sobota, 29 marca 2014

Reszta jest miałczeniem

Za tytuł dziękuję Andzi :)

Wychowałam się z psami i kotami, ale jestem zdecydowanie kotolubna; psy toleruję. Kiedyś przyśniło mi się, że urodziłam kotka i próbowałam przystawić go do piersi. W jednym ze smutniejszych snów widziałam zamarzniętego kotka w śniegu.

Od dawna marzyłam o tym, by zamieszkać z kotem. Gdy tylko było to możliwe, córka załatwiła u opiekunki mniej więcej półroczną Plamkę. Plamka miała same zalety i jedną wadę – sikała po kątach. Okazało się, że to kot o duszy włóczęgi, który czuje się szczęśliwy dopiero wtedy, gdy może znikać na noc albo trzy, albo siedem. Ale tego dowiedziałam się później.

Najpierw był jeszcze dom, w którym zamieszkali moi rodzice z psem i dwoma kotami: z dobermanką Krecią, rudym Rudzikiem i elegancką Myszą. 

Rudzik jako kocię chorował na płuca i był leczony bolesnymi zastrzykami. Być może dlatego wyrósł na kota wrednego, humorzastego, syczącego i drapiącego. Wobec mamy jednak od początku był czuły i namiętny. Po przeprowadzce ten kanapowy wcześniej kot zeszczuplał i stygrysiał, zaczął polować na myszki i ptaki.

Myszę mama znalazła w krzakach wraz z czterema kociętami. Była śliczna, oswojona i zmoknięta – prawdopodobnie były właściciel pozbył się kłopotu w postaci kotnej kotki. Mama całą rodzinę ulokowała w kartonie pod balkonem, odkarmiła, kociakom znalazła domy, a Myszę ostatecznie wzięła do siebie. Mysza była dekoracyna i zdystanosowana, mruczała głaskana ale sama nigdy nie przychodziła na kolana.

Po przeprowadzce koty podzieliły się nowym terytorium: Rudy zamieszkał na dole, a Mysza na górze. Gdy miesiąc później na górę wprowadziłyśmy się my z naszą kicią, Plamka miała ciężkie życie. Mysza ujrzała w niej swojego śmiertelnego wroga i obdarzyła czystą nienawiścią. Góra była jeszcze w trakcie remontu i dwie pierwsze doby Plamka przesiedziała w dziurze w ścianie, z której wychodziła tylko po to, by nasikać na kanapę. Cała rodzina dołożyła starań, by Mysza jednak przeprowadziła się na dół i zostawiła Plamce trochę przestrzeni do życia.

Z czasem było trochę lepiej, Plamka zaczęła wychodzić do ogrodu – i wtedy pogoniła ją dobermanka Krecia. Plamka uciekła i przepadła. Myśleliśmy, że już nie wróci, jednak po półtora tygodnia przyszła głośno miałcząc. Od tej pory spędza kilka dni w domu, a kilka poza domem. Jest kochana i potulna, pozwala dzieciom brać się na ręce, a do jej wieczornych obowiązków należy usypianie mojej starszej córki.

No tak, ale Plamka była już duża, gdy z nami zamieszkała. A córka zamarzyła sobie o malutkim kociątku. Ja na to, że chętnie, ale nie teraz, za dużo było ostatnio zmian, mamy czas. Jednak gdy w dzień matki wróciłam z pracy, przywitały mnie dwie pary niebieskich oczu: pierwsza należała do córki, druga do... Pusi. Pusia była maleńka, zdaniem weterynarza zbyt szybko zabrana od mamy. Mimo to już pierwszego dnia wiedziała, do czego służy kuweta, a drugiego nauczyła się sama jeść – wcześniej zsysała mleko z palca. Od początku zachowywała się, jakby była największym zwierzęciem w domu. Absolutnie nikogo się nie bała, a inne czworonogi ją szanowały. I tak zostało: Pusia wykłada się na środku podłogi, a Krecia grzecznie obchodzi ją dokoła.

Pusia zaczęła od oswojenia sobie Plamki i uczynienia z niej towarzyszki zabaw. Następnie zrobiła porządek z Myszą: broniła przed nią Plamkę i przeganiała z góry na dół. Jak to jest, myślałam: wydawało się, że trzy koty to o jednego za dużo, tymczasem problem rozwiązało wzięcie kolejnego kota.

Moja córka okazała się jednak nienasycona: zaczęła marzyć o piesku. Krecia jest duża i gwałtowna, zdarza jej się rzucać na obce koty i psy; kiedyś już wykąpała moją córę w kałuży. Mówiłam: nie ma mowy, nie będzie pieska, może kiedyś w przyszłości, ale na razie nie mam siły ani czasu. Moja mama zachowała się wtedy tak, jak ma to w zwyczaju, czyli po prostu zrobiła to, na co miała ochotę. Wybrała się z dziewczynkami na festyn i wróciła ze szczeniakiem. Początkowo uległam, jednak po dwóch nieprzespanych nocach spędzonych z psim niemowlęciem oznajmiłam, że ja psa nie chciałam i odmówiłam współpracy. Haks został więc na głowie mamy.

Wyglądał jak skrzyżowanie hieny z krową, miał jedno oko niebieskie, drugie brązowe, do tego szarą sierść w czarne łaty. Był niemądry i tchórzliwy, najbardziej bał się wózków dziecięcych i kubłów na śmieci. Wychowywały go dziewczyny albo może on je wychowywał, w każdym razie ojciec któregoś dnia oznajmił, że moja młodsza córka dotkliwie pogryzła psa. Krecia zaadoptowała Haksa, a gdy wzrósł, dawała się wciągać w najdziksze harce. A wyrósł nieoczekiwanie na dużego psa.

A potem znikła Mysza. Przez kilka dni wydawała się nieswoja, wreszcie cichutko rozpłynęła się w powietrzu. Nie wróciła do domu na noc ani już nigdy więcej.

Haks był psem wszystkożernym, jadł drewno, sznurki i plastik, pogryzł połowę zabawek. Kiedyś zjadł kostkę masła i poprawił opakowaniem tranu. Niestety właśnie łakomstwo go zgubiło: zeżarł torcik czekoladowy. Kilka dni później wylądował w klinice dla zwierząt, ale nie udało się go już odratować. Tego wieczoru słońce inaczej zachodziło, jakby za tym zachodem otworzyło się małe okienko... dokadś.

Następna była Plamka. Wyszła jak zwykle, ale nie wróciła po trzech dniach ani po tygodniu, ani po dwóch. Szukałam sensu wiedząc, że go nie ma. Przypomniało mi się „Piąte dziecko” Doris Lessing. Myślałam, że nie można mieć dowolnej liczby dzieci ani zwierząt, że nie można brać na plecy ciężaru zbyt wielu spełnionych marzeń.

Jednak Plamka wróciła. Wyszła pod koniec grudnia, pojawiła się z powrotem na początku marca. Podobno koty mają dziewięć żyć, więc to co niemożliwe w jednym, może się udać w kolejnym. Gdzie była i co robiła przez dwa i pół miesiąca? Ile już żyć przeżyła? Może opowiada o swoich przygodach mrucząc, ale ja nic nie rozumiem. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz