poniedziałek, 11 lipca 2016

Smutek w Warszawie

Przeczytałam "Najgorszego człowieka na świecie" Małgorzaty Halber. Wiedziałam, że będzie to książka o wychodzeniu z alkoholizmu, okazało się, że jest też o wielu innych sprawach. Na pewno o Warszawie, która najwyraźniej niewiele się zmieniła, bo taką ją zapamiętałam te kilkanaście lat temu, gdy z niej uciekłam. Uciekłam i często tęsknię.

Oczywiście nie tylko w Warszawie tak jest - fajnie, modnie, na luzie, inteligentnie, z ambicjami. Tylko mało kto jest sobą. Ludzie udają kogoś lepszego, komu można zazdrościć, a po cichu sami się czują gorsi od innych ludzi, którzy też udają kogoś lepszego. 

"Nie da się na dłuższą metę znieść tego, że trzeba cały czas być fajnym. To jest nieludzkie bardziej niż "Bravo". 
I kiedy myślę o sobie, to chyba to mnie zwiodło na manowce. W świecie ciętej riposty i getrów z H&M tak łatwo się zgubić".

Cięta riposta pomaga udawać. Ironia pomaga udawać. "Ironia to najłagodniejsza forma agresji". Dla mnie to też było odkrycie - że nie o wszystkim warto opowiadać z ironicznym śmiechem, że nie wszystko nadaje się na temat żartobliwej, towarzyskiej konwersacji. Pamiętam koleżankę, od której nauczyłam się mówić poważnie, choć ona o tym nie wie. Nie przepadałam za nią jakoś szczególnie, ale podobało mi się, jak jej słowa nabierały wagi dzięki temu, że wypowiadała je z powagą.

"Wiesz co - powiedział D. - może i myślałem. Ale mam kilku znajomych, którzy mieli problemy z różnymi rzeczami i poszli na terapię. I nie wiem, czy zauważyłaś, ale ludzie, którzy przeszli terapię, są strasznie smutni. Niby fajnie, fajnie, ale jest jakaś taka zasłona, taka mgła jakby ich spowija. I trzeba przy nich uważać. Więc to chyba nie dla mnie".

Ha! To jest dla mnie ciekawe! Bo może rzeczywiście nie o to chodzi w terapii, aby być fajniejszym, weselszym, pełnym energii, bardziej przebojowym? To wszystko daje alkohol. A terapia? Według narratorki trzeźwość i terapia pozwalają żyć w prawdzie.

"Żyć w prawdzie oznacza zacząć kumać. Że wcale nie jestem lwicą salonową. Że wcale, ale to wcale nie chcę być sama i sama sobie ze wszystkim radzić. To znaczy w ogóle wiedzieć, co czuję, i że jestem zupełnie inną osobą, niż do tej pory myślałam. Smutniejszą. Bezradną. Że się wstydzę. Że mam kompleksy. Że lubię być miła dla ludzi. Że się boję". 

To oczywiście nie jest koniec drogi, lecz jej początek. Początek własnej drogi, którą się naprawdę idzie i na której naprawdę poznaje się siebie i innych ludzi. Być może nie budzi się w ten sposób zazdrości ani podziwu, być może nie ukrywa się tak dobrze smutku - ale też nie o to wcale chodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz