sobota, 29 marca 2014

Reszta jest miałczeniem

Za tytuł dziękuję Andzi :)

Wychowałam się z psami i kotami, ale jestem zdecydowanie kotolubna; psy toleruję. Kiedyś przyśniło mi się, że urodziłam kotka i próbowałam przystawić go do piersi. W jednym ze smutniejszych snów widziałam zamarzniętego kotka w śniegu.

Od dawna marzyłam o tym, by zamieszkać z kotem. Gdy tylko było to możliwe, córka załatwiła u opiekunki mniej więcej półroczną Plamkę. Plamka miała same zalety i jedną wadę – sikała po kątach. Okazało się, że to kot o duszy włóczęgi, który czuje się szczęśliwy dopiero wtedy, gdy może znikać na noc albo trzy, albo siedem. Ale tego dowiedziałam się później.

Najpierw był jeszcze dom, w którym zamieszkali moi rodzice z psem i dwoma kotami: z dobermanką Krecią, rudym Rudzikiem i elegancką Myszą. 

Rudzik jako kocię chorował na płuca i był leczony bolesnymi zastrzykami. Być może dlatego wyrósł na kota wrednego, humorzastego, syczącego i drapiącego. Wobec mamy jednak od początku był czuły i namiętny. Po przeprowadzce ten kanapowy wcześniej kot zeszczuplał i stygrysiał, zaczął polować na myszki i ptaki.

Myszę mama znalazła w krzakach wraz z czterema kociętami. Była śliczna, oswojona i zmoknięta – prawdopodobnie były właściciel pozbył się kłopotu w postaci kotnej kotki. Mama całą rodzinę ulokowała w kartonie pod balkonem, odkarmiła, kociakom znalazła domy, a Myszę ostatecznie wzięła do siebie. Mysza była dekoracyna i zdystanosowana, mruczała głaskana ale sama nigdy nie przychodziła na kolana.

Po przeprowadzce koty podzieliły się nowym terytorium: Rudy zamieszkał na dole, a Mysza na górze. Gdy miesiąc później na górę wprowadziłyśmy się my z naszą kicią, Plamka miała ciężkie życie. Mysza ujrzała w niej swojego śmiertelnego wroga i obdarzyła czystą nienawiścią. Góra była jeszcze w trakcie remontu i dwie pierwsze doby Plamka przesiedziała w dziurze w ścianie, z której wychodziła tylko po to, by nasikać na kanapę. Cała rodzina dołożyła starań, by Mysza jednak przeprowadziła się na dół i zostawiła Plamce trochę przestrzeni do życia.

Z czasem było trochę lepiej, Plamka zaczęła wychodzić do ogrodu – i wtedy pogoniła ją dobermanka Krecia. Plamka uciekła i przepadła. Myśleliśmy, że już nie wróci, jednak po półtora tygodnia przyszła głośno miałcząc. Od tej pory spędza kilka dni w domu, a kilka poza domem. Jest kochana i potulna, pozwala dzieciom brać się na ręce, a do jej wieczornych obowiązków należy usypianie mojej starszej córki.

No tak, ale Plamka była już duża, gdy z nami zamieszkała. A córka zamarzyła sobie o malutkim kociątku. Ja na to, że chętnie, ale nie teraz, za dużo było ostatnio zmian, mamy czas. Jednak gdy w dzień matki wróciłam z pracy, przywitały mnie dwie pary niebieskich oczu: pierwsza należała do córki, druga do... Pusi. Pusia była maleńka, zdaniem weterynarza zbyt szybko zabrana od mamy. Mimo to już pierwszego dnia wiedziała, do czego służy kuweta, a drugiego nauczyła się sama jeść – wcześniej zsysała mleko z palca. Od początku zachowywała się, jakby była największym zwierzęciem w domu. Absolutnie nikogo się nie bała, a inne czworonogi ją szanowały. I tak zostało: Pusia wykłada się na środku podłogi, a Krecia grzecznie obchodzi ją dokoła.

Pusia zaczęła od oswojenia sobie Plamki i uczynienia z niej towarzyszki zabaw. Następnie zrobiła porządek z Myszą: broniła przed nią Plamkę i przeganiała z góry na dół. Jak to jest, myślałam: wydawało się, że trzy koty to o jednego za dużo, tymczasem problem rozwiązało wzięcie kolejnego kota.

Moja córka okazała się jednak nienasycona: zaczęła marzyć o piesku. Krecia jest duża i gwałtowna, zdarza jej się rzucać na obce koty i psy; kiedyś już wykąpała moją córę w kałuży. Mówiłam: nie ma mowy, nie będzie pieska, może kiedyś w przyszłości, ale na razie nie mam siły ani czasu. Moja mama zachowała się wtedy tak, jak ma to w zwyczaju, czyli po prostu zrobiła to, na co miała ochotę. Wybrała się z dziewczynkami na festyn i wróciła ze szczeniakiem. Początkowo uległam, jednak po dwóch nieprzespanych nocach spędzonych z psim niemowlęciem oznajmiłam, że ja psa nie chciałam i odmówiłam współpracy. Haks został więc na głowie mamy.

Wyglądał jak skrzyżowanie hieny z krową, miał jedno oko niebieskie, drugie brązowe, do tego szarą sierść w czarne łaty. Był niemądry i tchórzliwy, najbardziej bał się wózków dziecięcych i kubłów na śmieci. Wychowywały go dziewczyny albo może on je wychowywał, w każdym razie ojciec któregoś dnia oznajmił, że moja młodsza córka dotkliwie pogryzła psa. Krecia zaadoptowała Haksa, a gdy wzrósł, dawała się wciągać w najdziksze harce. A wyrósł nieoczekiwanie na dużego psa.

A potem znikła Mysza. Przez kilka dni wydawała się nieswoja, wreszcie cichutko rozpłynęła się w powietrzu. Nie wróciła do domu na noc ani już nigdy więcej.

Haks był psem wszystkożernym, jadł drewno, sznurki i plastik, pogryzł połowę zabawek. Kiedyś zjadł kostkę masła i poprawił opakowaniem tranu. Niestety właśnie łakomstwo go zgubiło: zeżarł torcik czekoladowy. Kilka dni później wylądował w klinice dla zwierząt, ale nie udało się go już odratować. Tego wieczoru słońce inaczej zachodziło, jakby za tym zachodem otworzyło się małe okienko... dokadś.

Następna była Plamka. Wyszła jak zwykle, ale nie wróciła po trzech dniach ani po tygodniu, ani po dwóch. Szukałam sensu wiedząc, że go nie ma. Przypomniało mi się „Piąte dziecko” Doris Lessing. Myślałam, że nie można mieć dowolnej liczby dzieci ani zwierząt, że nie można brać na plecy ciężaru zbyt wielu spełnionych marzeń.

Jednak Plamka wróciła. Wyszła pod koniec grudnia, pojawiła się z powrotem na początku marca. Podobno koty mają dziewięć żyć, więc to co niemożliwe w jednym, może się udać w kolejnym. Gdzie była i co robiła przez dwa i pół miesiąca? Ile już żyć przeżyła? Może opowiada o swoich przygodach mrucząc, ale ja nic nie rozumiem. 
 

piątek, 21 marca 2014

Historie z podstawówki

Jeden z nich, zapatrzony w strzęp własnego cienia,
Chciwie wody zażądał wargą obolałą,
A drugi wnet zawołał: "Ja nie mam pragnienia!"
A miał je, lecz mieć nie chciał... Tak mu się zdawało.
- Bolesław Leśmian "Dwaj skazańcy"

Na początku, gdy przeprowadziliśmy się do Polski i poszłam do trzeciej klasy, byłam przez jakiś czas kozłem ofiarnym. Wiem, bo powiedziała mi to wychowawczyni, do której przybiegałam z płaczem. Skarżyłam się też rodzicom. Tata stwierdził, że inne dzieci na pewno mi zazdroszczą, a ja potem przez wiele lat starałam się nie mieć nic, czego można by mi zazdrościć. Wstydziłam się też 3-letniego pobytu w Austrii, który mógł mnie wyróżniać. Chciałam być zwyczajna.

Dość szybko zaprzyjaźniłam się z trzema dziewczynkami. Dwie pierwsze i ja przyjaźniłyśmy się właściwie raczej w zmiennych dwójkach, przy czym dwie obgadywały trzecią.

Z jedną z nich pisałam listy na listkach bzu. Notorycznie spóźniałyśmy się po długiej przerwie, a na lekcjach nie uważałyśmy, aż nas rozsadzono. Jej rodzice byli rozwiedzeni. Tata był malarzem, autorem fresków zdobiących kościół, do którego chodziłyśmy. Mama tkała obrazy, a ja wciąż marzę, że kiedyś usiądę przy krosnach, choć być może nie jest to marzenie, które spróbuję spełnić. W jej mieszkaniu był piękny świetlik - przeszklony sufit. Dziewczyna ta nauczyła mnie podstawowych modlitw, bo żadnych nie znałam.

Druga moja przyjaciółka była gadatliwa. Spacerowałyśmy razem, ona coś opowiadała, a ja z reguły się wyłączałam, bo miałam kłopoty z koncentracją. Jej ojciec był alkoholikiem, a ona mówiła o nim po nazwisku. Choć blondynka, była podobna do mojej mamy, a mój tata bardzo ją lubił. Razem poszłyśmy z opóźnieniem do komunii, w piątej klasie. Właśnie ona najbardziej bała się ekshibicjonistów, których było na pęczki w pobliskim parku.


Trzecia była najrozsądniejsza, łączyła nas z resztą klasy. Odprowadzałam ją do rogu i w końcu aż do domu, bo żartowała, że przecież nie umówiłyśmy się, do którego rogu. Często przychodziłam do niej w gości. Notorycznie spóźniałam się potem do domu i przez jakiś czas zabierałam zawsze ze sobą ogromny budzik, by uniknąć wyrzutów rodziców.

Dwie koleżanki z klasy budziły mój lęk. Chodziły od dziecka do dziecka i zadawały wszystkim to samo pytanie: "Jesteś za Partią czy za Solidarnością?". Nie miałam pojęcia, co to Partia ani co Solidarność. Zapytałam taty, a on polecił, bym mówiła, że jestem za Partią. Gdy odpowiedziałam w ten sposób, koleżanki odeszły chichocząc i szepcząc coś pomiędzy sobą w nieprzyjemny sposób.

Gdy niedawno opowiadałam te historie, uzmysłowiłam sobie, z jak ważnymi sprawami miałam do czynienia w wieku 10 czy 12 lat. Polityka, sztuka, religia, rozwody, alkoholizm, przemoc rówieśnicza i seksualna... A myślałam wtedy - bo tak mi mówiono - że dzieci nie mają poważnych problemów, i że prawdziwe życie dopiero się zacznie. 

Mój rozmówca stwierdził, że on nie ma takich ciekawych historii do opowiedzenia. A mi się przypomniały słowa mojej trzeciej przyjaciółki z podstawówki, wypowiedziane gdy już byłyśmy dorosłe: "Ty jak coś opowiesz, to wydaje się ciekawsze". A przecież dobrze wiem, co to znaczy nic nie czuć i ciągle się nudzić. To moja świadoma decyzja, by patrzeć i czuć. Wtedy jest ciekawie, ale czasami też boli. 

niedziela, 16 marca 2014

Czy mężczyźni bywają Kopciuszkami?


Kiedyś już pisałam tu i trochę tu, że nie przepadam za bajką o Kopciuszku. Wkurza mnie pochwała niecenionej przez nikogo pracowitości. Zmagam się z tym problemem na co dzień. Nie lubię sprzątać i moje dzieci też nie lubią. Może daję im zły przykład, bo temat bałaganu nieodmiennie podnosi mi ciśnienie, sprzątając stukam, trzaskam i zrzędzę. I czuję się pokrzywdzona. Dlaczego właśnie ja?! Nie to co Kopciuszek, który pracował cicho, starannie, nie skarżąc się.

Ale, ale... w bajkach pojawiają się też męskie postaci przybrudzone popiołem. Jest szkocki Popieluszek i rosyjski Kostia-Popiołek. No proszę! To brzmi dobrze.

Poczucie krzywdy trochę odpuszcza i myślę, z czym kojarzy mi się popiół. Z całopaleniem zwłok, z żar-ptakiem i Feniksem powstającym z popiołu, z przejściem do innego wymiaru, z umieraniem i rodzeniem się na nowo, z dbaniem o święty ogień i ognisko domowe. Zaczynam myśleć o Kopciuszku jako o szanowanej niegdyś kapłance, później jednak niesprawiedliwie pogardzanej i upokarzanej. Stojąca nad garami kura domowa to właśnie Kopciuszek. Wykonuje ważną i potrzebną pracę, która powinna być szanowana, lecz nie jest.

Czym zajmują się Popieluszek i Kostia-Popiołek? Kostia ratuje młode żar-ptaki, a ich matka odwdzięcza mu się zdradzając, gdzie jest ukryty dzban z magicznym napojem dającym nadludzką siłę. Potem chłopiec najmuje się do pracy u cara, a do jego obowiązków należy palenie w piecach. Wtedy to – ponieważ chodzi czarny i szary od sadzy – zyskuje miano Popiołka. Jest to jednak tylko krótki epizod w bajce. Następnie Kostia dzięki magicznemu napojowi dokonuje wspaniałych czynów i zdobywa rękę królewny. Więc to zupełnie inna bajka mimo podobnych wątków.

Popieluszek wydaje się początkowo bardziej podobny do Kopciuszka. Śpi koło pieca, jest przybrudzony popiołem i lekceważony przez rodzinę. Jednak jeśli chodzi o podejście do pracy, stanowi przeciwieństwo Kopciuszka. W bajkach, szczególnie w rosyjskich, jest wiele takich postaci: to najmłodsi synowie spędzający długie godziny na spaniu za piecem. Są leniwi i niezdarni, i właśnie z tego powodu pogardzani. Ich zaletą okazuje się być twórcze myślenie, nietypowe podejście do problemów, znalezienie sposobu tam, gdzie inni nic nie widzą.

Chłopcy dowiadują się więc: Nie poddawaj się presji większości. Lepiej dobrze się zastanowić niż ciężko pracować. A przekaz dla dziewcząt brzmi: Nie skarż się i rób, co ci każą. Pracuj, pracuj, pracuj.

No i takie życie. Nie pocieszyło mnie szukanie w bajkach męskich postaci brudnych od popiołu.

sobota, 15 marca 2014

O Syrenie czyli o wolności kobiety w bajkach


A trzeci mówi: moja najmilejsza, czemużeś mi tak smutna...

Hasło „wolność albo śmierć” kojarzy mi się przede wszystkim z historią Polski, z rozbiorami, okupacją, partyzantką i powstaniami. Czytając polskie bajki zauważyłam, jak mocny jest przekaz dotyczący walki o osobistą wolność kobiet. Syrenka – symbol wolnej Warszawy – to przecież kobieta.

Tematem tych bajek jest wolność wyboru drogi życiowej i człowieka, z którym chce się tą drogą iść. Niektóre bohaterki nie zamierzają w ogóle wychodzić za mąż, inne mają dość odwagi, by wybrać mężczyznę nieakceptowanego przez męskiego opiekuna. Nie rezygnują z własnej woli, nawet jeśli muszą za to zapłacić najwyższą cenę.

Wanda, która nie chciała Niemca, kierowała się poszanowaniem swojego wyboru i odpowiedzialnością za kraj, którym władała. Postanowiła nie wychodzić za mąż za księcia Rytgiera. Jednak konsekwencją tej decyzji miała być zbrojna napaść na Kraków, ponieważ Rytgier zamierzał wziąć siłą to, czego mu Wanda odmówiła. Ona  więc wybrała śmierć w wiślanych wodach myśląc: „Lepiej umrzeć, niż narazić swój lud na cierpienie. Rytgier nie zdobędzie mnie siłą!”.

Zła Kunegunda nie pasuje ani do ówczesnych, ani do współczesnych stereotypów płci. Można powiedzieć, że wywołała sporą awanturę o gender. Choć piękna, nie bawiło jej wyszywanie na tamborku ani roztaczanie opieki nad słabszymi. Wolała oglądać walki i polowania. Była okrutna i lubiła krew. Jednak kochający ojciec postanowił nakłonić ją do podjęcia roli właściwej dla płci. Kunegunda nie chciała iść za mąż, lecz w końcu uległa prośbom i groźbom taty. Przynajmniej pozornie: wyznaczyła pretendentom do swej ręki niemal niewykonalne zadanie. Wielu śmiałków, oczarowanych urodą księżniczki, zabiło się spadając w przepaść z murów zamku Chojnik, które mieli objechać konno. W końcu jednak na zamek przybył rycerz, który obudził w sercu Kunegundy gorące uczucia. Wykonał zadanie, po czym upokorzył księżniczkę oznajmiając, że nie zamierza wiązać swego życia z kobietą tak okrutną. Zrozpaczona Kunegunda rzuciła się w przepaść. Podobno wciąż można zobaczyć ją błąkającą się po murach zamku.

W ruinach wielu polskich zamków widać cienie i słychać zawodzenia białych i czarnych dam...

Kolejna z nich to czarna księżniczka z Szamotuł, która za życia miała na imię Halszka. Gdy jej ojciec dowiedział się o miłości łączącej córkę i dworzanina, kazał oddalić go z dworu. On jednak zasłoniwszy twarz maską pojawił się na balu karnawałowym i w ten sposób spotkał się z Halszką. Razem uciekli i zamieszkali w domku myśliwskim w lesie, gdzie przez jakiś czas byli szczęśliwi. Jednak służący ojca znaleźli dziewczynę i zabrali ją na zamek. Jej wybranek był w tym czasie na polowaniu, więc udało mu się uciec. Halszce ojciec nałożył na twarz żelazną maskę jako przypomnienie maseczki, którą miała na sobie w czasie balu, gdy postąpiła zgodnie z własną, a wbrew ojcowskiej woli. Następnie zamkną ją w wieży i wypuścił dopiero, gdy zachorowała. Wkrótce umarła. A jej duch krąży wokół szamotulskiej baszty.

W bajce nie jest wyjaśnione, skąd wziął się jej tytuł. Czemu Halszka to czarna księżniczka? Anna Kohli w książce „Trzy kolory bogini” twierdzi, że podania o czarnych i białych damach to ślady kultu pradawnej potrójnej bogini: białej, czerwonej i czarnej. A miejsca, w których się błąkają, to miejsca niegdysiejszego kultu.

Niektóre bajki mają wyraźnie mitologiczne korzenie. Należy do nich opowieść o Syrenie. Pewien rybak usłyszał jej przepiękny śpiew. Zachwycony, lecz jednocześnie zaniepokojony, czy nie grzeszy słuchając nieboskiego stworzenia o ciele kobiety i rybim ogonie, zwierzył się pustelnikowi. Ten zarządził, że syrenę należy złapać i zawieźć na dwór księcia, by tam śpiewała w niewoli. Syrenie udało się jednak zauroczyć śpiewem pilnującego ją pastucha i dzięki temu uciekła. Do głębi urażona tą próbą odebrania jej wolności, zniknęła w wodach Wisły wołając: „Śpiewałam wam, ludzie prości, ludzie serca cichego i dobrego, ale na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę”.

Królowa Jurata była władczynią podwodnego królestwa i mieszkała w pałacu z bursztynu. Pokochała młodego rybaka – zwykłego śmiertelnika – czym obraziła gromowładnego Perkuna. Perkun ciskając kamiennym piorunem zabił Juratę i rozbił w drobne kawałeczki jej pałac, a rybaka przykuł do podwodnej skały i rzucił mu pod nogi zwłoki kochanki.

Ślad walki o własną wolę można znaleźć również w bajce o królewnie Roksanie. O rosyjskiej wersji bajki pisałam tu. Z polskiej wersji dowiadujemy się o przyczynie rzucenia złego czaru na królewnę-żabkę. Jej matka, „dobra wróżka Wiślana, władczyni rzek i jezior, królowa rusałek i nimf wodnych” pokochała człowieka, a ze związku tego urodziła się Roksana. Zły czarnoksiężnik Morowit przemienił w drzewo jej ojca, a ją samą zaklął ją w żabę, ponieważ nie chciała wyjść za niego za mąż. Czar mógł z niej zdjąć tylko młodzieniec, który jako żabkę uczyni ją swoją żoną. Według Anny Kohli żaba symbolizuje... waginę i całą kobiecą moc związaną ze zdolnością tworzenia i niszczenia. Ta bajka kończy się dobrze. Królewiczowi – przyszłemu mężowi Roksany – w uwolnieniu dziewczyny pomagają trzy wiedźmy-prządki. Potrójna bogini przędąca ludzki los. Aby przywrócić wolność królewnie-żabce konieczne było odwołanie się do kobiecej siły i uszanowanie kobiecej woli.

Część naszych przodkiń prawdopodobnie mogła wybrać sobie męża zgodnie z własną wolą. Wiele, tak jak w ludowej piosence „Lipka”, nie miało wyboru. Ale przekaz o kobiecej wolności, mocy i odwadze jest w bajkach bardzo wyraźny. Choć często smutny.

 

czwartek, 6 marca 2014

Pochwała porażki


Sukces jest sumą porażek. Lubię to stwierdzenie. Porażki służą temu, by się czegoś nauczyć. Skoro w ten sposób nie wyszło, to może da się inaczej. Albo jeszcze inaczej. W takim podejściu jest ciekawość. Jak to zrobić, by się udało? Jest zgoda na próbowanie, eksperymentowanie, szukanie, sprawdzanie. Natalia i Krzysztof Minge w książce pt. „Jak wspierać rozwój dziecka w wieku 6-13 lat?” piszą tak:

„Badania Carol Dweck wykazały, że ludzie cechują się dwoma podejściami do życia. Jest to nastawienie na trwałość lub na rozwój. Ci pierwsi uważają, że inteligencja i wszelkie inne zdolności są czymś wrodzonym, stałym i niezmiennym. Sukces – i to najlepiej nieokupiony dużym wysiłkiem – stanowi dla nich dowód na to, że jest się zdolnym. Porażka wskazuje zaś, że takim się nie jest. Często nie cenią oni wysiłku i nie są skłoni do pracy nad sobą, gdyż ta w ich mniemaniu nic nie może zmienić. Według nich porażka jest tragedią, której za wszelką cenę należy unikać, nawet jeżeli wiązałoby się to z rezygnacją z najciekawszych, lecz wymagających zadań.

Osoby nastawione na rozwój wierzą w to, że każdy człowiek może wiele osiągnąć, jeśli tylko będzie wytrwale nad sobą pracował. Skłonne są do stawiania sobie ambitnych celów i brania na siebie trudnych zadań. Każda porażka jest dla nich okazją, by dowiedzieć się więcej o sobie oraz czegoś nauczyć. Wierzą, że ciężka praca prowadzi do sukcesu. Częściej niż osoby nastawione na trwałość potrafią prawdziwie współpracować w zespole oraz są mniej skłonne do przypisywania sukcesu wyłącznie sobie”.

Człowieka nastawionego na rozwój nie przerażają więc porażki. Traktuje je jako drogowskazy, a raczej negatywy drogowskazów – skoro ta droga nie prowadzi mnie do celu, trzeba poszukać innej, a może innego celu.

Niestety mam wrażenie, że żyję w świecie nastawionym na trwałość, w którym sukces jest dowodem zdolności, a porażka powodem do wstydu. W szkole fajnie jest być zdolnym. Zdolny ale leniwy – to komplement. Dużo się uczy, lecz wciąż odstaje od rówieśników – oj, niedobrze. Natalia i Krzysztof Minge piszą, że oceniając dzieci warto brać pod uwagę postępy, jakie robią, a nie tylko obecne umiejętności. Czyli warto oceniając porównywać dziecko nie do innych dzieci z tej samej klasy, ale do tego samego dziecka sprzed pół roku. Wtedy umiałeś dodawać w zakresie 10, teraz zaczynasz już dodawać i odejmować z przekroczeniem progu dziesiętnego. Brawo! Takie ocenianie może sprawić, że dziecko będzie się chciało uczyć więcej, rozwijać się.

Zastanawiam się, co się może dziać z człowiekiem skrajnie nastawionym na trwałość. Porażki są dla niego nie do przyjęcia, odzierają go całkowicie z poczucia własnej wartości. Krytykę, a nawet sprzeciw czy odmienne zdanie traktuje jako atak na siebie. Może się bronić: to nie ja, to nie moja wina. Może nie widzieć, odwracać się, zostawiać zadania, których nie potrafi w danym czasie wykonać, udawać, że ich nie ma i nigdy nie było. Albo że mu na nich nie zależy. Może też atakować i niszczyć źródła porażki.
 
Czasem to relacje z ludźmi mogą stanowić o niepowodzeniu.

Dlatego uczę się chwalić porażki. Pozwalam sobie na eksperymentowanie i wyciąganie wniosków. Nie muszę wszystkiego wiedzieć, ale chcę się dowiadywać. Wolę opowieści o drodze i drogowskazach, o wątpliwościach i ścieżkach do zbadania, niż o osiągniętym celu i odniesionym sukcesie.