sobota, 19 października 2013

Odpowiedzialność rodzica za nie swoje decyzje i pusty portfel

Wczoraj dowiedziałam się, że mam kupić mojej pięciolatce książkę do angielskiego za 55 złotych. Wprawdzie w tym roku przedszkola nie mogą organizować odpłatnych zajęć dla dzieci, w naszym miasteczku jednak zajęcia angielskiego i rytmiki oferowane przez zewnętrzne firmy opłaciła gmina. Wcześniej za te zajęcia płaciłam, więc czemu nie miałabym tym razem zapłacić za podręcznik? Bo byłby to któryś już z rzędu wydatek i czuję się coraz bardziej naciągana przez prywatne firmy za pośrednictwem instytucji oświaty.

Zaczęło się od wagi tornistra czwartoklasitki. Wzięłam go do ręki i przerażona stwierdziłam: dziecko, kupię ci plecak na kółkach. Niestety wynalazek ten okazał się zupełnie niewygodny i nieprzydatny, nie ma więc innej rady niż dźwigać. Niedługo później natknęłam się na następujące zalecenia dotyczące tornistrów:


Tornister mojej córki waży ok. 4 kg. Waga 10-letniego dziecka powinna się wahać między 25 a 40 kg przy średniej 32 kg. Mojej kruszynie jeszcze daleko do tych maksymalnych 40 kg. W powyższych zaleceniach najbardziej zirytowało mnie ostatnie zdanie: "konieczne jest kontrolowanie przez rodziców zawartości tornistra, aby zapobiec zabieraniu przez dziecko zbędnych rzeczy". A kto jest odpowiedzialny za to, by te niezbędne rzeczy nie ważyły więcej niż 10-15% wagi niewysokiego i szczupłego ucznia? Przecież to nie rodzice decydują o tym, jakie podręczniki i zeszyty ćwiczeń kupują. Decyzje podejmuje szkoła, a nauczyciele wybierają spośród pozycji dopuszczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zastanawiam się, czy rzeczywiście są to dobrze wydane pieniądze, czy nie dałoby się taniej i lżej? 

Akurat podręczniki do czwartej klasy udało mi się odkupić używane, zostały tylko zeszyty ćwiczeń. Za to komplet podręczników i pomocy dla pięciolatków kosztował mnie prawie 100 zł. I pomyślałam: czy naprawdę obniżenie wieku szkolnego jest powodem, aby wydawcy podręczników zarabiali na dzieciach, a właściwie na rodzicach? Czy pięciolatki potrzebują w ogóle tak zwanej pracy w książkach, a jeśli tak, to czy musi być tych podręczników i pomocy tak dużo? 

Następny punkt to książka do religii, też dla pięciolatków. Jestem przeciwniczką religii w przedszkolach i szkołach, z drugiej jednak strony uważam wyprowadzanie dziecka na czas lekcji religii do innej grupy czy do świetlicy szkolnej za dyskryminujące, więc póki moje dzieci nie zdecydują inaczej, pozwalam im chodzić na te zajęcia. 

Potem były zdjęcia w szkole. Moja córka chciała mieć zdjęcie grupowe, portret i zdjęcie ze swoją przyjaciółką. Powiedziała, że ma przynieść 25 zł. Dałam. Potem okazało się, że musi donieść jeszcze 6 zł. A potem, że jeśli chce dostać zdjęcie grupowe, czyli to najważniejsze, trzeba dołożyć jeszcze 17 zł. Wychowawczyni stwierdziła, że szkoła nie ma z tym nic wspólnego, bo zdjęciami zajmuje się prywatna firma. A ja mam wrażenie, że firma ta wyciągnęła od rodziców sporo pieniędzy za naprawdę kiepskiej jakości zdjęcia, manipulując dziećmi, a wszystko to działo się za pośrednictwem szkoły.

No i teraz ten podręcznik do nauki angielskiego dla pięciolatków.

Wygląda na to, że odpowiedzialność za wydane pieniądze rozmywa się. Za to czy są wydawane sensownie, za to, czy w ogóle są to potrzebne wydatki i czy są warte swojej ceny. Rodzice płacą. Firmy wykorzystują fakt, że rodzice mają niewielkie albo żadne możliwości decydowania. Placówki oświatowe umywają ręce: to nie my. 

A moja irytacja rośnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz