czwartek, 26 września 2013

Nie chcę wszystkiego robić sama


Nie umiem pompować rowerów i nie uczę się. Chodzę zamiast tego do położonego po sąsiedzku warsztatu samochodowego, a tam panowie wyręczają mnie bez mrugnięcia okiem, bez krzty zdziwienia. Jakiś czas temu poprosiłam więc o napompowanie kół w dziecinnym rowerku. Znajomy mechanik spełnił prośbę, zauważył przy tym, że jedno z bocznych kółek jest luźne, więc je dokręcił. Przechodzący obok właściciel rzucił tylko żartobliwie: „już po serwisie?”.

Gdzieś czytałam następującą deklarację: Nie chcę być feministką, ponieważ wolę, by mężczyźni przepuszczali mnie w drzwiach, ustępowali miejsca i nosili za mnie ciężkie bagaże. Za takim stwierdzeniem stoi chyba lęk przed zostaniem samej ze wszystkimi obowiązkami, i tymi tradycyjnie męskimi, i tymi kobiecymi. Nie dość, że będę musiała ugotować, posprzątać, zająć się dziećmi, pomóc w lekcjach, to jeszcze czeka mnie utrzymanie rodziny, napalenie w piecu, zadbanie o samochód, dźwiganie ciężarów... i pompowanie rowerów. Jeżeli na tym miałby polegać feminizm, to ja też nie chcę. Ale dla mnie feminizm polega na docenianiu i szanowaniu obu ról płciowych i na w miarę równym podziale zarówno ciężko zarobionego chleba, jak i spijanej śmietanki.

Dla samotnej matki często najcięższe jest nie dzielone z nikim poczucie odpowiedzialności za okrojoną rodzinę. Przekonanie, że ze wszystkim musi sobie poradzić sama. Przekonanie wciąż podtrzymywane przez nasze państwo, które samotnym matkom ma niewiele do zaoferowania. O ich życiu można poczytać na blogu WydymanePL.

Mit kobiety siłaczki ma się u nas bardzo dobrze. Podobno ma to związek z licznymi wojnami i powstaniami z przeszłości, na które mężczyźni szli i nie zawsze wracali. A kobiety radziły sobie same. I nadal sobie radzą. Wydaje się to normalne, przecież zawsze tak było.

Prawda jest jednak taka, że nie bardzo sobie radzą. Zgodnie z wynikami badań, dzieci z niepełnych rodzin mają gorsze wyniki w nauce, częściej stają się ofiarami bądź sprawcami przemocy w szkole, sięgają po alkohol, papierosy i narkotyki.

Samotne matki niechętnie przyznają się do tego, że nie zawsze i nie ze wszystkim dają radę – bo przecież powinny dawać. A jeśli ktoś przejmie część ich obowiązków, powinny być wdzięczne. Przejmowanie obowiązków jest z reguły określane jako pomoc, co wynika z przekonania, że w gruncie rzeczy one same powinny sobie poradzić (bo pomagamy przecież komuś, kto sobie nie radzi). A jeśli samotnym matkom nie udaje się wszystkiego pogodzić, to jest to ich wina. No bo powinny dać radę. Zawsze, niezależnie od wszystkiego.

Informacje o gorszym przystosowaniu społecznym dzieci z niepełnych rodzin często są przytaczane jako argument za wyższością tradycyjnego modelu rodziny i jako argument przeciw rozwodom. Dane te są również umieszczane na portalu W stronę ojca i traktowane jako argument za ważnością kontaktu ojca z dzieckiem.

Mało kto chyba podważa, że najlepiej dla wszystkich jest żyć w pełnej, kochającej się i wspierającej się rodzinie. Co jednak gdy mężczyzna postanowi porzucić swoją partnerkę i dzieci, co się przecież zdarza? I co, gdy kobieta znajdzie w sobie dość siły, by zakończyć przemocowy związek, co też się przecież zdarza? Mam wrażenie, że takich sytuacji obrońcy tradycyjnej rodziny nie dostrzegają.

Prawda jest taka, że utrzymanie rodziny, dbanie o dom i ubrania, zakupy, gotowanie, zapewnienie opieki dzieciom, pomaganie im w lekcjach, wizyty u lekarzy… to wszystko nie są zadania, z którymi może sobie poradzić jedna, nawet najlepiej zorganizowana osoba. Sama o wszystko zadbać może tylko osoba bezdzietna, młoda i zdrowa, niemająca nikogo pod opieką. Ona da radę. Mam wrażenie, że mężczyźni będący ojcami często ulegają złudzeniu, że ze wszystkim radzą sobie sami, że sami do wszystkiego doszli. Myślą wtedy jednak tylko o swojej męskiej roli, przeważnie o pracy zawodowej. Nie dostrzegają, że dają radę dzięki wsparciu innych osób – przeważnie kobiet – które zajmują się potrzebującymi opieki, a więc dziećmi, chorymi i starymi. Praca kobiet jest niezbędna dla przetrwania rodziny i społeczności, choć niewidzialna.

Za przekonaniem, że feministek nie przepuszcza się w drzwiach, wydaje się stać groźba: Jeśli będziesz domagała się dostrzeżenia wagi swoich przezroczystych zadań, to dołożymy Ci ich więcej. Jeśli odejdziesz od męża (nieważne czy tylko z powodu niezgodności charakterów, czy też może dlatego, że Cię bił lub w inny sposób upokarzał), nie licz na wsparcie społeczności. Jeśli nie dość o niego zadbasz, jeśli nie potrafisz go przy sobie utrzymać, jeśli Cię porzuci – również nie licz na wsparcie.

Wierzę, że pierwszym krokiem do zmian musi być zmiana myślenia. Samotna matka nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim sama. Ani nie powinna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz