czwartek, 24 listopada 2016

Moja dobra wychowawczyni

W wakacje spotkałam się po latach z moją bliską koleżanką ze szkoły podstawowej. Dużo sobie opowiadałyśmy, dużo też wspominałyśmy...

Obudziły się we mnie wspomnienia dotyczące naszej wychowawczyni z okresu klas IV-VIII, nauczycielki polskiego, dziś już nieżyjącej pani Hanny Dryńskiej. Myślę sobie, że była wyjątkową wychowawczynią i że dużo jej zawdzięczam.

O mnie - nieobecnej, bujającej w obłokach, myślącej o niebieskich migdałach, ciągle o czymś zapominającej i gubiącej mnóstwo rzeczy - mówiła, że mam „iskrę bożą” i najwyraźniej całe to roztrzepanie uważała za jej element. Iskra boża” czyli talent - do pisania i recytacji. Pamiętam do dziś, jak w kilka osób staliśmy pod tablicą i recytowaliśmy fragmenty „Pani Twardowskiej” Mickiewicza. Następnie nasza pani oznajmiła, że to ja najładniej recytowałam - ta nieśmiała, cicha dziewczynka, po której nikt chyba się tego nie spodziewał, a na pewno nie ona sama. Może właśnie za to polubiłam Ballady i romanse.

Chwaliła też moje wypracowania, a ja bardzo lubiłam pisać. Dopiero w liceum spotkałam się z czymś takim, jak wstęp”, rozwinięcie” i zakończenie”, co - jak się okazało - raczej mnie blokowało.

Rozdawała nam prostokątne kartoniki z obciętym rogiem - swoją drogą ciekawe, co to było? - i na nich zapisywaliśmy ładnie, na kolorowo zasady ortograficzne. Lubiłam te kartoniki. 

Robiła nam lekcje kaligrafii, nie było ich wtedy już w programie. To musiało być jakoś w IV klasie. Mieliśmy kałamarze z atramentem i stalówki. Maczało się stalówkę w atramencie i pisało - ostrożnie, powoli, jak najładniej. Świetna zabawa.

Gdy ktoś był chory, wybierała bliską koleżankę lub kolegę i dawała tej osobie kalkę. Należało pisać przez kalkę, co samo w sobie było ciekawą odmianą, a następnie odwiedzić koleżankę czy kolegę i zanieść napisane przez kalkę notatki. Dzięki temu chore dziecko nie musiało uzupełniać zeszytów. 

W którejś klasie nasza pani oznajmiła, że każda z osób lepiej uczących się ma siedzieć w ławce z osobą słabiej uczącą się i pomagać jej w nauce, zarówno w szkole jak i w domu. Usiadłam wtedy z dziewczynką, z którą później bardzo się polubiłyśmy. Twórczo spędzałyśmy czas na lekcjach grając w najróżniejsze gry (do niektórych się nawet przygotowywałyśmy w domu - rysowałyśmy labirynty, przez które druga strona w czasie lekcji miała przejść), ale rzeczywiście pomagałam jej odrabiać prace domowe.

A znowu ta moja koleżanka, która dostarczyła mi wielu wzruszeń w wakacje, opowiedziała (tego nie pamiętałam), że gdy była przez wiele tygodni w sanatorium, nasza pani zadbała o to, by każdy napisał do niej kartkę pocztową, a ona bardzo się ucieszyła, gdy wszystkie te kartki dostała.

Ech, być wychowawcą - mieć wychowawcę - to jednak wielka sprawa.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz