środa, 2 października 2013

Kieszonkowe i samokontrola


Mam wątpliwości co do większości sposobów radzenia sobie z dylematami wychowawczyni, wiecznie staję przed ścianą (czasami walę w nią głową) i zastanawiam się, co się właściwie dzieje. A w dawaniu kieszonkowego widzę same zalety. Więc będę chwalić te kieszonkowe niczym autorka poradnika.

U nas w każdym razie kieszonkowe sprawdza się bardzo dobrze,  przynajmniej do tej pory. Początkowo, gdy moja córka miała bodajże 6 lat, była to niewielka suma raz w tygodniu. Mała posiadaczka tej minifortuny natychmiast coś sobie kupowała. Starała się wydać wszystko co do grosza, tak jakby środki niewykorzystane parzyły ją przez kieszeń. Teraz to moje ze wszech miar roztrzepane dziecko ma niespełna 10 lat i już od dłuższego czasu potrafi oszczędzić i wydać uzbieraną sumę na jakąś ekstra zabawkę, ciuch albo – jeśli się akurat nadarzy okazja – przepuścić w wesołym miasteczku (ach, ten roller coaster w formie smoka 3 razy pod rząd, a ja dałam tylko na jeden). A ponieważ to moje dziecko ma ze wszech miar roztrzepaną matkę, która sama z siebie nie pamięta o kieszonkowym, samo pilnuje sobotniej wypłaty. Konsekwentnie.

Myślę, że dając kieszonkowe stwarzamy przestrzeń, w której dziecko może zyskać samokontrolę. Ma coś, co należy do niego i może z tym zrobić, co zechce. I uczy się robić coś, co w jego pojęciu ma sens. To właśnie jest samokontrola. Aby dziecko mogło ją rozwijać, dając kieszonkowe, trzeba przestrzegać kilku zasad.

Małe sumy

Uważam, że dziecko powinno dostawać raczej małe sumy. Ostatecznie zależy to od zasobności portfela rodziców i ich decyzji, ale suma ta nie powinna być jednorazowo na tyle duża, by umożliwiała kupienie czegoś szczególnego, zarezerwowanego na takie okazje, jak urodziny czy święta. Dziecko samo jest małe i nie uniesie dużej odpowiedzialności. Satysfakcja istnieje tylko tam, gdzie jest wysiłek, cierpliwość, panowanie nad sobą. Jeśli dostaje się od razu dużo, oszczędzanie traci sens.

Regularność

Ważna jest regularność, wtedy dziecko wie, co jest grane i może planować wydatki. Kieszonkowe nie może też trafiać do kieszeni zbyt rzadko – dziecięca zdolność planowania i przewidywania dopiero się rozwija i nie sięga tak dalego w przyszłość jak u dorosłych. A jak regularność, to i konsekwencja – sobota oznacza sobotę. Ja akurat nie daję na kredyt, bo jestem przeciwniczką kredytów w ogóle. Nie będę się tu jednak upierać, bo są przecież ludzie, którzy kredyty spłacają i żyją dzięki nim na fajnym poziomie. Jeśli uważają to za słuszne – niech dają dzieciom kieszonkowe na kredyt w razie potrzeby. Ja nie chcę. Zresztą mogłabym zapomnieć, a czy moje dziecko upilnowałoby mnie, by mi zwrócić dług, co do tego akurat pewności nie mam. W każdym razie – gdyby było więcej takich ludzi jak ja, wiele dóbr i usług nie osiągnęłoby tak spektakularnych wyników sprzedaży, ale też nie mielibyśmy kryzysu spowodowanego nadmiarem kredytów bez pokrycia. Ale to już nie ma związku z kieszonkowym. Chociaż?...

Coś ekstra

Kieszonkowe powinno być przeznaczone na coś ekstra. Za rzeczy podstawowe, takie jak jedzenie, ubrania, podręczniki itp. i tak płacą przecież rodzice. Dzięki temu, gdy mnie córka usiłuje naciągnąć na jakieś plastikowe paskudztwo, mogę powiedzieć: ja uważam, że to jest nic nie warte, ale jeśli masz inne zdanie, to proszę, stać cię. A wtedy ona czasem kupi, a czasem jednak poskąpi własnego grosza. Aha, dziesiąta bluzka to niest artykuł pierwszej potrzeby. Ale jeśli chce ją sobie kupić i ma za co – niech kupuje.

Zdarzyło mi się usłyszeć, jak rodzice straszą dziecko, że jeśli dostanie kieszonkowe, będzie musiało samo zapłacić za książki czy ubrania, i że mu się to nie opłaci. Pokazują w ten sposób rzecz oczywistą – dziecko jest zależne finansowo (i nie tylko przecież) od rodziców. Nie dają mu szansy na rozejrzenie się po własnym, choćby niewielkim świecie niezależności i samostanowienia.

Dziecko decyduje

Dziecko powinno samo decydować, co sobie kupi. Tylko podejmując własne decyzje może się nauczyć podejmować je rozważnie. Słyszę czasem, że dziecko wprawdzie dostaje kieszonkowe, ale nie może nimi samo dysponować, bo wydaje na głupoty. Zdarza się, że rodzice w ogóle rezygnują z dalszego dawania kieszonkowego przerażeni padziewiem przyniesionym przez dziecko z zakupów. W ten sposób trzymają kontrolę mocno w swoich rękach. Dziecko zaś nie ma szansy ćwiczyć samokontroli.

Wprowadziłam jeden wyjątek od tej zasady – nie pozwalam kupować słodyczy, które w większości są trucizną dla układu odpornościowego, pokarmowego i nerwowego. Moja córka długo miała dość poważną alergię pokarmową, objawiajacą się w najróżniejszy sposób. Po Mambie na przykład dostawała świra. Wystarczyłoby ją karmić codziennie Mambą i innymi kolorowymi, wątpliwymi pysznościami, a miałaby prawodopodobnie zdiagnozowane ADHD. Zupełnie bezpodstawnie. Oczywiście zdarzało jej się łamać ten zakaz. Ale generalnie go przestrzega. Czemu? Nie wiem. Może łatwiej przestrzegać jednego uzasadnionego zakazu, skoro poza tym deyzja należy do niej?

Za nic

Rodzice czasem dają kieszonkowe jako nagrodę za coś – za brak uwag w dzienniczku albo za dobre oceny. Wtedy kontrola pozostaje w rękach rodziców, więc dziecko nie może ćwiczyć samokontroli. Jeszcze gorzej jest, gdy zamiast regularnego kieszonkowego, dorośli obiecują jakąś ekstra nagrodę właśnie za dobre wyniki w nauce i jest to nagroda nie dość że wielka, to jeszcze możliwa do uzyskania dopiero w ginącej we mgle, niewyobrażalnie odległej przyszłości, jaką jest koniec roku szkolnego. Wtedy dziecko już całkiem traci poczucie kontroli. Przy tym większość z dzieci przynoszących złe oceny, ma trudności z nauką, koncentracją uwagi, organizacją pracy, i potrzebuje pomocy na co dzień. A dzieci zbierające uwagi często chcą coś swoim zachowaniem przekazać. Wiele z nich ma też kłopot... z samokontrolą. 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz