piątek, 3 kwietnia 2015

Uczyć się czy umieć?

Jestem mamą dziecka w wieku szkolnym, niedługo będę mamą dwójki w tymże wieku, potrwa to wiele lat, więc myślę o tej szkole i myślę.

Moja córka niestety nie lubi chodzić do szkoły, od czwartej klasy jest zdecydowanie gorzej. Mówi, że w szkole jest nudno. Pamiętam, ja też się nudziłam. Jakoś sobie radziłam spędzając ten czas twórczo – grałam z koleżanką z ławki w kropki, piłkarzyki, szubienicę... Nawet przygotowywałyśmy w domu labirynty, przez które druga z nas przechodziła na lekcji (tak, same sobie wymyślałyśmy prace domowe!).

Moja córka nie czyta lektur. Ja też nie czytałam (ale „Chłopów” kiedyś jeszcze przeczytam!), więc hipokryzją by było, gdybym ją teraz pilnowała. Nie martwię się, bo czyta dużo i chętnie, tyle że nie to co jest zadane.

Moja córka mówi, że nie lubi się uczyć. Sięga jednak po Kompendium Wiedzy Smokologicznej (polecam!) i czyta o budowie szkieletu smoków i siedliskach poszczególnych gatunków. Pamiętam też, jak jej kilka lat temu czytałam książki dla dzieci o prehistorii i jak pochłaniała filmy BBC, i jestem pewna, że nadal wie na ten temat więcej niż ja.

Moja córka pojechała w czasie ferii zimowych na obóz konny, już po raz drugi. Jest zachwycona tymi obozami, płacze, gdy musi wracać do domu. Przywiozłam ją na miejsce, a ona po 5 minutach pożegnała się i zniknęła. Znalazłam ją w stajni. Towarzyszyła w boksie niewiele starszej dziewczynce usiłującej założyć koniowi ogłowie. Rozejrzałam się. W stajni były same dzieciaki w wieku od około 10 do kilkunastu lat. Instruktor prowadził jazdę na ujeżdżalni. Na chwilę pojawił się pracownik przewożący coś w taczce, nie zwracał jednak szczególnej uwagi na dzieci. Dziewczynka wciąż mocowała się z ogłowiem i koniem, który najwyraźniej miał własne zdanie w tej kwestii. Przechodząca obok starsza dziewczyna zapytała: „może ci pomóc?” „Jakbyś mogła” - odpowiedziała ta pierwsza.

Nastrój jak z opowieści Astrid Lindgren. Dorośli nie przeszkadzają dzieciom w nauce. Owszem – pomagają. Instruktor przecież prowadzi jazdy. Ale co tylko dzieci potrafią, robią same. Nie wymigują się od obowiązków, chętnie pomagają tym, które radzą sobie gorzej. Kontrola – śladowa. Przymuszania nie ma, bo na obóz nikt raczej nie jedzie z przymusu. No i nie ma ocen.

Dziś mój brat powiedział oczywistą w sumie rzecz – że uczenie się to popełnianie błędów. No właśnie. A w szkole dzieci dostają jedynki za błędy. Szkoła nagradza to, że się umie. A za uczenie się karci. Więc chociażby w ten sposób oducza uczenia się. A potem MEN wymaga od placówek oświatowych, by „promowały wartość edukacji” (gdy już system poprzez swój mechanizm pokaże, że ta wartość jest niska). I tak się to błędne koło kręci.

Jestem mamą dziecka w wieku szkolnym, niedługo będę mamą dwójki w tymże wieku, potrwa to wiele lat. Więc rozmyślam o tej szkole, aby złapać dystans i nie zapominać, że moje dzieci nie są z gruntu zblazowane, znudzone, niezmotywowane i niezainteresowane niczym. To z systemem szkolnym jest coś nie tak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz