środa, 28 maja 2014

Odczepcie się od samotnych matek

Nie pracuje, a powinna, żeby poprawić sytuację swoich dzieci. Albo wręcz przeciwnie, niech się zwolni z pracy, jeśli nie ma dość czasu, by przypilnować dzieci i pomóc im w lekcjach. Nie powinna utrudniać ojcu kontaktów z dziećmi, ale niech chroni dzieci przed złym wpływem, jaki wywiera na nie ojciec. A poza tym sama do tego doprowadziła: wybrała niewłaściwego faceta, zaszła w ciążę, urodziła dzieci. Przecież nikt jej nie kazał, a teraz ponosi konsekwencje własnych decyzji. I w ogóle za często zmienia facetów, znowu jakiś inny się kręci, jak te dzieci mają normalnie funkcjonować?

No tak, ale kto mi drewno porąbie i wniesie po schodach? - zastanawiała się jedna. Z kim porozmawiam i z kim się pośmieję? Inna opowiadała, jak dojeżdżała stopem na szkolenie z urzędu pracy, aż wreszcie ktoś jej zaproponował, że będzie ją podwoził. I podsumowała to doświadczenie tak: na kursach mówią nam zawsze, że to od nas samych zależy, jak wygląda nasze życie, ale bez wsparcia się nie da.

No właśnie, nie da się. Wychowanie i utrzymanie dzieci to nie jest projekt dla jednej osoby. Zwłaszcza jeśli tych dzieci jest nieco więcej i jeśli przynajmniej jedno jest malutkie. I jeśli w dodatku nie ma się solidnego wsparcia w rodzinie.

Reaguję alergicznie na krytykę wobec samotnych matek. Czasem myślę wręcz, że jedyne co powinny słyszeć, to: „Jest pani bardzo dzielna” i „Jak mogę pomóc?”. A tymczasem wylewa się na nie fala krytyki, bo przecież powinny sobie poradzić z całą ta kwadraturą koła. Więc apeluję: odczepcie się.

czwartek, 22 maja 2014

Do której szufladki pasuję?

Wywiad z Agnieszką Graff i fragment jej nowej książki  przypomniały mi stare pytanie, wciąż pozostające bez odpowiedzi. Gdzie należę, jaka etykietka jest moja, do której szuflady pasuję?

Czy mogę z równym zainteresowaniem czytać Kazimierę Szczukę („Milczenie owieczek”!) i Wojciecha Cejrowskiego („Rio Anaconda”!)? Owszem, nie akceptuję poglądów Cejrowskiego na temat homoseksualistów ani chamskiego sposobu, w jaki daje im wyraz – ale jego opowieści z podróży uwielbiam.

Albo czy mogę jednocześnie utożsamiać się z feministkami i tęsknić (przynajmniej połową duszy) za pełnoetatowym macierzyństwem i oddanym mężem, który utrzymywałby mnie i dzieci? Dostrzegam nierówność płac kobiet i mężczyzn, jestem za legalizacją aborcji na życzenie kobiety do 12 tygodnia ciąży, za edukacją seksualną i dostępem do taniej i skutecznej antykoncepcji. Ale jednocześnie uważam, że narodziny i karmienie piersią to dwa rodzaje cudu możliwe dzięki potędze, a nawet świętości kobiecego ciała.

Lubię też naturalne metody kontroli płodności, uważam, że warto znać i rozumieć swój organizm, umieć rozpoznawać dni płodne i niepłodne. Poleganie wyłącznie na obserwacji nie jest wyborem dla każdej, tak samo jak np. rodzenie w wodzie. Jednak gdy czytałam swojego czasu na stronie Federy, którą bardzo szanuję, że metody te są zupełnie nieskuteczne (co nie jest prawdą) – zastanawiałam się właśnie: gdzie jestem? Jako ateistce bliżej mi do feminizmu, a jako sympatyczka naturalnych metod kontroli płodności żałuję, że w zasadzie nigdzie poza kościelnymi naukami przedmałżeńskimi nie można się o nich niczego dowiedzieć.

Nie czytałam jeszcze „Matki Feministki” (paczka już do mnie jedzie), ale mam nadzieję, że może wreszcie będzie trochę o mnie. O tym, że doświadczenie macierzyństwa ma ogromną wagę i wywiera wielki wpływ na całe życie kobiety, na to jak myśli o sobie i jak jest widziana przez innych, na to jakie ma miejsce w społeczeństwie. Spodziewam się, że w wydaniu Graff feminizm i dążenie do równości nie będzie polegać na udawaniu, iż macierzyństwo nie jest ważne ani na przekonywaniu kobiet, by lepiej przyswoiły sobie reguły gry w męskim świecie. Chcę być matką, chcę mieć na to czas i chcę być za to szanowana.

Oczywiście nadal będę myślała po swojemu, w swój jedyny i niepowtarzalny sposób. Ale to miłe, gdy ktoś rozumie i myśli podobnie.

środa, 14 maja 2014

Krytykowanie i szukanie patologii

Zimbardo powiedział, że w Polsce czuje się jak w szpitalu psychiatrycznym – nikt się nie uśmiecha, nikt nikogo przyjaźnie nie zagaduje. Przyjemnie powtórzyć tę opinię. Przyjemnie też dlatego, że lubimy krytykować. 

Jest to coś, czemu sama niestety ulegam, choć mnie jednocześnie frustruje. Bo zdaję sobie przecież sprawę, że osoby krytykujące innych i doszukujące się patologii w ich postępowaniu, takie same podejście mają do mnie. Oczywiście mnie też krytykują.

Dlaczego? Co jest takiego atrakcyjnego w mówieniu źle o innych ludziach?

Myślę, że taką atrakcją jest poczucie wyższości, jakie można wtedy choć przez tę chwilę w sobie popielęgnować. Krytykując tworzymy tło, od którego możemy się pozytywnie odbijać. Druga sprawa to usprawiedliwienie bezradności. Bo jeśli za ścianą, w tamtej rodzinie, w szkole, w urzędzie – jest tak beznadziejnie źle, to już naprawdę nic na to nie można poradzić. Uf, skoro nic nie można poradzić, spokojnie umywamy ręce. W ten sposób usprawiedliwiamy, ale też przyklepujemy bezradność.

Nie chcę być źle zrozumiana. Trzeba mieć oczy otwarte na patologię. Jeśli komuś dzieje się krzywda, możemy faktycznie być bezradni. To co powinniśmy wtedy zrobić, to zawiadomić policję. Tyle że to wymaga chociaż odrobiny zaufania wobec policji, którą też stale krytykujemy.

Mi to podcina skrzydła i energię. Jeśli myślę tylko i wyłącznie źle o nauczycielach, nie będę chciała iść do szkoły porozmawiać o problemach mojego dziecka. Nie zaproponuję dzieciom, rodzicom ani współpracownikom innego sposobu działania, ba – nawet go nie wypróbuję, bo po co. Nie zagadnę nikogo na ulicy ani nie uśmiechnę się do nieznajomych.

Staram się myśleć i patrzeć na świat w sposób, który dodaje a nie odbiera energii. Gdy zachowuję się przyjaźnie, ludzie często odpowiadają tym samym. Ale potem zalewa mnie ta fala krytyki wszystkich przez wszystkich i myślę sobie: ach, diabli z tym. W ich oczach jestem tylko naiwną frajerką.