poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Jak?

Jak ulec pokusie zapomnienia o tym, co smutne i złe, i mimo wszystko czuć się bezpiecznie, skoro pamięć ostrzega i chroni?

Jak pamiętać o ponurych sygnałach i spełnionych obawach nie odzierając się z dobrych wspomnień?

Jak myśleć o sobie z akceptacją i sympatią, jeśli trudno zachować w pamięci chwile radości?

Jak wspominać to co dobre i nie oszaleć z tęsknoty?

Jak pozwolić sobie na tęsknotę nie zapominając o raniących słowach i gestach?

Jak pamiętać, że w doświadczeniu, na które nie wyrażamy zgody i którego nie chcemy powtarzać – były też chwile, które nas zbudowały, obdarzyły pogodą i spokojem?

środa, 23 kwietnia 2014

Odroczyć czy nie odroczyć? Czyli trochę o 6-latkach i więcej o szkole

Nie będę się tu dzielić wątpliwościami, czy moje dziecko urodzone w czerwcu 2008 roku nadaje się do szkoły czy nie. Że też akurat na nią musiało trafić! Ale obracałam ten temat w głowie już tyle razy i na tak różne sposoby, że postanowiłam napisać, dlaczego moim zdaniem szkoła nie nadaje się dla młodszych dzieci.

Jak wiadomo, głównym celem reformy jest zaoszczędzenie. Dzieci mają się uczyć o rok krócej, więc będzie taniej. Koniec kropka. Sądzę jednak, że dałoby się pogodzić ten cel z dobrem dzieci, tyle że należałoby wtedy zmienić cały system. Wszystkie dotychczasowe zmiany dotyczą wyłącznie klas I-III. Mamy inną podstawę programową, część szkół dostosowała sale do potrzeb 6-latków. I to wszystko. No a co później?

Test III-klasisty będą pisały dzieci o rok młodsze. O rok młodsze dzieci pójdą do klasy IV i będą nosić te absurdalnie ciężkie plecaki. O rok młodsze dzieci będą pisać test VI-klasisty i rok wcześniej rozpoczną naukę w gimnazjum. Gimnazja przysposabiające do pracy są dostępne dopiero od 15. roku życia, a to znaczy, że aby móc uczyć się w tego typu gimnazjum (przeznaczonym dla osób w normie intelektualnej, które z jakichś przyczyn nie radzą sobie w gimnazjum masowym), trzeba było ze dwa razy nie zdać. Teraz trzeba będzie trzy razy nie zdać.

Halo! Czy ktoś to zauważa? Dzieci, które pójdą do szkoły w wieku 6 lat, we wszystkie kolejne etapy edukacyjne będą wchodziły o rok wcześniej. I będą musiały się dopasować.

Oczywiście to szkoła powinna się dostosować do młodszych dzieci. Niestety już teraz wielu rodziców i nauczycieli stara się dostosować dzieci. Po czym to poznaję? A choćby po tym, że zgodnie z oczekiwaniami przedszkola kupiłam podręcznik dla 5-latków za 70 zł. Bo przecież dzieci trzeba przygotować do szkoły. Słyszę, że w niektórych przedszkolach nauczyciele zadają 5-latkom prace domowe, aby się przyzwyczajały. Pewna mama powiedziała mi, że jej córka dużo choruje, więc w domu wykonuje z nią zadania z podręcznika, aby nie miała zaległości. Słucham? Zaległości w oddziale przeznaczonym dla 5-latków?! Jeszcze parę lat temu nikt by chyba na to nie wpadł. No ale przecież ona będzie musiała iść do szkoły.

I tak to wygląda. Pewnie byłoby inaczej, gdyby w związku z posłaniem do szkół 6-latków wydłużono pierwszy etap edukacyjny. Zamiast klas I-III mielibyśmy klasy I-IV. Ten rok, który ma służyć zaoszczędzeniu, można by zgubić jakoś inaczej, np. wydłużając szkołę podstawową i likwidując gimnazja, które i tak są od dawna powszechnie krytykowane. Ale najpierw potrzebne jest myślenie o tym, jak dostosować szkołę do potrzeb młodszych dzieci. I to nie tylko wtedy, gdy mają one 6 lat.

Swoją drogą niesamowity rynek powstał na usługi poradni psychologiczno-pedagogicznych. Niedawno zadzwoniłam do mojej rejonowej poradni i dowiedziałam się, że terminów na badania psychologiczne już nie ma, może jeszcze będą jakieś w sierpniu, ale pewności nie ma. Jak grzyby po deszczu powstają poradnie niepubliczne, które zajmują się w zasadzie tylko badaniem gotowości szkolnej i wystawianiem opinii o odroczeniu.

A przecież od września obowiązkiem szkolnym zostaną objęte tylko 6-latki urodzone od stycznia do czerwca. Co będzie się działo w przyszłym roku, gdy do szkoły mają się szykować dzieci z całego rocznika?

Jeśli duża część 6-latków zostanie odroczona, to jak rząd z tego wybrnie? Wprowadził reformę wbrew wszystkim – wbrew rodzicom, wychowawcom przedszkolnym i nauczycielom. I co dalej? Mam nadzieję, że nie machniemy w końcu ręką i nie uznamy, że szkoła jest jaka jest, a dzieci mają się dopasować.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Bańka mydlana

Brzęk muchy w pustym dzbanie, co stoi na półce,
Smuga w oczach po znikłej za oknem jaskółce.
Cień ręki - na murawie... A wszystko - niczyje,
Ledwo się zazieleni - już ufa, że żyje –
Bolesław Leśmian „Zwiewność”

Już ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała, chwilę błyszczysz, potem gaśniesz... ot i bajka cała”, skończyłam śpiewać, a moja pięcioletnia córka zaprotestowała: „Ale to nie jej wina! Iskiereczka nie wiedziała, że zaraz zgaśnie!”

No tak, skąd iskiereczka mogła wiedzieć? Iskiereczka ma swoją perspektywę iskiereczki, swoje marzenia i wyobrażenia o przyszłości. To co dla niej długie, nam wydaje się krótkie jak mgnienie. A może po prostu żyje chwilą i jest chwilą. Śliczną, jasną i gorącą... Nagle cyt!

Albo bańka mydlana. Jest jej tak niewiele, że mniej niż niebiesko. Jednak gdy przez nią spojrzeć, świat nabiera kolorowego, bajkowego połysku. A przecież jest pusta, nic nie ofiaruje oprócz złudzenia. Czy bańka wiedziała, że złudzenie to mogło trwać tylko chwilę? 
 

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kto wreszcie doceni?

Po co ten przedświąteczny trud? - zastanawia się wiele osób, a jeszcze więcej piecze jednak kolejny mazurek. Przed świętami widzę je wyraźniej, całe to przemęczenie, ale zwykłe dni też są naznaczone kobiecym wysiłkiem.

Czasem mam jasność: zmęczenie jest na pokaz. Zobaczcie, jak się staram! Ile dźwigam, ile dla was robię. I jaki wspaniały efekt. Jest czysto, jest miło, apetycznie pachnie, stół ładnie nakryty. Doceńcie wreszcie! Patrzcie do cholery!

Niestety nikt nie docenia. Dzieci wolą zjeść zamówioną pizzę niż odczuwać wdzięczność pomieszaną z poczuciem winy. Mężowie mówią: nie mogę patrzeć, jak się męczysz, lepiej pójdę na ryby. Matki pokazują, że to one są bardziej zmęczone i więcej dały radę zrobić, bo same chcą być nareszcie docenione. Coś tu nie działa. Im więcej starań tym mniej zrozumienia. Im mniej zrozumienia tym więcej starań. Błędne koło się toczy.

Ale to przecież jest wartość: obiady, surówki, czyste okna. Ach, własny chleb. Tą wartością jest dom. Oczywiście można wszystko kupić. To co kupione jest przeważnie gorszej jakości, ale kupuje się też czas, który można spędzić z najbliższymi na luzie i bez pośpiechu. Tak, to też jest dom.

Praca zawodowa oczywiście jest ważna, mało kto ma co do tego wątpliwości. Ale gotowanie, sprzątanie, całe to gdakanie i kwoczenie... wydaje się być fanaberią, nikomu do niczego potrzebną. A jednak wizja karykaturalnej amerykańskiej matki podającej niemowlęciu chińską zupkę instant zupełnie mnie nie kusi.

Powiecie, że między zupką z proszku a pięcioma mazurkami jest jeszcze mnóstwo przestrzeni na indywidualne wybory, na wyważenie między domem zbudowanym z relacji a domem pachnącym obiadem. I ja się z tym zgadzam. Ale myślę sobie też, że gdyby w naszej kulturze wyżej ceniono całą tę domową krzątaninę, kobiety mogłyby się nieco mniej krzątać. Nie udowadniałyby swoim zmęczeniem, że ich zajęcia mają wartość. Bo byłoby to oczywiste.

środa, 16 kwietnia 2014

Mam prawo odejść

Marianna Popiełuszko o małżeństwie mówiła tak: "Jestem mężatką. Moim mężem jest Władysław Popiełuszko. Oboje jesteśmy wyznania rzymskokatolickiego i praktykujący... Jaki był - kochałam, jaki jest - kocham i jaki będzie - będę kochać, bo tak przysięgę złożyłam. I dobrze było (...) Jak złożyłam przysięgę, to wiedziałam, że już tak musi być. Że nawet jak będzie ciężko, to będę kochać męża, jaki będzie. Bo małżeństwo to zawsze jest ciężar. To jest największy krzyż. Ale kto pójdzie swoją drogą, za swoim powołaniem, ten wytrwa. Ciężko każdemu, kto nie pójdzie swoją drogą."

Gdy przeczytałam te słowa, zrobiło mi się zimno. Może właśnie takie definiowanie małżeństwa sprawia, że z lękiem myślę o ewentualnym, przyszłym zamążpójściu? Może właśnie dlatego drugi raz już wcale się nie zdecyduję? Wprawdzie nie przysięgałam, ponieważ brałam ślub cywilny. Powiedziałam: Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z ... i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”. Byłam wtedy tak zdenerwowana, że nie pamiętam, co mówiłam. Jednak gdy teraz czytam te słowa, brzmią dla mnie sensownie. Tak, to mogłabym uczciwie powiedzieć. A jednak gdy myślę: „małżeństwo”, to myślę: „ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Ktoś mi powiedział, że wydawało mu się, iż jego żona będzie z nim niezależnie od wszystkiego, skoro ślubowała. A potem złożyła pozew rozwodowy. Oczywiście w rozumieniu kościoła nadal są małżeństwem, ale co z tego, skoro nie mieszkają razem? Kobiety składają pozwy znacznie częściej niż mężczyźni. Zastanawiam się, czy nie robią tego w imieniu swoich matek, babek i prababek, które nie miały wyboru?

Jeśli kiedyś jeszcze będę chciała z kimś się związać, powiem: Chcę z Tobą być i obiecuję, że będę się starała. Rozumiem, że możesz czasem na mnie nakrzyczeć w nerwach, ale wtedy oczekuję przeprosin – i sama obiecuję przepraszać, gdy zawrze zbyt gorąca krew. Prawdopodobnie łatwiej będzie mi wybaczyć impulsywny gniew niż chłód i obojętność, najtrudniej zaś, jeśli będziesz mnie karał za to, że nie odpowiadam wyobrażeniom. Oczywiście odejdę, jeśli mnie uderzysz albo będziesz wyzywał. Sama też przyrzekam nie robić tego. Oczekuję empatii i obiecuję, że będę się starała ciebie zrozumieć. Jednak odejdę, jeśli będę się czuła traktowana jak kawałek mięsa albo instrument służący do osiągnięcia jakichkolwiek celów. Obiecuję zawsze widzieć w tobie człowieka i tego samego oczekuję.

Nie oznacza to, że szukam lekkiego i przyjemnego życia. Wiem, że musi czasem boleć, naprawdę wiem. Idę na trzeźwo przez codzienność, nie próbuję niczym się odurzać. To tak jak w trakcie porodu – jest ból, który ma sens. To tak jak w jodze – jest dobry ból sygnalizujący, że zastałe mięśnie rozciągają się, i jest zły ból, który ostrzega i mówi: stop!

Dlatego nie obiecam nikomu, że będę szła z nim wspólnie przez życie niezależnie od wszystkiego.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Królowa Śniegu jest stara

Ostatnio sporo osób linkuje ten tekst, a skoro linkują, widocznie coś ważnego porusza.
Przeczytałam z irytacją tytuł i konkluzję: no tak, oczywiście jak zwykle wszystkiemu winne są kobiety, a dokładniej kobiety w tej najbardziej irytującej ze wszystkich ról, czyli roli matki lub babci. Niby jest to krytyka braku kultury mężczyzn, ostatecznie jednak autorka mruga do nich okiem: to nie wasza wina! Ma żal do mężczyzn, ale uśmiecha się do nich, wciąż ma nadzieję na ich zainteresowanie i akceptację. Chętnie skrytykuje inne kobiety, żeby im się przypodobać. Stary numer.

Pomyślałam: przecież w pociągach tak to nie wygląda. Może nie jestem bardzo wymagająca, pewnie nie obrażałam się, jeśli ktoś mi odmówił, ale z tego co pamiętam, faceci przeważnie pomagają mi wrzucić plecak na górę. Nawet nie zawsze o to proszę, a jednak wyjmują mi go z rąk. Więc w czym problem? Prawdopodobnie w wieku. Za jakieś 10-15 lat być może będę musiała sama sobie radzić z bagażami, bo jako starzejąca się kobieta zniknę z pola widzenia mężczyzn. Podobno tak właśnie jest. Kobiety koło 50-tki przestają być zauważane. Nikt nie ustępuje im miejsca, nikt nie pomaga z bagażami, nikt nie częstuje przekąskami na przyjęciu.

Pomyślałam o Złej Królowej, macosze Królewny Śnieżki, która nie miała szans wygrać z młodą i piękną pasierbicą. Złościła się i walczyła ze swoją rywalką o uwagę męskiego świata, lecz ostatecznie musiała zniknąć, tak jak w rzeczywistości znikają kobiety – nikt ich nie słucha, nie okazuje zainteresowania, nie adoruje.

W tekście Jandy zirytował mnie też fragment o koleżance, która poświęciła dużo czasu na uśpienie 3-letniego wnuka rozpieszczając go w ten sposób. 3-letnie dzieci naprawdę są jeszcze małe i często potrzebują dorosłej osoby, która uczyni bezpiecznym przejście między światem jawy i snu. Nie uważam, by miało to coś wspólnego z wychowywaniem chłopców na zbyt delikatnych i mało męskich.

Potem jednak pomyślałam o Królowej Śniegu, która dzięki okruchom diabelskiego lustra tkwiącym w sercu i oku Kaja, mogła go zabrać do lodowego pałacu i mieć tylko dla siebie. Oczywiście ostatecznie przegrała z młodą Gerdą, która przebyła długą drogę, by odzyskać swojego przyjaciela.

Zaczęłam sobie wyobrażać sytuację kobiety, która zniknęła. Życie bez uwagi mężczyzn musi być smutne. Rola babci jest niewdzięczna, bo choć bardzo potrzebna, to jednak niedoceniana i przez wszystkich krytykowana, też przez inne znikające kobiety. Więc co jej pozostaje? Może rzeczywiście spróbować zatrzymać przy sobie syna, jedynego mężczyznę, nad którym ma władzę. A żeby go zatrzymać, musi mu odebrać siłę. Tyle że taki syn nie ma 3 lat, lecz 20, 30 lub 40... Jeśli się uda, bajka nie ma szczęśliwego zakończenia.

Wizja zniknięcia jest bardzo smutna. Ale wydaje mi się, że to co mogę zrobić jako kobieta, to trzymać z innymi kobietami. Nie to że przeciwko mężczyznom, nie przeciwko komukolwiek. Ale widzieć również te starsze ode mnie, podziwiać i doceniać. W roli babci także.