środa, 12 lutego 2014

Żądanie wiecznego życia jako zuchwałość

- To dżinista - powiedział po kilku sekundach. - Płacze nad udręką świata. 
Powiedziałem: - Ach, tak, oczwiście - zrozumiałem bowiem, że tym razem ma na myśli skargę rozlegającą się w oddali. 
 - W Bombaju nie ma wielu dżinistów - dodał wyjaśniającym tonem kogoś, kto zwraca się do turysty. - Na południu, to co innego, jest tam ich jeszcze sporo. To bardzo piękna religia. I bardzo głupia. 
 Powiedział te słowa bez cienia pogardy, wciąż tym samym beznamiętnym tonem kogoś, kto składa zeznanie. - A pan kim jest? - spytałem. - Proszę wybaczyć niedyskretne pytanie. 
- Jestem dżinistą – odpowiedział.
(...) 
- Przeczytałem kiedyś Ewangelię - powiedział. - To bardzo dziwna książka. 
- Tylko dziwna? - spytałem.  
Zawahał się. 
 - Również pełna pychy - dodał. - Mówię to bez złośliwości.  
- Obawiam się, że niezbyt dobrze pana rozumiem - przyznałem. 
 - Miałem na myśli Chrystusa – wyjaśnił. 
Antionio Tabucchi, „Nokturn Indyjski”, fragment rozmowy z nieznajomym w czasie podróży pociągiem.

Niezwykli synowie, spłodzeni przez boga i narodzeni z kobiety, są obecni w licznych mitach i baśniach. Mit biblijny jest jednym z wielu, choć zawładnął naszą wyobraźnią najmocniej ze wszystkich.

Niedawno czytałam córkom polinezyjską baśń zatytułowaną „Jak Manui wyłowił wyspy z morza”. Manui został spłodzony przez Władcę Słonecznego Promienia i zrodzony z kobiety o imieniu Ui, znanej ze swego piękna i dobroci. Ui mieszkała na wyspie wraz z synami-olbrzymami. Tylko ona jedna mogła oglądać oblicze Władcy, a i to wyłącznie w nocy, gdy jego blask nie był tak palący. Wydaje się być kapłanką, jedyną, która nawiązywała kontakt z bóstwem. Rodziła również dzieci boga. Była więc Dziewicą.

Niezwykłość Manuiego polegała nie tylko na tym, że został spłodzony przez boga. Urodził się bardzo słaby i rodzice myśleli, iż jest martwy, dlatego ojciec wrzucił jego ciałko do morza. Tam jednak zaoipiekowały się nim i wychowały go morskie duchy. Dopiero gdy dorósł, wrócił o matki. Tylko on – oprócz Ui – odważył się spojrzeć ojcu w twarz.

Manui zrobił wiele dobrego dla swojego ludu. Wyłowił wyspy z morza i wykradł z nieba ogień. Gdy Władca Słonecznego Promienia, kierowany zadzrością o powodzenie syna, zaczął palić ziemię, Manui był gotów oddać swoje życie dla dobra ludzi. Ojciec nie przyjął tego daru, poruszony postanowił przywrócić słońcu zwykły bieg i uratować w ten sposób ludzi przed głodem i pragnieniem.

Była jednak siła, z którą ani ojciec ani syn nie potrafili wygrać. Śmierć.

Pierwszy spróbował ojciec:
„- Oto Woda Nieśmiertelności – rzekł i pokropił syna. - Spraw, by mój uratowany syn przekroczył bramę Śmierci i powiódł przez nią wszystkich ludzi.
Nagle jednak woda zabulgotała, trysnęła w górę wysokim strumieniem i po chwili w miejscu, gdzie przed chwilą biło źródełko, widać było już tylko spękaną ziemię. Źródło Nieśmiertelności zniknęło, a Władca Słonecznego Promienia zrozumiał, że żadne zaklęcie nie ma mocy wobec Władczyni Śmierci”.

Baśń kończy się zaś tak:
„Manui nie potrafił jednak osiąść spokojnie w jednym miejscu z żoną i dziećmi. Cały czas myślał, co by tu zrobić, aby życie ludzi uczynić łatwiejszym i szczęśliwszym. Pewnego dnia postanowił więc udać się na koniec świata, aby odnaleźć i pokonać Śmierć.
Któregoś dnia ruszył więc w drogę, ale nigdy nie powrócił z tej wyprawy. Mieszkańcy wysp do tej pory śpiewają pieśni o Manui, synu Władcy Słonecznego Promienia, który wyłowił wyspy z morza, przyniósł ludziom ogień z nieba, ale nawet on nie wygrał ze Śmiercią”.

Temat przewija się też tu:

sobota, 8 lutego 2014

Na pamiątkę


Niedawno minęła moja trzecia rocznica. Postanowiłam wtedy zmienić swoje życie na lepsze. Słowa piosenki Eddiego Veddera „Long nights” z filmu „Into the wild” są o mnie, każdy wers.



Have no fear for when I'm alone” - nie bałam się, przepełniała mnie odwaga, wola spojrzenia sobie w oczy w nowej pustce.


I'll be better off than I was before” - och tak, nie miałam wątpliwości, że będzie lepiej ze mną, że ja będę lepsza.


I've got this light, I'll be around to grow” - byłam gotowa zmieniać się, rozwijać, rosnąć do słońca.


Who I was before I cannot recall” - nie, z tego jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, to wiem dopiero teraz.


Long nights allow mi to feel I'm falling... the lights go out... let mi feel I'm falling safely to the ground” - wierzyłam, mocno wierzyłam w te conocne bezpieczne upadki.


I'll takie this soul, that's inside me now, like a brand new friend I'll forever know” - to mój ulubiony fragment.


I've got this light and the will to show, I will always be better than before” - tak, wiedziałam, że będę się starać.


Long nights allow mi to feel I'm falling...” - tak jak bohater filmu wierzyłam, że dzięki przepełniającemu mnie poczuciu własnej siły i dzięki wielkiej odwadze spełnię swoje marzenie. I tak jak on umarłam.


Strącić samodzielność z piedestału


Mam wrażenie, że w naszej kulturze takim wartościom jak niezależność, samodzielność, samostanowienie – wystawia się pomniki.

Już niemowlęta powinny umieć same się uspokoić i samodzielnie zasypiać, a także przesypiać noce we własnych łóżeczkach. Matki pozwalające swoim małym dzieciom usypiać przy piersi i rodzice współśpiący z dziećmi często słyszą, że hamują rozwój samodzielności dziecka. Że jest ona czymś, czego trzeba uczyć niemal od narodzenia. Dla dobra dziecka. Powinniśmy jak tygrysice odganiać swoje młode od siebie.

Potem mamy przedszkole. Rodzice są przekonywani, że powinni zostawić płaczącą pociechę pod opieką przedszkolanek i jak najszybciej wyjść. Że dłuższe pozostanie przy dziecku tylko utrudni mu rozstanie. I że w ogóle dzieci zarażają się emocjami rodziców. Gdyby rodzic był spokojny i pełen zaufania, dziecko szybko nauczyłoby się tego samego. W skądinąd naprawdę fajnym przedszkolu, do którego chodzi moja córka, trzylatki wciąż śpiewają: „bo ja jestem przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę”. Tak, „grzeczne” dzieci powinny rozstawać się rodzicami bez płaczu i chętnie zostawać w przedszkolu. Ten przekaz jest zupełnie jasny.

Mamy też współczesny mit o pucybucie, który dzięki własnej pracy został milionerem. O człowieku, który sam do wszystkiego doszedł, bez wsparcia i bez pomocy. Właśnie on jest stawiany za wzór.

Wszystko to o czym napisałam, jest jednak przejawem unikającego stylu przywiązania. O stylach przywiązania bardzo ciekawie i obrazowo napisała Agnieszka Stein. Może więc stawiając na piedestale samodzielność, stawiamy na nim równocześnie unikanie bliskości i zależności? Czy to nam daje szczęście? A naszym dzieciom?

Jak wiele osób z mojego pokolenia, wyrosłam w przekonaniu, że powinnam sobie sama radzić. Wpojono mi, że jeśli potrzebuję pomocy, to coś jest ze mną nie tak. Uwierzyłam, że wyciąganie ręki po pomoc jest równie upokarzające, jak przyjmowanie jej.

Od jakiegoś czasu mam jednak poczucie, że mnie oszukano. Że zostałam wychowana do życia w świecie, który nie istnieje. Przecież od początku dziejów naszego gatunku tworzymy społeczności. Dzielimy się obowiązkami i radościami. Specjalizujemy się w wykonywaniu takich zadań, z którymi akurat lepiej sobie radzimy, wykonanie pozostałych z zaufaniem powierzając innym członkom wspólnoty. Wspieramy się w trudnych chwilach, razem świętujemy i wspólnie trwamy w żałobie. Stworzyliśmy wiele rytuałów podkreślających wagę naszej wspólnoty. Współzależność jest czymś normalnym. Jest powodem do dumy a nie wstydu. Dzięki umiejętności życia we wspólnocie jesteśmy wciąż obecni na tej planecie.

Wmawia się nam, że możemy do wszystkiego dojść sami, ale to złudzenie, które prędzej czy później pęka jak bańka mydlana. A wtedy odczuwamy wstyd, choć nie zasługujemy na to. Bańka pęka szybciej i częściej w przypadku kobiet, bo to one otrzymują niewykonalne zadania. Mężczyźni mogą pielęgnować przekonanie o tym, że sami do wszystkiego doszli, ponieważ kobiety w tym czasie po cichu i niezauważalnie zajmują się dziećmi, chorymi i starymi, a także wspierają odnoszących sukcesy mężczyzn. Ale jak się spojrzy uczciwie, to widać jasno, że przekonanie o samostanowieniu również w ich przypadku jest złudzeniem.

Nie chodzi mi o to, że samodzielność nie jest wartością. Potrzeba samostanowienia jest w nas równie silna jak potrzeba bliskości. Całe nasze życie polega na szukaniu równowagi między tymi dwoma potrzebami. Ale wmawia się nam, że ważna jest tylko jedna szala. I wciąż czujemy się niepewnie na zbyt mocno w jednym kierunku przechylonej wadze.

czwartek, 6 lutego 2014

Dlaczego oskarżanie nie ma sensu


Taka sytuacja: Sanki, młodsza córka leży sobie na nich na brzuchu, a starsza ni stąd ni zowąd z impetem na niej usiadła. Młodsza rozpłakała się, poskarżyła, że ją boli. Ofukałam starszą, że jak to tak, że musi uważać, że zadała ból itp. Ofukałam ją dużo mocniej, niż by to wynikało z sytuacji. Byłam na nią zła o coś innego, wcześniej już przeginała... ale nie o tym chciałam tu pisać. Starsza się nadęła, obraziła. Przez następne dni robiła młodszej na złość. Im bardziej robiła jej na złość, tym bardziej ja fukałam, im bardziej ja fukałam, tym bardziej ona robiła na złość. W końcu postukałam się w czoło i zamiast fukać zaczęłam wypędzać złe duchy masując starszej plecy, co ona uwielbia. I powoli wychodzimy na prostą.

Nie, starsza nie poczuła się winna, nie stała się też bardziej empatyczna wobec siostry po tym, gdy ją oskarżyłam. Poczuła się najwyraźniej skrzywdzona, a za winną swojej krzywdy uznała młodszą siostrę.

Co jest grane? Akurat przeczytałam „Przypadek to nie wszystko” Elliota Aronsona. Aronson jest bardzo znanym psychologiem społecznym, autorem podręcznika zatutułowanego „Człowiek – istota społeczna”. Lektura przypomniała mi teorię dysonansu poznawczego, którą bardzo lubię.

Dysonans poznawczy powstaje, gdy mierzymy się z dwoma przekonaniami, które wzajemnie się wykluczają. Np. osoba paląca papierosy wie o sobie dwie rzeczy: „jestem rozsądną osobą” i „palę papierosy”. Te stwierdzenia stoją w sprzeczności, bo szkodzenie swojemu zdrowiu jest nierozsądne. Uzmysłownie sobie tego obniża samoocenę, a dążenie do zachowania dobrego mniemania o sobie jest jednym z podstawowych ludzkich dążeń. Dlatego dysonans poznawczy jest doznaniem bardzo przykrym. Aby poradzić sobie z dysonansem, palacz może zmienić swoje zachowanie (rzucić palenie), przestać myśleć o konsekwencjach palenia, udawać, że nie ma żadnych („no i co z tego, że umrzesz zdrowszy?”), może też podkreślać zalety palenia (smakuje, uspokaja, pomaga nawiązywać znajomości).

Co zaś – zgodnie z teorią dysonansu poznawczego – stanie się, jeśli oddamy przysługę komuś, kogo nie lubimy? Np. ten ktoś poprosi nas o pożyczenie książki czy notatek, a my odruchowo wyrazimy zgodę? Wtedy doznamy dysonansu poznawczego. Skoro tej osoby nie lubimy, nie powinniśmy jej oddawać przysługi. Możemy wtedy uznać, że zachowaliśmy się nieracjonalnie albo przekonać siebie, że właściwie ta osoba jest całkiem miła.

A co się stanie, jeśli zrobimy świństwo komuś niewinnemu? Znowu odczujemy dysonans poznawczy. Bo przecież jesteśmy mili i postępujemy w zgodzie z zasadami moralnymi, więc nie powinniśmy wyrządzać krzywdy komuś, kto na to nie wcale zasługuje. Możemy wtedy uznać, że zachowaliśmy się niemoralnie albo przekonać siebie, że ta osoba w gruncie rzeczy zasłużyła na to, by ją źle potraktować. To bardzo niebezpieczny mechanizm! Dlatego jeśli w czasie wojny przemoc dotknie ludności cywilnej, jest prawdopodobne, że agresorzy uznają tę ludność za podludzi godnych pogardy. A to z kolei nasila okrucieństwo.

Myślę, że właśnie ten mechanizm zadziałał u nas w skali mikro. Oskarżyłam starszą, że zadała ból młodszej, niczemu nie winnej. Starsza wtedy – aby chronić swoją samoocenę – uznała, że młodsza jest beznadziejna i zasługuje na to, by ją źle traktować. Być może gdybym powiedziała, że młodszą to wprawdzie zabolało, ale widziałam, że starsza chciała się po prostu bawić i nie miała złych zamiarów – następne dni byłyby spokojniejsze i dziewczynki bawiłyby się razem, tak jak to mają w zwyczaju.

Tym wyraźniej widzę, że – chociaż czasem jest to dla mnie trudne – warto się skupiać na tym, co dobre. I patrzeć, jak rośnie – jak piękne, drożdżowe ciasto.