środa, 4 grudnia 2013

Żywa woda, martwa woda

Woda jest moim żywiołem. Śni mi się na najróżniejsze sposoby: jako wartki, spieniony strumień połyskujący w promieniach słońca, tak piękny, że aż zapiera dech; jako trudna do przebycia rzeka; jako niepokojąco ciche i nieruchome morze; jako jezioro, w którym nurkuję i nie potrafię wypłynąć na powierzchnię; jako mroczna woda spływająca po bruku. Na jawie bardzo lubię pływać. Największą przyjemność sprawia mi przepłynięcie na drugi brzeg jeziora. Płynę żabką, nie zanurząjąc głowy, zgrywając ruchy rąk i nóg z oddechem. Ludzie zostają daleko, widzę otaczający jezioro las i niebo nad głową. Lubię odczucie towarzyszące rozgarnianiu wody, dotyk powierzchni jeziora na skórze, różnicę pomiędzy wodą i powietrzem, a także gdy woda jest cieplejsza na powierzchni i chłodniejsza głębiej. Lubię świadomość, że mam dość sił, by płynąć tylko dzięki prawności moich mięśni. Pierwszą córkę urodziłam w wodzie.

Woda jest moim żywiołem. Może dlatego pociąga mnie w bajkach motyw żywej wody. Kojarzy mi się z przyjemnością czerpaną z seksu, z wodami płodowymi, z fascynacją naukowców odkrywających ślady wody na innych planetach: może tam jest, może było kiedyś... życie. Żywą wodę trudno zdobyć, wymaga to czasu i cierpliwości albo posiadania specjalnych mocy. Trzeba po nią iść na koniec świata, do odległego źródła. Leczy ciężko chorych, a nawet przywraca życie umarłym. Szczególnie podoba mi się polska bajka (musi gdzieś być w całym tym moim bałaganie, ale nie wiem gdzie, a tytułu nie pamiętam) o synu szukającym żywej wody, aby ocalić umierającego ojca. Drogocenne lekarstwo znajduje się w zamku strzeżonym przez trójgłową bestię. Chłopcu udaje się ułaskawić głowy bestii pozyskanymi wcześniej podarunkami. Głębiej w sali siedzi piękna dziewczyna i rozpaczliwie płacze. Bohater bajki musi podjąć decyzję: jeśli weźmie stojący na stoliku flakonik z żywą wodą, ocali ojca, ale dziewczyna umrze; jeśli podejdzie do dziewczyny, nie dostanie żywej wody. Chłopiec chce wziąć flakonik, jednak kierowany empatią, odruchem serca, podbiega do dziewczyny i ociera jej chusteczką łzy. Wtedy znikają bestia i flakonik. Bohater zabiera dziewczynę do domu, a gdy stają nad łożem umierającego ojca, dziewczyna wyciska z chusteczki łzy – i okazuje się, że to właśnie jest żywa woda, która uzdrawia ojca. Chłopiec zdobył ją dzięki temu, że z niej zrezygnował. Okazało się, że żywa woda tryska tam, gdzie jest dbałość, wrażliwość i troska. Drugi człowiek nie może być środkiem wiodącym ku niej.

Podoba mi się też bajka o żabie, która wypiła całą wodę na ziemi. Siedziała potem nadęta i miała w nosie spękaną ziemię i spragnione zwierzęta. Wiecie, jak wygląda nadęta żaba, prawda? Na szczęście węgorze uratowały świat przed zagładą rozśmieszając żabę swoimi śmiałymi wygibasami tak, że ta nie mogła wytrzymać, ryknęła śmiechem - i wypluła całą zagarniętą wodę.

Chichocząca wesoło żaba prowadzi z kolei moje myśli ku bogince Baubo. Choć czytaliśmy mity greckie, to jednak o Baubo nie uczyliśmy się w szkole. Również w tej opowieści światu grozi zagłada z powodu suszy i nieurodzaju. Ich przyczyna tkwi w rozpaczy Demeter, która odmawia jedzenia i picia po tym, jak Hades porwał i zatrzymał w podziemnym świecie jej córkę Persefonę. Baubo – boginka śmiechu i swawoli – postanawia pocieszyć Demeter. „Przemawiająca spomiędzy nóg” nie ma głowy, patrzy sutkami i mówi waginą. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z Wilkami” tak opisuje tę chwilę:

W istocie tańcząca żeńska postać była zaczarowana; nie miała głowy, jej oczami były sutki, a pochwa ustami. To właśnie te usta zaczęły opowiadać Demeter zabawne, rubaszne historyjki. Demeter najpierw się uśmiechnęła, potem zaczęła chichotać, aż wybuchnęła śmiechem z głębi brzucha. Śmiały się razem, mała brzuchata boginka Baubo i potężna Matka-Ziemia, Demeter.

Śmiech wydobył Demeter z rozpaczy i dał jej siłę do dalszych poszukiwań. W końcu z pomocą Baubo, starej Hekate i boga słońca, Heliosa, odnalazła swą córkę. Persefona została zwrócona matce. Cały świat, ziemia i łona kobiet znów zaczęły rodzić.

[…] Mała brzuchata boginka Baubo podsuwa interesującą myśl, że trochę rubasznego humoru może dopomóc w przełamaniu depresji. To prawda, że może tego dokonać pewien rodzaj śmiechu, który budzą te wszystkie kobiece opowieści — opowieści czasem tak wulgarne, że aż niesmaczne. Te opowieści pobudzają libido. Rozpalają w kobiecie ogień, przywracają zainteresowanie życiem. Właśnie tego nam trzeba — brzuchatych boginek i śmiechu z głębi brzucha." Wspaniałym zbiorem rubasznego, babskiego humoru jest komiks Marjane Satrapi „Wyszywanki” - polecam.

Jest też martwa woda. O zwyczajach z nią związanych, powszechnych na Ukrainie, przeczytałam w tekście Pochowana prawda. Martwa jest woda, którą obmywano nieboszczyka. Martwe są też ludzkie łzy wyniesione przez wiedźmę z cmentarza. Taką wodę „wylewa się na próg, pod dom, na granicę gospodarstwa lub w inne miejsce, tak by zaszkodzić osobie, która przez nią przestąpi”. A więc znowu łzy. Jednak tym razem nie człowiek jest celem, złodziej łez nie ociera ich po to, by pocieszyć, lecz aby komuś innemu zaszkodzić. Płaczący człowiek jest używany jako środek prowadzący do celu. Jako producent drogocennych łez. I sądzę, że nawet gdyby cel był szczytny, taka woda musiałby być martwa.

I tak te skojarzenia płyną, jak woda. Od otartych, życiodajnych łez po rubaszne żarty, które ratują świat od suszy. Żywa woda to troska, chęć pocieszenia, zamiany płaczu w śmiech. Przyjemność czerpana z seksu, wody płodowe i fascynacja naukowców, gdy na odległej planecie odkryją ślady wody...

niedziela, 1 grudnia 2013

Dlaczego warto mieć siostrę?

Nikt tak jak starsza siostra:
  • Nie ma równie wspaniałych pomysłów na zabawy.
  • Nie przygotuje do szkoły („Mamo, ale dziś była męcząca ta zabawa... tyle szlaczków i liter”).
  • Nie nauczy dni tygodnia przy okazji skakania w gumę, i wielu, wielu innych rzeczy.
  • Nie nauczy odporności wobec nacisków i polegania na własnym zdaniu („Mamo, a ona mówi, że tam jest miasto!” - „A ty uważasz, że jest?” - „Nie ma!”).
  • Nie nauczy podstaw logiki („Mamo, ja czekam, aż ona się ze mną pobawi, a ona czeka, aż przestanę czekać!”).
  • Nie nawiedzi w snach („Mamo, ja ją zabiję packą na muchy!” - powiedziane w chwili budzenia się ze snu).
  • Nie pokaże lepiej, że miłość bywa szorstka, a przyjaźń pełna konfliktów, a jednak trwa z dnia na dzień.

Nikt tak jak młodsza siostra:
  • Zawołana nie przybiegnie natychmiast i bez ociągania („Chodź, idziemy się bawić!”).
  • Nie doceni umiejętności wychowawczych i nie pokaże sprawczości (starsza nie pozwala młodszej wchodzić z nocnikiem do swojego pokoju, więc młodsza siedzi na nocniku pod drzwiami).
  • Nie będzie podziwiał różnych umiejętności i dzieł ani starał się naśladować („Mamo, ona znowu zgapia!”).
  • Nie będzie się bawił w to, na co starsza ma ochotę, ani wykonywał zadań.
  • Nie będzie się liczył ze zdaniem („Jak myślisz, który obrazek jest ładniejszy?”).
  • Nie będzie wciąż dążył do kontaktu, wybaczał krytyki i chwil niechęci.

No i nikt tak jak siostra nie pozwoli zmniejszyć o połowę presji całej tej rodzicielskiej miłości, nadopiekuńczości, szaleństwa, zaborczości, kryzysów, braku czasu i uwagi.

P.S.

Moje córki nie przytulają się do siebie, nie chodzą za rączki i nie wyznają sobie miłości. Zdarza się im za to mówić o nienawiści i każda z nich wolałaby, by drugiej nie było. Kiedyś był to dla mnie duży problem i miałam do nich żal, zwłaszcza do starszej. A jednak w końcu się pogodziłam, że jest jak jest. I nie wiem, czy ich relacja się z czasem poprawiła, czy też ja zaczęłam bardziej dostrzegać to, co dobre.

W ostatnie wakacje spędziliśmy kilka dni w niemal idealnej moim zdaniem chatce studenckiej. Nie dość że mimo długiego weekendu nie było tam żadnych turystów oprócz nas, to jeszcze trafił się nam bardzo sympatyczny chatkowy. Twierdził, że moje córki bardzo ładnie się ze sobą bawią i argumentował to w ten sposób, że jego siostrzeńcy są jeszcze gorsi. Gdy starsza na pytanie młodszej: „ładnie narysowałam?”, odpowiedziała: „obrzydliwie”, chatkowy roześmiał się i stwierdził żartobliwie: „na starszą siostrę zawsze można liczyć”. Zrozumiecie albo nie, ale jestem mu za to zdanie wdzięczna.

wtorek, 26 listopada 2013

Czy potrzebuję tego, czego pragnę?


Oh, it's a mystery to me
We have a greed with which we have agreed
And you think you have to want more than you need
Until you have it all you won't be free
Society, you're a crazy breed
Hope you're not lonely without me –
fragment piosenki Eddiego Veddera

Leśna mądrość obdarzyła go ciszą
Chore drzewo w daremnej podróży – Robert Marcinkowski

Trudno jest mi znaleźć 2 godziny czasu wolnego ciurkiem, a w nocy wolę spać, dlatego oglądam nie więcej niż kilka filmów w roku. „Into the wild” wkradł się w moje myśli i uczucia chyba na dobre. Zacytowana piosenka pochodzi z tego właśnie filmu. Można go różnie zrozumieć i różne treści z niego wydobyć. Dla mnie jest to opowieść o szukaniu siebie, swoich granic, szczęścia, wartości, dla których warto żyć. O rozróżnianiu między potrzebami a pragnieniami, formą i treścią.

To dla mnie ważny temat, trochę o nim już pisałam tu. Ale gdzie jest granica? Za którymi pragnieniami stoją prawdziwe potrzeby? Co poprowadzi mnie w kierunku wolności i bezpieczeństwa? A co nakarmi złudzeniami? Kubuś Fatalista powiedział, że chce być równie szczęśliwy śpiąc w królewskim łożu i z głową opartą o przydrożny kamień.

Gdy półtora roku temu miałam wypadek samochodowy, pomyślałam, że chcę mieć skórzaną torebkę. Może brzmi to absurdalnie, ale dla mnie skórzana torebka jest symbolem dostatku. Nigdy wcześniej o takiej nie marzyłam, szkoda mi było pieniędzy. Ale dostatek oznacza poczucie bezpieczeństwa. Jednak czy większy, lepszy samochód ochroniłby mnie przed wpadnięciem w poślizg i tą chwilą lotu (!), kiedy spadałam w dół? Logiczne czy nie, moment ten symbolizował całą moją niestabilność, chwiejność, brak panowania, brak zdolności powiązania ze sobą licznych sznurków, i nie było to bez związku z pieniędzmi.

Mój dobry kolega prowadził tej jesieni punkt skupu grzybów. Lubiłam przyglądać się przychodzącym grzybiarzom. Byli spokojni, pogodni, rozluźnieni, chętni do pogawędek. Leśna mądrość obdarzyła ich ciszą. Licytowali się między sobą z humorem, kto więcej zebrał, bo praca ta wymaga przeciez wiedzy o grzybach i znajomości miejsc, gdzie lubią rosnąć. Rozmawiałam trochę z niektórymi z nich, między innymi z kobietą z grubsza w moim wieku. Powiedziała, że w zasadzie miała wrócić do pracy, ale nie chce jej się, a w lesie rośnie tyle grzybów. Wiele z tych osób pewnie by się chętnie utrzymywało zbierając dary lasu, a z innymi sposobami zarobkowania być może nie jest im po drodze.

Ludzie ci wyglądali na niebogatych. Można było to poznać po ubraniach, a czasami też po niekompletnym uzębieniu. Zarówno aktor grający główną rolę w filmie „Into the wild”, jak i człowiek, w którego się wcielił (bo film ten opowiada prawdziwą historię) mieli ładne, białe zęby. Sama nie zostałam dziewczyną bez zęba na przedzie tylko dlatego, że stać mnie na to, by nią nie być. I tak sobie myślę – czy to potrzeba czy zachcianka? Nie umiera się od bezzębnego uśmiechu, a jednak czułabym się fatalnie. No i trudniej znaleźć przyzwoitą pracę nie mając zębów. Społeczeństwo oznajmia kpiąco: musi cię być stać na to, byś mógł pracować.

Gdzie jest granica między formą i treścią? Między potrzebą i zachcianką? Między wymogami społeczeństwa a wyborami podyktowanymi potrzebami związanymi z tym, kim naprawdę jestem? Gdy wybieram się do pracy, ubieram się bardziej elegancko, bo chcę powiedzieć: możesz mi zaufać, jestem odpowiedzialna i poważna. Do którego momentu opakowanie służy komunikowaniu treści, a od którego zakrywa treść? Do kiedy to jestem ja, a od kiedy jakaś rola, w którą się wcielam, skorupka, maska? Kiedy jestem prawdziwa? Stara czy młoda? Ładna czy brzydka? Z zębami czy bez? Z makijażem i w spódniczce, czy w dżinsach i z potarganymi włosami? 


I jeszcze Szałasolot 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dziecko z zaświatów


Doznałam pewnej wizji. Dziecko, dziewczynka. Malutka, może półtoraroczna. Ma jasne oczy, niewyraźne, i blond włoski, takie ledwo-ledwo. Na imię ma Rózia. Dziecko siedzi w samym tylko pampersie pod ścianą. Wygląda na zdrowe, a jednak jest blade i poważne. Samo sobą cichutko się zajmuje. Nie rzuca się w oczy. Prawie się rozmywa, znika, wtapia w otoczenie. Nie mogę powiedzieć, żeby budziło moją sympatię, chwilami nawet zapominam o jego istnieniu. A jednak wciąż odwracam się do ściany. Zdarza się, że odchodzę, wyjeżdżam, zamuję się zupełnie czymś innym, ale w końcu wracam. Gdy przyglądam się dokładniej, widzę, że to dziecko jest martwe. Istnieje gdzieś za ścianą, za światem, w zaświatach. W innym wymiarze. Ściana jest trochę przezroczysta, mogę zajrzeć poza nią, widzę dziecko. Nie, nie boję się go. Chce mi coś powiedzieć, nie ma jednak środka przekazu. Nie umie jeszcze mówić, w dodatku pozostaje w innym wymiarze. Może brakuje medium, może okultystycznego stolika, może wystarczająco silnego skupienia nad płomieniem znicza. Nad chwilą zachodu słońca, chwilą przejścia między światami, styku między znanym i nieznanym. Słucham, tym razem słucham uważnie. Rozumiem. Dziecko mnie woła. Chce być przy mnie. Gdy pozwalam mu się zbliżyć, staje się bardziej rumiane.

Jeśli poświęcałam wam za mało uwagi, jeśli mieliście wrażenie, że siedząc obok was jestem nieobecna, to dlatego, że musiałam wracać do tej ściany i dziecka. Jeśli wciąż będą się zdarzały takie chwile, w których odbieracie mnie jako samotnika i odludka, to dlatego, że zajmuję się dzieckiem. Ma na imię Róża. 
 

niedziela, 10 listopada 2013

Wytrwałość i oceny


Moja 10-letnia córka nauczyła się skakać na skakance. Skacze do przodu i do tyłu, na obu lub na jednej nodze i z n ogami skrzyżowanymi. Udało mi się skoczyć 40 razy do tyłu i chyba nigdy nie przebiję tego rekordu, powiedziała. A ja jej na to: Jak będziesz ćwiczyć, to przebijesz. I będziesz miała przy okazji lepszą kondycję, a to znaczy, że długie wędrówki lub wycieczki rowerowe nie będą cię wyczerpywać. Oczywiście skacze już ponad 100 razy do przodu i do tyłu.

Córka od niedawna jeździ też konno. Dzisiaj cały czas anglezowałam i pani powiedziała, że będzie ode mnie więcej wymagać – stwierdziła z niepokojem. Skoro zamirza od ciebie dużo wymagać, to znaczy, że jej zdaniem na dużo cię stać, uspokoiłam ją.

Bardzo mnie ucieszyła ta skakanka i jazda konna, bo od dawna zastanawiam się, jak córkę przekonać do wartości wytrwałych i systematycznych ćwiczeń. Chodzi do szkoły, więc nie powinnam mieć trudności ze znalezieniem okazji. A jednak do tej pory nie znalazłam.

Mam wrażenie, że w szkole wypada być zdolnym, a nie wytrwałym. Dzieci mówią machając lekceważąco rękami: E tam, to dla mnie łatwizna, to dla mnie bułka z masłem. Siedzenie na zadaniami po lekcjach nie jest wartością, dzieci nie robią tego dobrowolnie. Piątki fajnie jest mieć bez wysiłku. Piątka okupiona pracą jest o wiele mniej atrakcyjna.

Problemem jest chyba samo ocenianie.

Instruktorka jazdy konnej nie stawia ocen. Na pierwszych zajęciach córa anglezowała tylko przez chwilę. Na kolejnych radziła sobie lepiej i samo to było dla niej nagrodą. Ocena nie jest tu do niczego potrzebna, wręcz by przeszkadzała.

Ocena staje między nami a efektem naszej pracy. Przesłania radość i satysfakcję z tego, że dzięki własnemu wysiłkowi czegoś dokonaliśmy. Cieszymi się z oceny, ale taka radość nie buduje nas, lecz niszczy.

Nauka jazdy konnej tak jak każda nauka jest drogą. Jeśli zechcemy, może być drogą bez końca. Za zdobytym właśnie szczytem zobaczymy kolejny, jeszcze ciekawszy, trudniejszy, bardziej ekscytujący, piękniejszy. Ocena sprawia, że myślimy: to koniec. Wykonałam pracę, dostałam ocenę, jestem z niej zadowolona albo nie – i już. Tracimy zaitnresowanie dalszą podróża. Ocena zasłoniła drogę.

Oceny zabijają też ciekawość. Skoro ktoś wie, co powinnam umieć i czy umiem dość, by zostać pozytywnie oceniona – moja ciekawość nie ma sensu. Nie szukam, nie drążę, nie waham się. Nie ma w sobie pasji. Staram się zgadnąć, czego ta druga osoba ode mnie oczekuje. Zamiast ciekawości odczuwam lęk i niepowność, czy aby dobrze myślę i działam.

Oczywiście, gdy czegoś się uczymy, potrzebujemy przewodnika, który będzie nam towarzyszył w podróóży i pokaże, jakie działania są skuteczne. Kogoś, kto podzeili się wiedzą i doświadczeniem. Ale to przede wszystkim nasza podróż. Mam więc nadzieję, że mojej córce sprawia przyjemność jazda konna i że bardziej jej zależy na doskonaleniu umiejętności niż na tym, co myśli instruktorka, nawet jeśli chwilami trudno to rozdzielić.

Gdy czyjaś ocena naszego działania staje się ważniejsza niż samo działanie, uczymy się też braku samodzielności. Nie mamy ochoty eksperymentować, bo boimy się, że coś zrobimy nie tak. Uczymy się braku zaufania do siebie. Staramy się spełniać czyjeś oczekiwania, aby zasłużyć na dobrą ocenę i przestajemy podążać za tym, co sprawia, że odczuwamy satysfakcję.

Moja praca polega między innymi na wykonywaniu testów sprawdzających poziom rozwoju funkcji poznawczych. Aby było to możliwe, nie mogę podpowiadać ani oceniać wypowiedzi badanych dzieci. Część z nich wydaje się zaniepokojona taką sytuacją. Pytają, czy tak jest dobrze, albo przynajmiej szukają podpowiedzi z wyrazie mojej twarzy. Odpowiadam, czasem wielokrotnie: nie mogę ci powiedzieć, sam zdecyduj, czy tak może zostać, czy też wolisz coś tu jeszcze zmienić. Z reguły dzieci te w końcu uspokojają się i zamiast na moich reakcjach koncentrują się na zadaniach.

Sama też doświadczyłam dobroczynnego wpływu braku oceniania i porównywania z innymi na kursie terapii systemowej. Czułam się tam bardzo dobrze, całkiem inaczej niż kiedyś w szkole. Czułam się swobodnie i bezpiecznie, miałam ochotę na eksperymenty, dawałam sobie prawo do popełniania błędów i do decydowania, które z przekazywanych treści są dla mniej mniej, a które bardziej użyteczne.

Bodajże na Psychoblogu Jarka Żylińskiego przeczytałam, jakie pytania warto zadawać dziecku, gdy wróci ze szkoły: nie co dostałeś, ale czego ciekawego się dowiedziałeś. Przyznam, że trudno mi te pytania dopasować do moich wspomnień. Podstawówkę przetrwałam spóźniając się na lekcje, grając w kropki i szubienicę. Moja córka po powrocie ze szkoły mówi niestety: cześć, dostałam dziś piątkę (o tróji niekoniecznie powie). Albo mówi, że dostała z matematyki 2 punkty więcej niż koleżanka i że to fajnie, bo z innych przedmiotów ta koleżanka ma lepsze oceny. Gdy zapytam, co było ciekawego, przeważnie odpowiada że nic. Więc cała nadzieja w skakance i jeździe konnej.


wtorek, 29 października 2013

A gdyby było gorzej


Otchłań nie je, nie pije
I nie daje mleka.
Co robi? Czeka. -
Czesław Miłosz

Ten wpis na blogu Love's Patient ma już półtora roku, ale wyjątkowo utkwił mi w pamięci, tak bardzo jest o mnie. To moje myśli: A gdybym miała chore plecy, to jak bym nosiła te moje niemowlęta? A gdyby ta mała indywidualistka nie miała z kim zostać w domu, to jakim cudem chodziłaby sobie tak w kratkę do niezbyt lubianego przedszkola („bo w przedszkolu są nudne zabawy” - w domu potrafi się bawić sama przez 2 godziny i nie nudzi się nigdy). A gdybym nie miała z kim zostawić drugiego dziecka, to jak bym mogła z pierwszym zostać w szpitalu? A gdyby mnie nie było stać na samochód, to jak bym dojeżdżała do pracy, skoro z roku na rok jest coraz mniej połączeń PKS-sami? I tak dalej, i tak dalej, codziennie i wciąż na nowo.

Takie zdania pojawiają się nie tylko w moich myślach, słyszę je też w realnej przestrzeni. Gdy się dowiedziałam, że muszę wziąć udział w kursie, który zajmie mi co drugi weekend do końca roku szkolnego, usłyszałam: a co ma w takiej sytuacji powiedzieć kobieta, która nie ma z kim zostawić dzieci?

Myśli te odbierają mi siłę, podkopują wiarę w siebie, sprawiają, że czuję się bezradna. To tak jakbym cały czas przechodziła tuż obok pustej otchani, która tylko czeka, aż w nią wpadnę. W końcu przecież musi poślizgnąć się noga, nie sposób wciąż się pilnować. Myśli te i słowa budzą we mnie też poczucie, że mam za dużo i że na to absolutnie nie zasługuję, że dostaję o wiele więcej, niż powinnam. Że nie mam prawa. Że nigdy się nie wykupię. A uciec nie ma dokąd, bo otchłań czeka.

Nie chcę tego.

Jestem tu, gdzie jestem, i mam do tego prawo. Żyję, oddycham, przeciągam się, widzę i czuję. Mam prawo do wsparcia i do pomocy, kiedy tego potrzebuję. Kiedy odsuwam się od otchłani, lepiej słyszę samą siebie i mam więcej siły, by otaczać opieką tych, którzy są ode mnie słabsi. Mam prawo dążyć do szczęścia i iść w kierunku, który najbardziej mnie pociąga.

sobota, 21 września 2013

Ta trzecia (i ta pierwsza)


Poznałam już trzy opowieści trzecich. Moich koleżanek, które zaangażowały się w związki z żonatymi facetami. Każda z tych historii jest inna, a jednak wszystkie podobnie smutne. Opowiadają o miłości do mężczyzny i nienawiści do kobiety. Kobiety trochę znanej z widzenia, ze zdjęć, z rozmów telefonicznych prowadzonych przez niego, z których ona słyszała tylko wypowiadane przez niego zdania, ale domyślała się jej pytań i odpowiedzi.

To miał być romans, żeby odreagować rozstanie z kimś innym, ale okazało się, że romans zawsze jest zagrożeniem dla serca, bo ono nie słucha. Miało być na chwilę, ale niemal niepostrzeżenie mijał rok, drugi, trzeci... On obiecywał, że się rozwiedzie, opowiadał, że nie potrafi wytrzymać w swoim małżeństwie. Albo nic nie obiecywał i unikał rozmów na temat żony.

Po jego stronie jest poczucie odpowiedzialności, obowiązek, przysięga małżeńska, bezpieczeństwo, troska o rodzinę, o dzieci. Ona po swojej stronie ma pełne miłości zrozumienie przeplatane z żalem i poczuciem odrzucenia i wykorzystania. Nic na swoją obronę. Nic żeby się obronić.

I nienawiść. Do niej. Tej pierwszej, która wprawdzie nie doznaje ani tyle namiętności, ani tyle czułości co trzecia, ale poza tym ma wszystko. Przysięgę małżeńską, bezpieczny dom, rodzinę, dzieci. Wspólne zdjęcia na facebooku.

Po babsku podoba mi się opowieść mojej koleżanki. W napadzie złości pocięła ubrania swojemu żonatemu kochankowi. W jakiś sposób dowiedziała się o tym jego żona i zrobiła to samo. A koleżanka utyskiwała, że tamta nawet nie umiała nic sama wymyślić.

Wraz z kilku kobietami wyśmiewamy się z żony faceta jednej z nas. Porównujemy ją z Miss Piggy, współczujemy niedorżnięcia i życzymy dodatkowych 20 kg sadła na zimę, by nie marzła. Jesteśmy okrutne, jak tylko kobieta potrafi być okrutna wobec drugiej kobiety, wprawdzie za jej plecami. Po to, by pocieszyć inną. Tą trzecią. Która prawdopobnie w pewnym momencie zniknie z jego życia, choć przecież cały czas była niemal niewidzialna.

Ale staram się pamiętać, że to on łamie przysięgę unikając konsekwencji, zdradza i wykorzystuje dwie kobiety. Prawdpodobnie nie zasługuje na żadną.

piątek, 20 września 2013

Niebezpieczne poczucie krzywdy


Kiedyś czytałam artykuł o sprawcach i ofiarach przemocy domowej. Obu grupom zadano to samo pytanie: co przyjemnego spotkało ich w ostatnim czasie? Ofiary przemocy bez trudu przypominały sobie miłe sytuacje: wyjazd z dziećmi nad morze, spotkanie z koleżanką, ciekawy film. Sprawcy nie pamiętali absolutnie nic. Czuli się pokrzywdzeni. Zawsze albo bardzo często.

Zaraz, zaraz. Jak to? Przecież to oni wyrządzają krzywdę... Ano tak. Więzienia są pełne pokrzywdzonych. Za co siedzisz? Za niewinność. Wrobili mnie, sprowokowała mnie, musiałem się bronić, przecież nie mogłem na to pozwolić. Poza tym to nie ja.

Bywa, że czujemy się pokrzywdzeni. Bywa, że spotka nas coś złego, na co w żaden sposób nie zasłużyliśmy. Należą nam się przeprosiny, zadośćuczynienie, chociażby uśmiech ślepego losu.

Poczucie krzywdy jest dla mnie szczególnie trudnym przeżyciem. Trudniejszym niż poczucie winy. Ta bezradność i bezsilna złość. Aż chciałoby się ożenić złość z siłą... i oddać.

Co może się dziać z człowiekiem, który na stałe zaprosił poczucie krzywdy do swojego życia? Który pozwolił, by rozsiadła się wygodnie w fotelu i codziennie przypominała wszystkie życiowe urazy, wyrządzone przez innych świństwa, złośliwości losu? Z człowiekiem, który nosi tę swoją krzywdę na ramionach i słucha jej szeptu: zobacz, co on, co ona z tobą robi, do czego cię doprowadziła, to wszystko przez nich, przez niego, przez nią, na nic dobrego nie zasługują...

Człowiek będący we władzy demona krzywdy, najpierw staje się roszczeniowy. Niezależnie od tego, czy dostaje dużo czy mało, niezależnie od sposobu pomiaru ilości prezentów od ludzi i losu, dla niego są nic nie warte. Zawsze domaga się więcej. Zaraz obok roszczeniowości drzemie agresja. Będzie chciał oddać wszystkim tym, którzy wciąż go krzywdzą. Obronić się przed nimi. Wymierzyć sprawiedliwość.

Sprawcy przemocy nie pamiętali  nic przyjemnego, ponieważ człowiek owładnięty poczuciem krzywdy nie może sobie pozwolić na radość ani tym bardziej wdzięczność. Nie ucieszy się z ciepłej herbaty i nie powie: „dziękuję, to miło z twojej strony”. Nie uśmiechnie się do hałasujących dzieci, nie pomyśli, że są zdrowe i pełne energii. Nie zapatrzy się w kolorowe liście odbijające się w kałuży. Najpierw musiałby rozwieść się ze swoim poczuciem krzywdy.