środa, 17 czerwca 2015

Bliskość dzięki odrębności

Dla Iwony, która mnie natchnęła :)


Jestem w bliskim związku i wiem, że jest to dla mnie bardzo dobre. Wcześniej szukałam bliskości. Często po omacku. Szukałam też tropów, które by mi wskazały, czym ona właściwie jest.

Pamiętam spotkania z kolegą ze studiów na pogaduchy. Z perspektywy czasu widzę, że były to szczególne spotkania, bo kolega mnie nie podrywał. Po prostu siedzieliśmy sobie i rozmawialiśmy. Pamiętam wyobrażenie przestrzeni, która się między nami tworzyła. Wizję nocnego powietrza wypełnionego tu i ówdzie gwiazdami. Kawałek wspólnego wszechświata. I to był dobry trop.

Oczywiście przez te wszystkie lata spotkałam wiele osób, które zbliżyły się do mnie mniej lub bardziej. Czasami myliłam się, myślałam, że jesteśmy blisko, a okazywało się, że było to złudzenie. Nauczyłam się też, że z osobami, które naprawdę się do mnie zbliżyły, mogę podjąć rozmowę równie dobrze po upływie godzin, dni i lat.

Jako trop, drogowskaz utkwił mi w pamięci moment, gdy poznany w górach człowiek śpiewał przy ognisku po góralsku, cicho, bez instrumentów, bez show. Słuchałam go bardzo uważnie, a on wiedział, że go uważnie słucham. I to też był dobry trop.

Istnieją granice państw i ludzie też mają granice. Bliskość to spotkanie na pograniczu. Można wtedy pokazać drugiej osobie kawałek swojego świata. Patrzeć z zainteresowaniem na kawałek świata drugiej osoby. Czasem myślę, że serdeczne zainteresowanie jest najcenniejszym prezentem, jaki można komuś dać. I jaki można dostać.

Czy istnieje bliskość rozumiana jako zlanie się dwóch osób w jedność? Sądzę raczej, że zlanie się jest zaprzeczeniem bliskości. Jeśli istotą bliskości jest wzajemne zainteresowanie, musi istnieć ta druga osoba, która budzi zainteresowanie. Jeśli się zlewamy, nie mamy kogo słuchać ani na kogo patrzeć. Nie ma kawałka innego świata, który moglibyśmy próbować zrozumieć. Albo też druga osoba nie widzi naszego świata, a my czujemy, że znikamy, jak państwo okupowane przez inne.

W rodzicielstwie bliskości podoba mi się przekonanie, o którym pisała gdzieś Agnieszka Stein, że blisko należy być też ze sobą. A to oznacza dla mnie, że i sama nie jestem całkowitą jednością. Mam wiele dusz, które ze sobą rozmawiają. Sama siebie przekonuję, sama o siebie się troszczę. Czasem się sama ze sobą wykłócam. Jak bohaterka "Carpe jugulum" Pratchetta, która była gruba i miała w sobie chudą dziewczynę, a ta sprzeczała się z nią na każdy temat. 

Dzięki temu była odporna na wampiry, nie potrafiły jej sobie podporządkować. Jeśli nie czytaliście, to przeczytajcie.

czwartek, 11 czerwca 2015

„Ja z mną” jako metoda na szczęście


Skąd to przekonanie? Że człowiek ma być szczęśliwy sam ze sobą i sam siebie uszczęśliwiać? Czy to nie jest tylko popularny wytrych myślowy? Moje szczęście zależy ode mnie. To ja decyduję o tym, czy jestem szczęśliwa.

A jeśli potrzebuję do szczęścia innych ludzi? Ich obecności, bliskości, serdeczności? Dlaczego miałabym ich nie zapraszać do swojego życia? I czy nie może być mi smutno, jeśli nie przyjmą zaproszenia - albo wręcz przeciwnie, wchodzą nieproszeni w brudnych butach

To tak jakby odczuwanie szczęścia w relacji „ja z mną” miało być szczytem zdrowia psychicznego. No dobrze, spróbuję napisać bez złośliwości. Owszem, relacja z samą sobą jest ważna. Uczę się być dobra dla siebie, słuchać się, rozumieć i wspierać. To mój punkt wyjścia. Wiem, że ostatecznie mogę zawsze na sobie polegać. Ale to mi nie wystarcza.

Podobno w NVC (komunikacji bez przemocy) bardzo ważne jest branie odpowiedzialności za swoje potrzeby. To określenie jest dla mnie równie niejasne i podobnie wpisuje się w kult samostanowienia. 

Potrzebuję innych ludzi. Potrzebuję rodziny, przyjaciół, wspierających współpracowników, tolerancyjnych sąsiadów. Mogę sobie próbować wmówić, że nie potrzebuję i że moje szczęście zależy tylko ode mnie. Szczerze mówiąc próbowałam to robić. Ale przestałam. Potrzebuję powietrza, pożywienia. Tak samo mam potrzeby psychiczne. 

Jestem szczera wobec siebie i biorę odpowiedzialność za to, jak wyrażam moje potrzeby. Ale to nie oznacza, że jestem odpowiedzialna za to, czy zostaną zaspokojone. Jestem odpowiedzialna za moje działania, ale nie za działania innych ludzi. Mogę o coś poprosić, ale druga osoba może mi odmówić. Nie wszystko zależy ode mnie, a zaakceptowanie że inni ludzie chadzają własnymi drogami może być oznaką szacunku wobec nich. Z drugiej strony zauważenie, że ludzie bywają krzywdzeni przez innych i w wielu wypadkach nie ponoszą za to winy, sprzyja chęci pomagania im.

Ja to ja - tylko i aż. Jestem swoim punktem wyjścia, ale nie wystarczam sobie do szczęścia. Takie daję sobie prawo.

O kulcie samodzielności pisałam tutaj.
A o braniu odpowiedzialności za siebie a nie innych tutaj i tutaj.