wtorek, 14 lipca 2015

Lekcje na temat rodzicielstwa, których udziela nam ludność plemienna – tłumaczenie


Bardzo mnie poruszył ten wywiad, więc pomyślałam, że go przetłumaczę. Nie jestem jednak zawodową tłumaczką, więc jeśli ktoś znajdzie błąd – proszę o informację.

Nie chciałabym, aby taki styl rodzicielstwa (rodzicielstwo bliskości, plemienne, naturalne) stał się kolejną powinnością. Nie uważam, że rodzice wożący dzieci w wózkach są gorsi od tych, którzy noszą je w chustach. Itp. Ale chcę wiedzieć, że tak też MOŻNA i że jest to W PORZĄDKU.

Lekcje na temat rodzicielstwa, których udziela nam ludność plemienna – rozmowa z fotografem Jimmiem Nelsonem

W zeszłym roku byłam w zaawansowanej ciąży. Umówiłam się wtedy na rozmowę ze znanym fotografem Jimmiem Nelsonem w naszej lokalnej kawiarni w Amsterdamie. Opowiedział mi o swojej nowej książce pt. „Before They Pass Away” i pokazał wspaniałe zdjęcia plemion tubylczych z różnych stron świata, wśród których przebywał.

Rok później mam przy sobie pełne energii, raczkujące i wspinające się dziecko, a ja – stale bombardowana poradami wychowawczymi – czasami wątpię w słuszność własnych wyborów. Moje starania, by wychowywać dziecko naturalnie – poród domowy, współspanie, noszenie w chuście – na nowo rozpaliły we mnie ciekawość, jak ludzie żyjący w plemionach wychowują swoje dzieci. Przypomniałam sobie, że Jimmy mieszka niedaleko, więc zaprosiłam go do siebie. Zgodził się wpaść na herbatę i podczas gdy moja córka siedziała uszczęśliwiona pomiędzy nami na stole kuchennym i bawiła się telefonem Jimmiego, opowiedział mi, jaki wpływ ludność plemienna wywarła na jego własne rodzicielstwo.

Zacznijmy od początku – co sprawiło, że zostałeś fotografem?

Byłem bardzo kreatywnym dzieckiem. Chodziłem do szkoły z internatem prowadzonej przez Jezuitów, ale nie jestem typem naukowca – mam dysleksję. Nagle, gdy miałem 16 lat, jednego dnia wypadły mi włosy. Dostałem niewłaściwy antybiotyk. Obudziłem i spojrzałem w lustro – byłem łysy. Teraz to nie gra roli, ponieważ mam ponad 40 lat, ale wtedy było trudne do zniesienia – dla nastolatka, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych w północnej Anglii; wszyscy mnie krytykowali.

W wieku 17 lat opuściłem szkołę i wyjechałem do jedynego miejsca na świecie, gdzie wszyscy są łysi, czyli do Tybetu. Myślałem: „Pośród wielu mnichów odnajdę siebie”. I wyszło tak, że przewędrowałem cały Tybet. Zrobiłem kilka zdjęć dokumentujących podróż. Zdjęcia zostały opublikowane i tak właśnie się zaczęło, w wieku 17 lat.

To fascynujące. Tworząc “Before They Pass Away” spędziłeś dużo czasu z ludnością plemienną na całym świecie i zrobiłeś im wiele olśniewających zdjęć. Gdy obserwujesz tych ludzi, co najbardziej zwraca twoją uwagę?

Estetyka. Oni są ostatnimi na całym świecie przedstawicielami tradycyjnych kultur. Nigdy wcześniej nie zostali pokazani jako ikony, w taki sposób, który umożliwiłby patrzenie na nich z dumą i szacunkiem, który uświadomiłby nam, że być może oni mają coś, co nam umknęło, i że za chwilę prawdopodobnie utracimy to bezpowrotnie. Aby uzyskać taki efekt, trzeba ustawić ich na piedestale, oddawać im cześć. Trzeba ich pokazywać jako ikony, jako sztukę.
Gdy zrobisz ładne zdjęcia, ludzie mówią: „Jakie ładne zdjęcia!” Potem patrzą poza ładne zdjęcia i mówią: „Wow, kto jest na tych zdjęciach? Oni są fascynujący! Kim oni są?” Zaczynają pytać o sprawy, o które wcześniej nie pytali. I jeśli nie znajdziemy odpowiedzi, ludność plemienna zniknie.

Jeśli do tego dojdzie, świat wywróci się do góry nogami, ponieważ te plemiona dają nam równowagę, dają wiedzę na temat ostatnich naturalnych środowisk, kultur, języków. Świat nie może dążyć tylko do rozwoju ekonomicznego i zwiększania materialnego bogactwa. Musi dążyć też do umocnienia tego, co już osiągnęliśmy, czyli naturalnego, duchowego, psychicznego, kulturalnego bogactwa. Od wielu pokoleń żyjemy w pośpiechu wierząc, że dążenie do bogactwa materialnego jest jedynym możliwym celem. Musimy odzyskać równowagę. O tym właśnie jest moja książka – o tym, że trzeba postawić ludność plemienną na piedestale, aby zacząć dyskusję.
 
Czy kiedy byłeś z nimi, spostrzegłeś może coś, co sprawiło, że pomyślałeś: „Ten aspekt jest wyjątkowo ważny dla ich życia, ich egzystencji i tożsamości”, a oni sami nie uważali, żeby było to coś szczególnego?

Większość z nich zdaje sobie sprawę z wagi i czystości naturalnych warunków, w jakich żyją, ponieważ są ostatnimi w swoich grupach. 99 procent spośród ich współplemieńców przeprowadziło się do miast, gdzie żyją w kartonach pod mostami. Niektórzy z nich wrócili i opowiedzieli, jak wygląda życie w mieście, więc są świadomi.

Ale myślę, że jednak nie doceniają, jak ogromnie ważny jest ich styl życia. 100 lat temu amerykański fotograf Edward Curtis fotografował Indian. Być może widziałaś te zdjęcia w sepii przedstawiające Wodza Siedzącego Byka.

Tak.

Przez 30 lat podróżował przez Amerykę i fotografował ostatnich Indian. Wszyscy się z niego śmiali. Mówili: „To strata czasu. Ci ludzie są brudni. Ubierają się w skóry, mają pióra we włosach i śpiewają głupie piosenki. Są tylko dwie możliwości – trzeba się ich pozbyć albo oni pozbędą się swojej kultury. Wtedy posuniemy się do przodu”.

Sto lat później, popatrz na Amerykę. Moim zdaniem to jedno z najbardziej zubożałych kulturowo i chorych społeczeństw na naszej planecie. Mają największe samochody, ale też największe brzuchy i największe pistolety. Sądzę, że przyczyną tego stanu rzeczy jest utrata kulturowych korzeni. Kim jestem? Skąd pochodzę?

Nie chciałbym, abyśmy stracili kulturowe korzenie w skali światowej. To co mówię, brzmi bardzo melodramatycznie, zdaję sobie sprawę, że nie wszystko jest takie czarno-białe, ale staram się w ten sposób wytłumaczyć, co chcę osiągnąć dzięki swojej pracy.

Jeśli chodzi o zdrowie, jak ludność plemienna dba o nie? Nie mają dostępu do nowoczesnej medycyny.

Przeżywają najsprawniejsi. Jeśli nie urodzisz się zdrowy, umierasz; to surowe ale i proste. Ci którzy urodzili się zdrowi i zdolni do życia, żyją i cieszą się dobrym zdrowiem.

Wiele chorób, na który my tu cierpimy, sami na siebie sprowadzamy. Poprzez jedzenie, cukier, sól i wszystkie syntetyczne sprawy. Poprzez nasz styl życia. Wierzymy, że musimy dążyć do szczęścia. Ludzie żyjący w plemionach nie znają pojęcia „szczęście”, ponieważ nie martwią się o przyszłość ani o to, kiedy będą szczęśliwi. Po prostu są.

Nie myślą o celach, nie myślą „Będę szczęśliwy, gdy zrobię to i to”?

Nie, chodzi o dzisiaj. O to, co w danej chwili ma znaczenie, jak się teraz czuję. Chodzi o dzisiaj i o wieczór, gdy będziemy jeść. A my z drugiej strony martwimy się, co będzie za 20 lat, jakie dostaniemy emerytury. Jest w tym coś z Paragrafu 22.

Bardzo mnie ciekawi, w jaki sposób ludność plemienna wychowuje dzieci. Tu wszyscy mówią o znaczeniu rutyny, o treningu zasypiania, o tym kiedy wprowadzać do diety pokarmy stałe. Czy widziałeś w plemionach niemowlęta, którym podaje się pokarmy stałe?

Nie, wszystkie są karmione piersią. Kobiety karmią dzieci piersią do wieku 4 lub 5 lat.

Naprawdę tak długo?

A czemu nie? Pokarm pochodzący z twojej piersi jest 10 razy zdrowszy, ponieważ jest czysty. Buduje cały system immunologiczny. I nie ma tu żadnych ograniczeń. Dzieci jedzą wtedy, kiedy są głodne. Nie ma żadnych „Powinno jeść, nie powinno jeść, teraz czas do łóżka, trzeba je odstawić od piersi”. Wszystkie te społeczności są przekonane, że najlepszy pokarm pochodzi z twoich piersi.

Czyli matki nieustannie mają dzieci na rękach?

Tak, dzieci nigdy nie zostają same. Jeśli rodzice pracują, bracia i siostry noszą niemowlęta. Dzieci zawsze śpią między rodzicami albo między braćmi i siostrami, i od wschodu do zachodu są przy ciele innej ludzkiej istoty. To jest wspólny mianownik we wszystkich społecznościach plemiennych. W zimnym klimacie robią to, aby było ciepło, ale w ciepłych klimatach jest tak samo.

Czy w takim razie dzieci tam kwilą albo płaczą?

Prawie nigdy. Zawsze mają kontakt z drugim człowiekiem. Wszystkie ich potrzeby są zaspokajane. Są cały czas przy cycu. Po prostu potrzebują ciepła.

A czy budzą się często w nocy do piersi?

Nigdy nie słychać, żeby się budziły. Są przy piersi całą noc, śpią więc tak jak moje dzieci – tuż obok matki. Gdy są głodne, dostają pierś. Nie muszą krzyczeć.

Czy uważasz, że takie rodzicielstwo jest możliwe w naszym społeczeństwie?

Nasze pierwsze dziecko było przywiązane do mnie przez 24 godziny na dobę. Miałem chustę i córka dorastała twarzą do mnie, a gdy już była starsza, patrzyła na świat, i w ten sposób usypiała. Gdy jechałem rowerem, miałem ją przy sobie w chuście. Mieszkała w niej przez około 3 lata; gdy ją próbowaliśmy wyjąć, krzyczała, bo domagała się bliskości. Wszędzie ją zabieraliśmy. Jeśli zasnęła, a my nie chcieliśmy jeszcze się kłaść, po prostu ja albo żona nadal nosiliśmy ją w chuście. Potem kładliśmy ją do łóżka i spaliśmy wszyscy razem.

Wszystko zależy od tego, na ile oddani i zaangażowani jesteśmy jako rodzice. Żyjemy w świecie, w którym 1001 możliwości odwraca naszą uwagę. Aby uchronić przed tym dziecko, musisz się zatrudnić jako rodzic, zaangażować się w znacznie większym stopniu niż większość ludzi wokół. Niestety bycie matką nie jest uznawane za wartość. Wierzymy, że znacznie ważniejsze jest bycie kimś, posiadanie tytułu.

Współczesne kobiety są poddawane olbrzymiej presji, aby pogodzić wszystko – odnosić sukcesy w pracy i być wspaniałą matką. Tak bardzo się staramy, aby wszystko zrobić dobrze, a to oczywiście nie jest możliwe, więc nie dajemy rady, czujemy się przemęczone, krzyczymy na dzieci, i w końcu czujemy się jak złe matki.

Tak, bardzo sobie utrudniamy życie. Też biorąc pod uwagę nasze możliwości fizyczne – decydujemy się na dzieci, gdy mamy grubo ponad 20 albo 30 lat, a nawet 40 lub 50, co jest moim zdaniem fatalne. W społecznościach plemiennych wszyscy mają dzieci w wieku kilkunastu lat. Myślę, że rozsądnie jest mieć dzieci, gdy twoje ciało jest silne, zdrowe, elastyczne… i kiedy jesteś tak nieustraszona jak tylko 18- czy 19-latki potrafią.

Moje najstarsze dziecko przyszło na świat, gdy miałem 25 lat. Zdecydowałbym się na nie 2 albo 3 lata wcześniej, gdybym mógł. Zachęcamy nasze dzieci do tego, by miały własne dzieci jak najwcześniej, gdy tylko poczują, że są na to gotowe.

Naprawdę? To ciekawe.

Sądzę, że będą sprawniejsi fizycznie. Lepiej się adaptują. Są zdrowsi. Mniej potrzebują. Chętnie zajmują się dziećmi i lubią być w ruchu. Mają mniej oczekiwań, mniej rutyny. A gdy im stuknie czterdziestka, będą mieli dorosłe dzieci, a sami będą mogli się zająć czymś innym.

Jakie jeszcze doświadczenia z podróży wpłynęły na Twój styl rodzicielstwa?

Było tego bardzo dużo. Co ciekawe, moja żona – z którą jestem już od 23 lat – dużo podróżowała, zanim się spotkaliśmy. Gdy wyjeżdżam do buszu, wciąż robi na mnie wrażenie, jak wszyscy śpią razem, przytuleni do siebie. Nawet jeśli jesteś obcy, zwłaszcza gdy jest zimno, wkładasz ręce i nogi w pachwiny i pachy innych ludzi, aby się rozgrzać.

Nasze dzieci od pierwszego dnia życia spały w naszym łóżku. Moja żona powiedziała: „To jest niemowlę i niemowlę będzie spało tu”. Na początku byłem trochę zmartwiony, ale teraz – po 18 latach i już z trójką dzieci – nadal śpimy razem w jednym łóżku. Połączyliśmy dwa materace. Obie moje starsze córki mają chłopaków, więc gdy ci przychodzą w gości, córki idą do swojego pokoju. Ale jeśli nie ma akurat żadnych chłopaków ani dziewczyn, wszyscy śpimy razem w jednym łóżku.

To chyba najważniejszy zwyczaj, który poznaliśmy w podróżach i wprowadziliśmy do własnego życia. Jesteśmy przez to postrzegani jako dziwacy.

To niesamowite.

Ja sam byłem wychowywany zupełnie inaczej. Dorastałem nie znając moich rodziców; gdy miałem 7 lat, wysłano mnie na 10 lat do szkoły z internatem prowadzonej przez Jezuitów. Moje pojęcie o cielesności, nagości, płci zostało poważnie okaleczone. O niczym takim nawet ze mną nie rozmawiano. A jeśli cokolwiek mi mówiono, to że umrę i pójdę do piekła.

A teraz, proszę, dojrzałem razem z dziećmi. Rano, zanim się ubierzemy, chodzimy po domu nadzy. Nikt nie mrugnie okiem. To dzięki dorastaniu we wspólnocie. Myślę, że daje nam to siłę, której wiele innych rodzin nie ma. Więc kiedy mamy przesrane – a i tak bywa – dzieci wciąż mają głębokie poczucie bezpieczeństwa, które daje im pewność siebie.

To cudowne.

Generalnie rzecz biorąc, nasze społeczeństwo jest nadopiekuńcze wobec dzieci – ponieważ wszystko jest takie przejrzyste. Znamy wszystkie niebezpieczeństwa. Możemy wygooglować każdy wypadek, jaki tylko potrafimy sobie wyobrazić, i przez to żyjemy w strachu. Na nic już nie mamy odwagi, i na nic nie pozwalamy naszym dzieciom.

Gdy znajdujesz się pośród ludności plemiennej, zauważasz, że tam dzieci dorastają ze wszystkimi. W Papui Nowej Gwinei istnieje grupa ludzi mieszkających w domach umieszczonych na drzewach, 40 metrów ponad ziemią. Domy nie mają płotów. Dzieci raczkują tam swobodnie; po prostu nie przekraczają krawędzi.

Sądzę, że należy pozwolić dzieciom znaleźć ich własne granice. Mieszkamy w mieście. Pozwalamy naszym dzieciom wychodzić i wracać o tej porze, o której chcą. Oczywiście nie podoba się to innym ludziom, którzy ustalają nieprzekraczalne godziny i dają szlabany. Moja żona i ja mówimy: „I tak wyjdą. Muszą odnaleźć własną drogę”. Kiedyś paliliśmy, ale już nie palimy. Nie przyjmujemy narkotyków. Ale mówimy naszym dzieciom: „Jeśli tego właśnie chcesz, zrób to, wtedy się nauczysz. Ale proszę, bądźmy w kontakcie. Proszę, rozmawiaj z nami”. Jeśli nie masz do nich zaufania i nie pozwalasz im na przeżywanie własnych przygód, intuicyjnie będą się buntować przeciwko temu, ponieważ będą chciały wyjść i przeżywać przygody.

Patrzę na te moje nastolatki i widzę, jakie są szczęśliwe i wolne. To ciężka praca dla rodziców, ponieważ mają dużo wolności. Musisz mieć łeb na karku. Każde dziecko jest inne. Musisz im pozwolić przeżywać własne przygody, własne kataklizmy, popełniać własne pomyłki, inaczej nie będą mogły się uczyć.   

Moja mama to rozumiała – właśnie w taki sposób mnie wychowała.

Myślę, że za bardzo się oddzielamy od naszych dzieci. W plemionach nie istnieje prawdziwa separacja dzieci od rodziców, albo od starych ludzi, albo od nastolatków. Dzieci są równie ważne jak starzy ludzie, ale mają inne mocne i słabe strony. Wszyscy pracują razem jako społeczność, jako wspólnota, ponieważ wszyscy potrzebują wszystkich, aby funkcjonować i przetrwać. 


5 komentarzy:

  1. Przepiękny wywiad. Dziękuję za tłumaczenie. Właśnie skończyłam czytać "Starą mądrość na nowe czasy" - polecam serdecznie. Książka nie dotyczy kwestii wychowywania dzieci, ale przekazuje wiedzę pochodzącą od szamanów z tradycyjnych plemion. Naprawdę wiele możemy nauczyć się sięgając do korzeni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poszukuję właśnie tej książki i chciałam zapytać, kto jest autorem oraz gdzie można ją dostać :)

      Usuń
    2. Blowminder ( http://blowminder.com/2015/08/12/szamanizm/ ) linkuje tu:

      http://lubimyczytac.pl/ksiazka/113111/dawna-madrosc-na-nowe-czasy-rozmowy-z-uzdrawiaczami-i-szamanami-xxi-wieku

      Usuń
  2. Ooo, już mam apetyt na tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne, też zachęciałam się do książki!

    OdpowiedzUsuń