czwartek, 21 maja 2015

O szkodliwości rankingów szkół

Wybierając szkołę dla swojego dziecka rodzice patrzą na miejsca w rankingach. A rankingi są tworzone na podstawie ilości punktów uzyskiwanych przez uczniów danej szkoły w egzaminach zewnętrznych, czyli dla szkół podstawowych w sprawdzianie VI-klasisty, dla gimnazjów - w teście gimnazjalisty, no i dla szkół średnich - na maturze. Poza tym szkoły poddawane są raz na jakiś czas tzw. ewaluacji zewnętrznej, w której ocenie podlega m.in. też poziom wyników uzyskiwanych przez uczniów w testach.

Założenie - jak rozumiem - jest takie, że dobrzy nauczyciele odpowiednio przygotowują uczniów do zdania egzaminu, a dobrze przygotowani uczniowie lepiej zdają egzaminy od tych źle przygotowanych. I pewnie jest to prawda. Tyle że nie cała. Bo co z możliwościami intelektualnymi uczniów? Przecież są uczniowie mniej i bardziej zdolni, ci zdolni często zdają testy na lepszym poziomie, tak po prostu, niezależnie od tego, kto i jak ich uczy. Co z ich rodzinami? Przecież to nie bez znaczenia, czy rodzic usiądzie z dzieckiem przy lekcjach, wytłumaczy zadanie matematyczne, pomoże nauczyć się słówek Ważne jest też to, jakie książki dziecko ma w domu, czy rodzice dysponują atlasem, pocztem królów polskich, encyklopedią zwierząt... Czy zabiorą dziecko do muzeum, czy zapiszą do biblioteki... itp. itd. No i jest jeszcze kwestia zasobności portfela. Często okazuje się, że szkoły plasujące się wysoko w rankingach to te, których uczniowie są posyłani na regularne, płatne korepetycje.

Tyle że z tego wszystkiego brany jest pod uwagę tylko i wyłącznie wynik osiągany na egzaminie i na tej podstawie tworzy się rankingi mające świadczyć o poziomie szkoły.

Na barki nauczycieli wrzuca się w ten sposób odpowiedzialność nie tylko i nie przede wszystkim za metody pracy, jakie stosują, ale za uzyskiwany efekt, który nie tylko od nich zależy. Jeśli nauczycielowi trafi się w danym roku słabsza pod różnymi względami klasa, to martwi się on, że uczniowie z tej klasy słabo zdadzą egzamin, a on - nauczyciel - będzie z tego rozliczany. Efektem jest niestety nacisk wywierany na uczniów. Masz umieć. Nieważne czy jesteś w stanie i na ile jesteś w stanie w tym momencie. Musisz to umieć.

Teoretycznie zgodnie zgodnie z rozporządzeniem MEN nauczyciele powinni dostosowywać wymagania edukacyjne do możliwości i potrzeb psychofizycznych uczniów. Mogą to robić na podstawie opinii na temat uczniów opracowywanych przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Ale mogą też opierać się na własnych obserwacjach. Jeśli widzą, że uczeń pisze bardzo powoli i nie nadąża za klasą, mają prawo zadawać mu mniejszą ilość tekstu do napisania. Jeśli widzą, że uczeń nie potrafi poprawnie odczytać polecenia i przez to nieprawidłowo je wykonuje, mają prawo mu je odczytać. Jednak gdy nauczyciele słyszą takie propozycje, odpowiadają na ogół: ale przecież na egzaminie nikt mu nie ograniczy tekstu do napisania, nikt mu nie odczyta polecenia, będzie musiał pracować tak jak każdy inny uczeń. W praktyce często nie dostosowują wymagań do możliwości uczniów właśnie z lęku przed egzaminami - czytaj przed rankingami. Tak jakby dzięki nieprzyjmowaniu do wiadomości trudności dzieci, te trudności miały na egzaminie magicznie zniknąć.

Są grupy uczniów, którzy dzięki wystawianym przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne opiniom lub orzeczeniom dostają odpowiednie warunki na egzaminy, takie jak wydłużenie czasu pracy, odczytywanie poleceń czy inna pomoc nauczyciela. Jednak rozporządzenie dokładnie określa, jakie grupy mają takie prawo. Chodzi mianowicie o uczniów z upośledzeniem umysłowym, niedosłyszeniem lub niedowidzeniem, niepełnosprawnością ruchową, zaburzeniami ze spectrum autyzmu i dysleksją. Dlatego właśnie dysleksja jest tak atrakcyjną diagnozą, i tak często zarówno rodzice jak i nauczyciele wywierają presję na poradnie, by wystawiały opinie o dysleksji. A przecież dysleksja nie jest jedyną możliwą przyczyną trudności w nauce zdrowego dziecka w normie intelektualnej. I w zasadzie każde dziecko z trudnościami w nauce ma prawo do dostosowania wymagań. Ale ponieważ z jego 'winy' szkoła słabiej wypadnie w rankingu, więc tego dostosowania zbyt często nie ma. Szczególnie trudno bywa uczniom o możliwościach intelektualnych w dolnych granicach normy, dla których szczególnie materiał gimnazjum jest po prostu zbyt trudny.

Zdaniem Natalii i Krzysztofa Minge oceniając dzieci warto brać pod uwagę postępy, jakie robią, a nie tylko obecne umiejętności - pisałam o tym w tekście Pochwała porażki. Gdyby również w rankingach był brany pod uwagę postęp uczniów, byłoby to bardziej sprawiedliwe i nie wiązało się z odmową pomocy uczniom z trudnościami. Nadal nie dałoby to możliwości kontrolowania wszystkich czynników, ale poszerzyłoby obraz. Jeśli dziecko ze słabą diagnozą wstępną (np. z początku nauki w szkole podstawowej) osiągnie słaby wynik na teście (np. na teście VI-klasisty), to nie ma w tym nic dziwnego. Podobnie jeśli dziecko z bardzo dobrą diagnozą wstępną osiągnie bardzo dobry wynik w teście. Zapewne jedno i drugie uczęszczało do zupełnie dobrej szkoły. Natomiast jeśli znajdzie się jakaś grupa uczniów, która przy słabym wyniku diagnozy wstępnej osiągnie średni wynik w teście kończącym dany etap edukacyjny - o, prawdopodobnie mamy do czynienia z naprawdę dobrą szkołą. Ale cóż, w rankingu wypadnie średnio, jeśli tylko trafi do niej sporo dzieci z niskimi możliwościami intelektualnymi albo z dużymi zaległościami. 

Podoba mi się stwierdzenie Jespera Juula, że dzieci nie będą się czuć dobrze w szkole, jeśli nauczyciele źle się w niej czują. Widać to wyraźnie na przykładzie rankingów - skoro rankingi zmniejszają komfort nauczycieli, tracą na tym uczniowie.

wtorek, 12 maja 2015

Wróć i to napraw!

Zobaczyłam taki mem Odmętów Absurdu i wydał mi się bardzo mądry.

Dlaczego nie odchodzimy? Dlaczego odchodzimy tak późno? Dlaczego wracamy? Przecież już wszyscy wokół widzą, że może być tylko równie źle. Albo jeszcze gorzej. Sami to widzimy.

Dlaczego nie wyprowadzamy się wreszcie od rodziców? Dlaczego odbieramy kolejny tego dnia telefon od mamy? Dlaczego dajemy kolejną szansę – mężowi, żonie? Dlaczego zostajemy i staramy się zapomnieć o kolejnej zdradzie i kolejnym upokorzeniu? Dlaczego jeśli już odchodzimy, to wolimy rozwodzić się latami z orzekaniem o winie niż jak najszybciej przypieczętować rozstanie rozwodem bez orzekania o winie?

Bo gdzieś w samej głębi naszego jestestwa czujemy, że stała nam się krzywda. I że czas by wreszcie było sprawiedliwie. Bo wiemy, że nie zostały zaspokojone nasze najbardziej podstawowe potrzeby, takie, które po prostu powinny być zaspokojone. Mamy prawo do życia, szacunku, troski. Więc wracamy i domagamy się swoich praw. Chociaż każdy powrót oznacza kolejne zranienie.

Odejść to znaczy powiedzieć: nie wracaj i nic nie naprawiaj. To zostać samemu na zgliszczach i spróbować je odbudować. Albo odkopać swoje korzenie i postarać się zapuścić je gdzie indziej.

Mimo to można powiedzieć: to nie jest sprawiedliwe. I w tym stwierdzeniu jest godność.