wtorek, 18 sierpnia 2015

Wierzycie w Świętego Mikołaja?

Kiedy człowiek jest dorosły, obawia się tylko, no... rzeczy logicznych. Ubóstwa. Chorób. Że go wykryją. Ale nie szaleje ze zgrozy, ponieważ coś czai się pod schodami. Przestrzeni nie wypełniają całkowicie dowolne światła i cienie. Cudowny świat dzieciństwa? Na pewno nie jest przyciętą wersją świata dorosłych. Już raczej jest światem dorosłych wypisanym wielkimi, pogrubionymi literami. Wszystko w nim jest... bardziej. Bardziej wszystko. - Terry Pratchett "Wiedźmikołaj"

U mnie w domu dzieci wierzyły w Świętego Mikołaja i Zająca Wielkanocnego. Oczywiście tylko do pewnego momentu. Uważałam, że to jeden z elementów magii świąt wraz z pieczeniem pierniczków i robieniem ozdób choinkowych... całej tej magii, którą tak polubiłam, gdy już miałam własne dzieci. Nie widziałam nic złego w wyczarowywaniu Świętego Mikołaja, póki nie spotkałam się z przekonaniem, że nie powinno się tak okłamywać dzieci.

Uważam, że wymaga to wyczucia. Nie powinno się opowiadać o Świętym Mikołaju, gdy dzieci już z niego wyrosły, to je upokarza. Myślę też, że warto zachować tu ton „pół żartem – pół serio”, tak samo, gdy dziecko zostawia w łazience wodę na spodeczku dla swojego wyobrażonego przyjaciela – lwa. No i moje dziewczyny przygotowywały też prezenty dla dorosłych, żeby im sprawić przyjemność.

Starszą córkę uświadomiły koleżanki, młodszą – siostra. Ale faza przejściowa między wiarą i całkowitą niewiarą w Mikołaja i Zająca trwała u starszej od około szóstego do dziesiątego roku życia, a u młodszej wciąż trwa. W tym czasie dziewczyny zrobiły eksperyment. Zostawiły Zającowi marchewkę, którą po kryjomu nadgryzłam – a one rano bardzo się z tego cieszyły. Pamiętam też rozmowę dwóch 8-letnich dziewczynek na huśtawkach. Jedna – przygotowująca się do komunii i w związku z tym niedawno ochrzczona – stwierdziła: „ja już nie wierzę w Świętego Mikołaja, teraz wierzę w Boga i piekło”. Druga odpowiedziała, że ona też już wie, że Mikołaj nie daje prezentów dzieciom. Daje je rodzicom, a oni przekazują dzieciom.

Dziecięce fantazje są rzeczywiste, a rzeczywistość fantastyczna.

Moja starsza córka wierzy w duchy. Gdy miała 6 lat, widziała je wszędzie dookoła, chociaż ja ich nie widziałam. Nie bała się ich. Pewnej nocy obudziła mnie mówiąc, że za zasłoną widziała ducha. Przestraszyłam się, a ona była zafascynowana. Rano opowiadała podekscytowana, jak to latała z duchami pod sufitem i jak jej duchy wyświetliły film na ścianie. Miałam jej powiedzieć, że duchy nie istnieją i że to był tylko sen?

A czy mogłam być tego pewna?

Moja młodsza córka wciąż jeszcze – chociaż już mniej – boi się duchów i ciemności. Pokusa, by powiedzieć, że nie ma żadnych duchów, jest silna. Ale to nie pomaga - wiara w duchy jest zbyt silna. Lawrence Cohen w książce „Nie strach się bać” poleca spray na duchy. Susan – bohaterka „Wiedźmikołaja” Terriego Pratchetta - zabija zmaterializowane lęki dzieci pogrzebaczem.

A oto rozmowa Susan i Śmierci (kto czyta Pratchetta, ten wie, że Śmierć zawsze mówi drukowanymi literami):

- Powiedz mi...
CO BY SIĘ STAŁO, GDYBYŚ GO <WIEDŹMIKOŁAJA> NIE URATOWAŁA?
- Tak. Słońce i tak by wzeszło, prawda?
NIE.
- Przestań. Nie sądzisz chyba, że uwierzę. To przecież fakt astronomiczny!
SŁOŃCE BY NIE WZESZŁO.
Stanęła przed nim.
- Mam za sobą ciężką noc, dziadku! Jestem zmęczona i chcę się wykąpać! Nie mam ochoty słuchać takich bzdur!
SŁOŃCE BY NIE WZESZŁO.
- Doprawdy? A co by się stało, jeśli wolno spytać?
ZWYKŁA KULA PŁONĄCYCH GAZÓW ROZJAŚNIŁABY ŚWIAT.
Przez chwilę stali w milczeniu.
- No tak – mruknęła Susan ze znużeniem. - Sztuczki ze słowami. Wydawało mi się, że jesteś bardziej dosłowny.
JESTEM CAŁKOWICIE DOSŁOWNY. SZTUCZKI ZE SŁOWAMI TO DZIEDZINA LUDZI.
- No dobrze – ustąpiła Susan – Nie jestem głupia. Chcesz powiedzieć, że ludzie potrzebują... fantazji, żeby życie stało się znośne.
NAPRAWDĘ? JAKBY TO BYŁA JAKAŚ RÓŻOWA PIGUŁKA? NIE. LUDZIE POTRZEBUJĄ FANTAZJI, ŻEBY BYĆ LUDŹMI. ŻEBY BYĆ TYM MIEJSCEM, GDZIE SPADAJĄCY ANIOŁ SPOTYKA SIĘ Z WSTĘPUJĄCĄ MAŁPĄ.
- Wróżki Zębuszki? Wiedźmikołaje? Małe...
TAK. JAKO ĆWICZENIE. MUSICIE. ZACZĄĆ OD NAUKI WIARY W MAŁE KŁAMSTWA.
- Żebyśmy potem mogli uwierzyć w wielkie?
TAK. SPRAWIEDLIWOŚĆ. MIŁOSIERDZIE. OBOWIĄZEK. TAKIE RZECZY.
- To przecież całkiem co innego!
TAK MYŚLISZ? WEŹ ZATEM WSZECHŚWIAT I ROZGNIEĆ GO NA NAJDROBNIEJSZY PYŁ, PRZESIEJ PRZEZ NAJDROBNIEJSZE SITO, A POTEM POKAŻ MI CHOCIAŻ JEDEN ATOM SPRAWIEDLIWOŚCI, JEDNĄ MOLEKUŁĘ MIŁOSIERDZIA. A JEDNAK... Śmierć machnął ręką. A JEDNAK DZIAŁACIE, JAK GDYBY ISTNIAŁ JAKIŚ IDEALNY PORZĄDEK ŚWIATA. JAK GDYBY BYŁA WE WSZECHŚWIECIE JAKAŚ... JAKAŚ SŁUSZNOŚĆ, WEDŁUG KTÓREJ MOŻNA GO OCENIAĆ.
- No tak, ale przecież ludzie muszą w to wszystko wierzyć, inaczej nie ma sensu...
WŁAŚNIE O TO MI CHODZI.
Spróbowała zebrać myśli.
JEST TAKIE MIEJSCE, GDZIE OD MILIONA LAT ZDERZAJĄ SIĘ DWIE GALAKTYKI, stwierdził Śmierć a'propos niczego. NIE PRÓBUJ MNIE PRZEKONYWAĆ, ŻE TO SŁUSZNE.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz