sobota, 7 marca 2015

Państwo polskie – zły kochanek

Niedawno okazało się, że ponieważ mój były mąż płaci podatki w Niemczech, naszym dzieciom należą się pieniądze od państwa niemieckiego.

Ta-dam!

Przypomniało mi się, jak mój kolega wpadł na pomysł, aby leczyć się w Niemczech, a ja pojechałam z nim do lekarza w charakterze tłumaczki. Początkowo wydawało mi się, że to szalony pomysł, po rozmowie zmieniłam jednak zdanie. Okazało się, że polski NFZ refunduje leczenie trwające rok, skuteczne w 60 procentach, grożące licznymi działaniami niepożądanymi. Natomiast niemiecka Krankenkasse oferuje o wiele nowocześniejsze leki, dzięki którym leczenie trwa 3 miesiące, jest skuteczne w ponad 90 procentach, a objawy uboczne są znaczne mniej problematyczne.

Ta-dam!

To tak blisko, a taki zupełnie inny świat. Wystarczy legalnie zatrudnić się w Niemczech. Wprawdzie musiałaby to być raczej byle jaka praca, ale skoro w byle jakiej pracy tam zarabia się jakieś 3 razy więcej niż w byle jakiej pracy tu, to właściwie czemu nie? A w bonusie dostaje się solidne ubezpieczenie zdrowotne i Kindergeld chociażby.

Przypomniał mi się też film pt. „Juma”, w którym przewijało się przekonanie, że zajumanie czegoś bogatym Niemcom to nie kradzież.

No tak, ale właściwie – czemu bonus? Czemu zajumanie? Oczywiście, Niemcy nic z tego nie mają. Płacąc Kindergeld dzieciom mieszkającym w Polsce nie pomagają wychować ludzi, którzy w przyszłości będą zarabiać na emerytury dla niemieckich emerytów (chociaż kto wie?) - stąd ta niejasność moralna. Z drugiej strony obywatel pracuje, płaci podatki, w zamian coś dostaje. Jako obywatelka Polski nie jestem do tego przyzwyczajona. Owszem, płacę. Ale poza pobytami w szpitalu, opieką lekarza rodzinnego, zwolnieniami chorobowymi i urlopem macierzyńskim – muszę sobie radzić sama. A ponieważ sama sobie nie radzę, korzystam z pomocy rodziców. I cieszę się, że mogę na nich liczyć. A jednocześnie żałuję, że nie potrafię sama utrzymać siebie i córek.

Hm... rozmarzyłam się myśląc o Kindergeld. Fajnie byłoby dostawać pieniądze na dzieci, choćby przez jakiś czas, choćby jakąś część... Nie chodzi mi o nowy samochód ani urlop za granicą. Wystarczy mi używane auto i wakacje pod namiotem. Ale miło byłoby nie martwić się tym, co będzie, gdy auto odmówi współpracy. Nie musieć wybierać między zakupem butów a opłaceniem wizyty u lekarza z dzieckiem.

Wierzyłabym w to, w co na razie tylko próbuję wierzyć – że sami decydujemy o swoim samopoczuciu, o tym, co nas cieszy, a co unieszczęśliwia. Że nie świat nas przygnębia, lecz nasze wyobrażenia o świecie.

Inaczej bym się czuła. Myślałabym o sobie, że jestem kimś pożytecznym. Pracuję i wychowuję dzieci. Państwo docenia moje wysiłki i uważa je za wartościowe, więc mnie wspiera. Myślałabym o sobie, że jestem odpowiedzialna i zaradna, że potrafię pogodzić ze sobą różne role i różne sfery. Patrzyłabym z większym optymizmem w przyszłość moją i moich dzieci.

Państwo polskie traktuje mnie – matkę – jak tajemniczy kochanek z piosenki Maanam: „oddałam ci serce, oddałam ci ciało, odchodzisz i mówisz, to mało, mało, mało!” Każe mi wierzyć, że tylko stwarzam problemy. Że się za mało staram, za mało daję. Wmawia mi, że jestem roszczeniowa, jeśli czegokolwiek oczekuję. Przekonuje, że nie potrafię się dość dobrze zorganizować. Jest przeciwko mnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz