sobota, 8 lutego 2014

Strącić samodzielność z piedestału


Mam wrażenie, że w naszej kulturze takim wartościom jak niezależność, samodzielność, samostanowienie – wystawia się pomniki.

Już niemowlęta powinny umieć same się uspokoić i samodzielnie zasypiać, a także przesypiać noce we własnych łóżeczkach. Matki pozwalające swoim małym dzieciom usypiać przy piersi i rodzice współśpiący z dziećmi często słyszą, że hamują rozwój samodzielności dziecka. Że jest ona czymś, czego trzeba uczyć niemal od narodzenia. Dla dobra dziecka. Powinniśmy jak tygrysice odganiać swoje młode od siebie.

Potem mamy przedszkole. Rodzice są przekonywani, że powinni zostawić płaczącą pociechę pod opieką przedszkolanek i jak najszybciej wyjść. Że dłuższe pozostanie przy dziecku tylko utrudni mu rozstanie. I że w ogóle dzieci zarażają się emocjami rodziców. Gdyby rodzic był spokojny i pełen zaufania, dziecko szybko nauczyłoby się tego samego. W skądinąd naprawdę fajnym przedszkolu, do którego chodzi moja córka, trzylatki wciąż śpiewają: „bo ja jestem przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę”. Tak, „grzeczne” dzieci powinny rozstawać się rodzicami bez płaczu i chętnie zostawać w przedszkolu. Ten przekaz jest zupełnie jasny.

Mamy też współczesny mit o pucybucie, który dzięki własnej pracy został milionerem. O człowieku, który sam do wszystkiego doszedł, bez wsparcia i bez pomocy. Właśnie on jest stawiany za wzór.

Wszystko to o czym napisałam, jest jednak przejawem unikającego stylu przywiązania. O stylach przywiązania bardzo ciekawie i obrazowo napisała Agnieszka Stein. Może więc stawiając na piedestale samodzielność, stawiamy na nim równocześnie unikanie bliskości i zależności? Czy to nam daje szczęście? A naszym dzieciom?

Jak wiele osób z mojego pokolenia, wyrosłam w przekonaniu, że powinnam sobie sama radzić. Wpojono mi, że jeśli potrzebuję pomocy, to coś jest ze mną nie tak. Uwierzyłam, że wyciąganie ręki po pomoc jest równie upokarzające, jak przyjmowanie jej.

Od jakiegoś czasu mam jednak poczucie, że mnie oszukano. Że zostałam wychowana do życia w świecie, który nie istnieje. Przecież od początku dziejów naszego gatunku tworzymy społeczności. Dzielimy się obowiązkami i radościami. Specjalizujemy się w wykonywaniu takich zadań, z którymi akurat lepiej sobie radzimy, wykonanie pozostałych z zaufaniem powierzając innym członkom wspólnoty. Wspieramy się w trudnych chwilach, razem świętujemy i wspólnie trwamy w żałobie. Stworzyliśmy wiele rytuałów podkreślających wagę naszej wspólnoty. Współzależność jest czymś normalnym. Jest powodem do dumy a nie wstydu. Dzięki umiejętności życia we wspólnocie jesteśmy wciąż obecni na tej planecie.

Wmawia się nam, że możemy do wszystkiego dojść sami, ale to złudzenie, które prędzej czy później pęka jak bańka mydlana. A wtedy odczuwamy wstyd, choć nie zasługujemy na to. Bańka pęka szybciej i częściej w przypadku kobiet, bo to one otrzymują niewykonalne zadania. Mężczyźni mogą pielęgnować przekonanie o tym, że sami do wszystkiego doszli, ponieważ kobiety w tym czasie po cichu i niezauważalnie zajmują się dziećmi, chorymi i starymi, a także wspierają odnoszących sukcesy mężczyzn. Ale jak się spojrzy uczciwie, to widać jasno, że przekonanie o samostanowieniu również w ich przypadku jest złudzeniem.

Nie chodzi mi o to, że samodzielność nie jest wartością. Potrzeba samostanowienia jest w nas równie silna jak potrzeba bliskości. Całe nasze życie polega na szukaniu równowagi między tymi dwoma potrzebami. Ale wmawia się nam, że ważna jest tylko jedna szala. I wciąż czujemy się niepewnie na zbyt mocno w jednym kierunku przechylonej wadze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz