niedziela, 20 kwietnia 2014

Kto wreszcie doceni?

Po co ten przedświąteczny trud? - zastanawia się wiele osób, a jeszcze więcej piecze jednak kolejny mazurek. Przed świętami widzę je wyraźniej, całe to przemęczenie, ale zwykłe dni też są naznaczone kobiecym wysiłkiem.

Czasem mam jasność: zmęczenie jest na pokaz. Zobaczcie, jak się staram! Ile dźwigam, ile dla was robię. I jaki wspaniały efekt. Jest czysto, jest miło, apetycznie pachnie, stół ładnie nakryty. Doceńcie wreszcie! Patrzcie do cholery!

Niestety nikt nie docenia. Dzieci wolą zjeść zamówioną pizzę niż odczuwać wdzięczność pomieszaną z poczuciem winy. Mężowie mówią: nie mogę patrzeć, jak się męczysz, lepiej pójdę na ryby. Matki pokazują, że to one są bardziej zmęczone i więcej dały radę zrobić, bo same chcą być nareszcie docenione. Coś tu nie działa. Im więcej starań tym mniej zrozumienia. Im mniej zrozumienia tym więcej starań. Błędne koło się toczy.

Ale to przecież jest wartość: obiady, surówki, czyste okna. Ach, własny chleb. Tą wartością jest dom. Oczywiście można wszystko kupić. To co kupione jest przeważnie gorszej jakości, ale kupuje się też czas, który można spędzić z najbliższymi na luzie i bez pośpiechu. Tak, to też jest dom.

Praca zawodowa oczywiście jest ważna, mało kto ma co do tego wątpliwości. Ale gotowanie, sprzątanie, całe to gdakanie i kwoczenie... wydaje się być fanaberią, nikomu do niczego potrzebną. A jednak wizja karykaturalnej amerykańskiej matki podającej niemowlęciu chińską zupkę instant zupełnie mnie nie kusi.

Powiecie, że między zupką z proszku a pięcioma mazurkami jest jeszcze mnóstwo przestrzeni na indywidualne wybory, na wyważenie między domem zbudowanym z relacji a domem pachnącym obiadem. I ja się z tym zgadzam. Ale myślę sobie też, że gdyby w naszej kulturze wyżej ceniono całą tę domową krzątaninę, kobiety mogłyby się nieco mniej krzątać. Nie udowadniałyby swoim zmęczeniem, że ich zajęcia mają wartość. Bo byłoby to oczywiste.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz