poniedziałek, 7 marca 2016

Muszę czy nie muszę?

Słowo muszę” należało do niedawna do mojego podręcznego słowniczka wyrazów często używanych. Nawet na to zwracałam uwagę, nawet czasem o tym myślałam, ale dość powierzchownie.

Czemu muszę” tkwiło w tym moim słowniczku, zawsze gotowe, by wyskoczyć? Chyba po prostu z nawyku. Od czegoś kiedyś się zaczęło, a potem stało się przyzwyczajeniem. I tak jak kiedyś było skutkiem jakiejś przyczyny, w końcu samo stało się przyczyną. Przyczyną napięcia, uczucia przytłoczenia, lęku, poczucia braku wpływu. 

To tak jak ze spiętymi ramionami. Może kiedyś się bałam i wtedy przyzwyczaiłam się do napinania ramion. A teraz nawykowe napięcie stało się przyczyną - spinam się i w ten sposób sama siebie przekonuję, że się boję. Boję się, ponieważ się spinam. Nie odwrotnie. I gdy na jodze słyszę: oddzielcie łopatki od kręgosłupa i puśćcie ramiona, trzymajcie ręce siłą rozciągania, a  ramiona rozluźnijcie, przy każdym wydechu ramiona w dół, przy każdym wydechu ramiona w dół... powoli uświadamiam sobie, ile wysiłku wkładam w nawyk, który mi nie służy. 

Gdy w trakcie warsztatów terapeutycznych rozprawiałyśmy się ze słowem muszę”, początkowo potraktowałam to jako kolejne ćwiczenie, które można wykonać z ciekawości, no bo czemu nie. Potem przez kilka miesięcy ćwiczenie to we mnie kiełkowało i w końcu postanowiłam wprowadzić je w życie. Staram się więc zamieniać muszę” na, zdecydowałam”, zamierzam”, „postanowiłam”,
„zrobię”. Nawyk jest silny, ale powoli go odrzucam i czuję się lepiej.

A jednak muszę” ma w sobie coś atrakcyjnego. Mimo tego całego napięcia związanego z przymusem. Daje odpowiednią wagę. Gdy coś muszę, zapewne jest to coś naprawdę ważnego. Coś z samej góry priorytetów. Weź to pod uwagę, doceń, zobacz mój wysiłek. I nie żądaj ode mnie czegoś innego.

Muszę” oznacza też, że nie mam wyboru. Wypowiadając to słowo zrzucam więc z siebie odpowiedzialność. Domagam się docenienia, to tak, ale odrzucam pretensje. Przecież muszę, więc inaczej nie mogę.

Więc gdy rezygnuję z muszę”, niesie to ze sobą także straty, ale jednak zyski są większe. Zaciera się ostra w naszej kulturze granica między przyjemnością a obowiązkiem. Między tym, co chcę, bo jest łatwe, miłe i przyjemne, a tym, co muszę, bo wymaga wysiłku i samodyscypliny. Najpierw obowiązek, potem przyjemność, najpierw lekcje, potem zabawa. A teraz okazuje się, że mogę chcieć czegoś, co jest trudne. Mogę chcieć, nawet jeśli mi się nie chce tego robić. Choć jednak granica ta we mnie ciągle istnieje, dlatego wolę zastępować muszę” takimi słowami jak „postanowiłam” czy „zdecydowałam”. Bo trudno mi powiedzieć: chcę jechać z córką do szpitala. Owszem, chcę żeby była zdrowa. A skoro chcę, żeby była zdrowa, to wybieram się z nią do szpitala. Tak samo chcę więcej zarabiać i dlatego decyduję się podjąć dodatkową pracę. Albo chcę zadbać o swoje zdrowie, więc wychodzę zostawiając dzieci w domu.

Gdy tak patrzę, widzę, że moje życie jest pełne wartości. Robię wiele rzeczy, w których widzę sens. Niektóre z nich są przyjemne, inne nie. W tych przyjemnych również widzę sens. Nie sposób ze wszystkimi zdążyć, więc każdego dnia wybieram, co jest ważniejsze. Biorę za ten wybór odpowiedzialność i jest to moja wolna wola, moja wolność.

2 komentarze: