poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozluźnij się

Chodzę na jogę od lat. Raz chodzę, raz nie chodzę. Bywały lata, gdy nie udawało mi się wygospodarować dla siebie nawet jednego wieczora w tygodniu. Bywały i takie, gdy ćwiczyłam dwa razy w tygodniu. Nie ukrywam, że z praktyką własną – samej, w domu – jest cienko. Ale bardzo lubię ten rodzaj pracy nad sobą. Za to że uczy wsłuchiwania się w siebie i wyczuwania własnych granic. To jest ból, w który mogę jeszcze odrobinę wkroczyć, nie zagraża mi, tamten jest absolutnie nie do przyjęcia, natychmiast mówię stop. Za brak rywalizacji. Za ciszę. A w ciągu ostatnich miesięcy nauczyłam się dużo nowego.

Jak u wielu osób, moje ciało jest nieharmonijne. Niektóre partie mięśni mam rozciągnięte i elastyczne, inne – sztywne i obolałe. Dlatego część pozycji wydawała mi się nieosiągalna. Nagle na jednych zajęciach po raz pierwszy udało się. Ot tak. Jednego dnia, tak jak przez wszystkie wcześniejsze lata, nie umiałam. Tydzień później – umiałam. I nie był to efekt wytężonej ani morderczej pracy. Wzięłam sobie do serca ważną zasadę jogi: Rozluźnij się. Zrób, ile możesz, a potem rozluźnij się. Puść te mięśnie, które najbardziej bolą. I oddychaj.

Wcale nie bolało mniej. Ale jednocześnie poczułam życie wlewające się wraz z ciepłem w moje nogi. I radość – przecież wytrwanie w tej pozycji nie było dla mnie możliwe, a teraz mogę… jeszcze odrobinę, jeszcze milimetr. Bez walki. Bez zaciskania zębów i pięści. Z mocą ale na luzie. Całkiem odwrotnie niż kiedyś myślałam.

Okazało się, że naprawdę część ograniczeń tkwi w głowie. W przekonaniu że nie mogę. I w przekonaniu że powinnam, że muszę. I że żeby się nauczyć, trzeba się tak strasznie napracować. Wręcz przeciwnie – nie muszę. Mogę. Powolutku, ale nie kiedyś w przyszłości. Już, teraz.

2,5 roku temu zaczęłam pisać bloga. Były to lata przepełniającego mnie niepokoju. Przelewanie go na ekran, dobieranie słów, formowanie sensów i znaczeń z morza chaosu przynosiło ulgę. Jak układanie pasjansów, gdy rozrzucone bezładnie, nieuporządkowane karty stopniowo wracają na swoje miejsca. Och, z kartami jest łatwiej, wiadomo z góry, które miejsca są właściwe, na czym polega porządek. 

Ostatnio słowa mnie nie słuchają. Myśli odpływają od nich, odwracają się niechętnie. Wolą dryfować bezładnie i roztapiać się niż pozwalać wykuwać w kształty znaczeń. Może to po prostu zmęczenie przed urlopem. A może spokojniejsze myśli nie potrzebują ujarzmiania słowami. Już nie potrzebują albo na razie nie potrzebują?

Dobrych wakacji wszystkim życzę!