wtorek, 21 stycznia 2014

Chodzi o zysk, nie o nas


Moja córka w wieku czterech lat dużo chorowała. Była blada, osłabiona, szybko się męczyła. Zaostrzyła jej się alergia pokarmowa, miała ciągle podrażnioną skórę. Martwiłam się. Przy okazji którejś z wizyt w przychodni usłyszałam, że muszę ją zaszczepić. Odpowiedziałam, że zaszczepię, gdy będzie chociaż przez dwa miesiące zdrowa. Lekarka stwierdziła jednak, że za przeciwskazanie do szczepień uznaje się tylko infekcję przebiegającą z wysoką gorączką. Mimo to nie zgodziłam się. 

Pielęgniarka odpowiedzialna za szczepienia, moja ówczesna sąsiadka, natychmiast zawiadomiła SANEPID, a jego przedstawicielki odwiedziły mnie w domu. Uprzejmie przekazały informację, że zmienił się kalendarz szczepień, i że jeśli nie zaszczepię dziecka, skierują sprawę do sądu. Po ich wyjściu zajrzałam na stronę Ministerstwa Zdrowia – nie, kalendarz szczepień wcale się nie zmienił, najwyraźniej panie mnie okłamały. Powinnam zaszczepić córkę w szóstym roku życia, czyli po ukończeniu przez nią pięciu lat i przed ukończeniem sześciu. Miała wtedy cztery i pół roku. O co więc chodziło? Podobno o dużą partię szczepionek z krótkim terminem przydatności...

Przez następnych kilka miesięcy dostawałam listy z SANEPID-u. Ponieważ jednak w tym czasie moja córka zapadła na dosyć ciężką, przewlekłą chorobę, lekarz specjalista z automatu wypisał jej odroczenie od szczepień. Ostatecznie zaszczepiłam ją... zgodnie z kalendarzem, gdy już była w lepszej formie.

Sądzę, że moja była sąsiadka nie donosiła na mnie do SANEPID-u z żądzy zysku. To nie ona zarabia na szczepionkach, lecz firmy farmaceutyczne. Sąsiadka prawdopodobnie naprawdę wierzy w konieczność powszechnego stosowania szczepionek i uważa, że lepiej zaszczepić dziecko wcześniej, niż gdyby miały się zmarnować szczepionki o krótkim terminie przydatności. Nawet dziecko w złej formie fizycznej. Wyobrażam sobie, że jeśli przedstawiciele firm farmaceutycznych zaprosili raz i drugi mieszkającą w małym miasteczku pielęgniarkę na konferencję z udziałem ekspertów, musiało to zrobić na niej wrażenie. Jeśli powiedzieli, że przymus szczepień jest konieczny, by ochronić dzieci przed epidemiami chorób – uwierzyła. Jeśli stwierdzili, że zła forma dziecka czy alergia nie są przeciwskazaniem do szczepienia – również uwierzyła.

Jednak ja już nie wierzę. Niestety wcale nie chodzi tu o dobro dzieci, lecz o zysk. Chodzi o to, by sprzedać jak najwięcej szczepionek. O nic więcej. Przymus szczepień gwarantuje wysoką sprzedaż, ponieważ za szczepionki płaci państwo, a rodzice nie mają wyboru.

Kilkanaście lat temu pracowałam w badaniach rynku. W ramach jednego z projektów przeprowadzałam wywiady z pracującymi na OIOM-ach lekarzami na temat sepsy. Wszyscy zgodnie twierdzili, że sepsę, czyli uogólnione zakażenie organizmu, może wywołać każda, nawet najbardziej niewinna w zwykłych warunkach bakteria, o ile dojdzie do znacznego obniżenia odporności organizmu, np. na skutek ciężkiego wypadku komunikacyjnego lub końcowego stadium nowotworu. Dlatego choć sepsa może być bezpośrednią przyczyną śmierci, rzadko uznaje się ją za główną przyczynę.

Kilka lat później oglądałam reklamy przekonujące rodziców, że tylko szczepionki przeciwko pneumo- i meningokokom ochronią dzieci przed sepsą. Jakie to sprytne, nieprawdziwe i niemoralne... Nie, wcale nie chodzi o to, by dzieci przed czymkolwiek ochronić. Chodzi o to, by zarobić.

Zaznaczę na marginesie, że nie jestem absolutną przeciwniczką szczepień. Barkowało mi i nadal brakuje niezależnego (!) fachowca, którego mogłabym się poradzić, na co i kiedy warto szczepić dzieci i siebie. Nie chcę, by decyzję podejmowały za mnie – troskliwą matkę – żądne zysku firmy.

Oczywiście nie chodzi tylko o szczepionki. Tak jak moją byłą sąsiadkę zmanlipulowali przedstawiciele firm farmaceutycznych, tak samo my wszyscy codziennie pozwalamy się manipulować przedstawicielom firm oferujących najróżniejsze produkty i usługi.

Przekonują nas, że tanie w produkcji (niekoniecznie o niskiej cenie dla klientów) i kiepskiej jakości pożywienie jest dla nas i naszych dzieci najlepsze. Producenci mleka modyfikowanego wmawiają kobietom, że ich własne mleko jest gorsze, nie dlatego że faktycznie jest gorsze, ale dlatego, że chcą zarobić na modyfikowanym. Producenci kaszek dla niemowląt od tak dawna wychwalają ich zalety, że mało komu przychodzi do głowy, by ugotować dziecku płatki owsiane czy kaszę jaglaną. Producenci jedzenia w słoiczkach wmawiają matkom, że nie potrafią tak dobrze wyselekcjonować odpowiednich produktów jak wykwalifikowany specjalista. No a później są płatki śniadaniowe, które nie mają nic wspólnego ze zdrowym śniadaniem. Cieszę się, że producent Nutelli jakiś czas temu przegrał sprawę sądową i musiał zrezygnować z reklam zachwalających prozdrowotne walory smarowidła, których jest ono zwyczajnie pozbawione. Ale to kropla w morzu.

Cały wielki przemysł kosmetyczny specjalizuje się w przekonywaniu kobiet na różne sposoby, że są brzydkie i nieakceptowalne bez tysiąca najróżniejszych kosmetyków i zabiegów. Przemysł farmaceutyczny przekonuje nas, byśmy się leczyli i wspomagali nasze zdrowie zostawiając jak najwięcej pieniędzy w aptekach. Wydawcy wbijają przedstawicielom oświaty do głowy, że dzieci nie da się niczego nauczyć bez wciąż zmienianych podręczników, że konieczne są zeszyty ćwiczeń, i że już przedszkolaki powinny uczyć się z książek. I tak dalej.

Jak chyba większość ludzi, zostałam wychowana w wierze, że nauka służy dobru ludzkości i że należy słuchać mądrzejszych. Wiele razy byłam też przekonywana, jakoby wolny rynek dzięki zdrowej konkurencji miał zapewnić wysokiej jakości produkty i usługi. Ale widzę, że to wszystko nie działa. Jesteśmy stale, codziennie, na najróżniejsze sposoby okłamywani. Co więcej, często jesteśmy sami trybami całej tej machiny generowania zysku, bo też chcemy zarobić. Niestety jest to chory świat, w którym pieniądze zastępują moralność, troskę o ludzi, przyrodę i przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz