środa, 16 kwietnia 2014

Mam prawo odejść

Marianna Popiełuszko o małżeństwie mówiła tak: "Jestem mężatką. Moim mężem jest Władysław Popiełuszko. Oboje jesteśmy wyznania rzymskokatolickiego i praktykujący... Jaki był - kochałam, jaki jest - kocham i jaki będzie - będę kochać, bo tak przysięgę złożyłam. I dobrze było (...) Jak złożyłam przysięgę, to wiedziałam, że już tak musi być. Że nawet jak będzie ciężko, to będę kochać męża, jaki będzie. Bo małżeństwo to zawsze jest ciężar. To jest największy krzyż. Ale kto pójdzie swoją drogą, za swoim powołaniem, ten wytrwa. Ciężko każdemu, kto nie pójdzie swoją drogą."

Gdy przeczytałam te słowa, zrobiło mi się zimno. Może właśnie takie definiowanie małżeństwa sprawia, że z lękiem myślę o ewentualnym, przyszłym zamążpójściu? Może właśnie dlatego drugi raz już wcale się nie zdecyduję? Wprawdzie nie przysięgałam, ponieważ brałam ślub cywilny. Powiedziałam: Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z ... i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”. Byłam wtedy tak zdenerwowana, że nie pamiętam, co mówiłam. Jednak gdy teraz czytam te słowa, brzmią dla mnie sensownie. Tak, to mogłabym uczciwie powiedzieć. A jednak gdy myślę: „małżeństwo”, to myślę: „ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”.

Ktoś mi powiedział, że wydawało mu się, iż jego żona będzie z nim niezależnie od wszystkiego, skoro ślubowała. A potem złożyła pozew rozwodowy. Oczywiście w rozumieniu kościoła nadal są małżeństwem, ale co z tego, skoro nie mieszkają razem? Kobiety składają pozwy znacznie częściej niż mężczyźni. Zastanawiam się, czy nie robią tego w imieniu swoich matek, babek i prababek, które nie miały wyboru?

Jeśli kiedyś jeszcze będę chciała z kimś się związać, powiem: Chcę z Tobą być i obiecuję, że będę się starała. Rozumiem, że możesz czasem na mnie nakrzyczeć w nerwach, ale wtedy oczekuję przeprosin – i sama obiecuję przepraszać, gdy zawrze zbyt gorąca krew. Prawdopodobnie łatwiej będzie mi wybaczyć impulsywny gniew niż chłód i obojętność, najtrudniej zaś, jeśli będziesz mnie karał za to, że nie odpowiadam wyobrażeniom. Oczywiście odejdę, jeśli mnie uderzysz albo będziesz wyzywał. Sama też przyrzekam nie robić tego. Oczekuję empatii i obiecuję, że będę się starała ciebie zrozumieć. Jednak odejdę, jeśli będę się czuła traktowana jak kawałek mięsa albo instrument służący do osiągnięcia jakichkolwiek celów. Obiecuję zawsze widzieć w tobie człowieka i tego samego oczekuję.

Nie oznacza to, że szukam lekkiego i przyjemnego życia. Wiem, że musi czasem boleć, naprawdę wiem. Idę na trzeźwo przez codzienność, nie próbuję niczym się odurzać. To tak jak w trakcie porodu – jest ból, który ma sens. To tak jak w jodze – jest dobry ból sygnalizujący, że zastałe mięśnie rozciągają się, i jest zły ból, który ostrzega i mówi: stop!

Dlatego nie obiecam nikomu, że będę szła z nim wspólnie przez życie niezależnie od wszystkiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz