracowała zawodowo. Powoli nabiera zaufania, uczy się dbać o siebie i chronić.

Druga piosenka to "Bezpowrotnie" zespołu Na Bani:



Ta piosenka przywołuje wizję starszej i bardziej dojrzałej kobiety. Takiej, która dba o ognisko domowe i zwołuje domowników. Wierzy, że choć można tęsknić za wolnością, ostatecznie dom i relacje łączące ludzi zamieszkujących go stanowią większą wartość. Mimo że wymagają pogodzenia się z niedoskonałością - swoją i bliskich nam ludzi - mimo że budzą wiele emocji i trzeba je wciąż budować od nowa, to jednak bliskie i trwałe relacje są najlepszym, co nas może w życiu spotykać. 

Za podobny przekaz lubię od wielu lat tę piosenkę, w której przywoływanie bliskiej osoby zmienia się w modlitwę do Boga:



Obie te kobiety są we mnie: młodsza i starsza. Młodsza jest skłonna trzasnąć drzwiami i odejść choćby po to, by uczcić pamięć prababć, które nie miały wyboru. Starsza przywołuje młodszą: "porzuć sny i ocal to, co jeszcze trwa". Młodsza ma dość siły, by odejść, starsza ma dość siły, by zostać.

wtorek, 8 września 2015

Żyć tu i teraz czy planować?

Od dawna mielę w myślach temat bycia tu i teraz versus planowania przyszłości.

Tu i teraz daje poczucie szczęścia i sensu życia. Plemiona pierwotne żyją tu i teraz. Prawdopodobnie nie jesteśmy ewolucyjnie przygotowani do dalekosiężnego planowania, dalszego niż do najbliższej kolacji.

Ale jednak to robimy. Planujemy edukację, bierzemy kredyty, odkładamy na emeryturę i dbamy o ubezpieczenie zdrowotne. Przynajmniej ta część z nas, która nie wypadła ze społeczeństwa. Mamy wiele korzyści z planowania i wcale nie jesteśmy tacy skłonni, by z nich rezygnować. Nie chcemy martwić się głodem spowodowanym suszą ani chłodem w czasie ciężkiej zimy. Mamy nadzieję cieszyć się jako-tako chociaż bezpieczną starością. Dbamy o wykształcenie dzieci, by miały więcej możliwości w przyszłości. Korzystamy z dobrodziejstw nowoczesnej techniki.

Planujemy, choć ewolucyjnie jako gatunek jesteśmy krótkowzroczni. Gdzieś czytałam, że mieszkańcy Biskupina opuścili swoje osiedle, ponieważ zabrudzili jezioro do tego stopnia, że nie byli w stanie już korzystać z wody. Być może wierzyli w wieczne odradzanie się przyrody. Nadal jako gatunek zdajemy się w to wierzyć, choć jesteśmy już zbyt potężni. Pisał o tym Frank Schätzing w książce „Odwet Oceanu”. Dlatego niszczymy planetę, na której żyjemy. Potrafimy planować wystarczająco dalekosiężnie, aby zadbać o swoją korzyść, ale nie dość, aby zadbać o planetę, która nas karmi.

Dlatego odpowiedzią nie może być życie tu i teraz – chyba że z równoczesną rezygnacją z dóbr cywilizacji.

Niedawno byłam na krótkim ale zaskakująco ciekawym szkoleniu na temat coachingu. Prowadząca pokazała nam tzw. model hamburgerowy Tal BenShahara, który poskładał mi w całość życie tu i teraz z planowaniem. Bo to nie musi być koniecznie sprzeczność.

Model według pana Ben Shahara jest taki:



Ale na szkoleniu był przerobiony bardziej po polsku i hamburger symbolizował wyłącznie hedonizm czyli właśnie życie tu i teraz. Jedzenie szybkie, smaczne i niezdrowe.  Szybkie i smaczne – to korzyści w chwili obecnej, zdrowie – to korzyść w przyszłości. Nihilizm to była zupka z proszku – jedzenie szybkie i już nawet nie smaczne. Wyścig szczurów został pokazany za pośrednictwem jedzenia wegańskiego – pracochłonne, wymagające, niekoniecznie smaczne, ale dające nadzieję na zdrową przyszłość. Szczęście symbolizowało jedzenie smaczne i zarazem zdrowe – bo przecież tak też się da, choć często wiąże się to z koniecznością poświecenia większej ilości czasu i wysiłku niż w przypadku hedonistycznego hamburgera.

Rzeczywiście jest tak, że ludność plemienna, która tak mi działa na wyobraźnię, nie potrafi opierać się pokusom łatwego, nowoczesnego i niezdrowego życia. Kontakt z cywilizacją powoduje, że szybko stają się otyli, uzależniają się od alkoholu. W dzikim świecie, do którego byli przystosowani, słodkie oznaczało „witaminy”, a nie „rafinowany cukier” ani „syrop glukozowo-fruktozowy”. Dlatego nie bardzo wierzę w intuicyjne zdolności dzieci do rozróżniania, co im jest potrzebne. Nasze dzieci, niepoddane jeszcze obróbce cywilizacji, są zbyt podobne do tych z dżungli, prawa ewolucji działają u nich mocniej. Owszem, niech decydują intuicyjnie, co chcą zjeść, ale po wykluczeniu z diety albo znacznym ograniczeniu słodyczy i różnych innych hedonistycznych świństw – bo żeby się przed nimi obronić, trzeba planować. Planować tak, jak potrafi to robić dorosły, cywilizowany człowiek. 

Jednak chociażby zalew słodyczy pokazuje, że jako gatunek raczej bawimy się w planowanie, a tak naprawdę tkwimy w hedonizmie, w tu i teraz. I właśnie przez to jesteśmy niebezpieczni. Dla siebie samych i dla wszystkich innych gatunków.